Rozdział 9


Rzekomo niewielkie miasteczko na północ od stolicy Lombardii, wcale nie należało do takich „malutkich”, jak stwierdził piłkarz. Wainwright odczuła ów defekt, gdy w grę weszła piesza przechadzka wąskimi uliczkami, podziwiając szesnastowieczną katedrę Duomo di Como oraz wczesnoromański kościół Sant'Abbondio. Z czystym zainteresowaniem poznawała zabytkową część miasta, napawając się widokiem dawnych budowli, a niemal oczarowana sięgnęła do przewieszonej na ramieniu torebki po poręczny aparat kompaktowy.
Davide Santon, pod żadnym względem nie był zwolennikiem kulturowych wycieczek, acz okoliczności tym razem stały się nieco inne. Przede wszystkim chciał, aby dziewczyna, choć w mikrym stopniu poznała główne zabytki Como, bowiem nie miał pojęcia czy kiedykolwiek nadarzy jej się okazja do zwiedzenia tegoż urokliwego miasteczka.
– Uwielbiasz piłkę nożną, co? – spytała, gdy ujrzała w oddali na podniszczonym murze, ornament kaligraficzny z najrozmaitszymi przydomkami piłkarskich klubów.
– Pozwala mi zachować formę – odpowiedział po chwili namysłu.
Przeniosła spojrzenie z zamyślonej twarzy bruneta na powoli chowające się, za dalekim krajobrazem pasm górskich, słońce. Zapadał zmierzch. Odniosła wrażenie, iż niezmierzone morze błękitu stanęło w ogniu, a czas zatrzymał się w miejscu. Pierzaste obłoki skupiały się blisko siebie niczym stado owieczek przerażonych pożarem, lecz natarczywy wiatr znużony ciszą, rozpędzał je tak, że rozpierzchły się po całym niebie.
– To nie jest odpowiedź na moje pytanie – stwierdziła, obserwując jak w ostatnim blasku, odrzutowiec pozostawiał białą smugę na niebie.
– Lubię ją. – Wsunął dłonie w głębokie kieszenie jeansowych bermudów. – Chociaż nie wiem, czy uwielbiam – dodał.
– Za to uwielbiasz siedzieć w szatni i z kolegami przeglądać się w lustrze. – Nieco zaczepny ton sprawił, że Davide roześmiał się szczerze.
– Zabawne. Muszę to zapamiętać – odparł, spoglądając na nią.
– Nie staram się być zabawna. Mówię poważnie – zapewniła.
– Och, bo jesteśmy tacy atrakcyjni, mam rację? – Uniósł brew.
Zmrużyła oczy, zerkając na niego z półotwartymi ustami. Nie potrafiąc ubrać własnych myśli w sensowne zdanie, zacisnęła wargi w wąską linię. Niejednokrotnie słyszała, jakich ekscesów potrafią przysporzyć atrakcyjni i atletyczni sportsmeni. W dziesiątej klasie spotykała się z zuchwałym futbolistą, reprezentantem szkolnej drużyny. Był wysokim, wysportowanym szatynem o niecodziennym podejściu do życia. Ideał? Nic bardziej mylnego. Zwykły dzieciak, który umiejętnie zdołał omamić szesnastoletnią dziewczynę.
Regularnie kupowane kwiaty, czy innego typu upominki w połączeniu ze starszym, popularnym i nieziemsko przystojnym chłopakiem. Która z kobiet nie marzyła o perfekcyjnym partnerze? Która pogardziłaby księciem na białym koniu, wkładającym całe serce w to, co robi? Niestety Paul Fletcher, pod maską przyzwoitego ucznia skrywał oblicze podrywacza i zimnego drania.
Dla przyjaciół uroczego uwodziciela żyjących priorytetem „muszę ją zaliczyć”, nie było nic dziwnego w nagłym znudzeniu młodszą o dwa lata nastolatką. Pierwszą miłość a zarazem poważny zawód miłosny zaznała właśnie u boku Paula. Jedyne, czego szczerze żałowała, to fakt, że utraciła dziewictwo ze szkolnym mięśniakiem, posiadającym więcej muskuł niż rozumu.
Ale czy warto mierzyć każdego sportowca jedną miarą?, pomyślała.
– Próbujesz mnie zniechęcić, co? – dodał, uśmiechając się kącikiem ust i z uwagą analizując jej zachowanie.
   – Nie – zaprzeczyła od razu, odwracając speszony wzrok.

Letni zmierzch na dobre zawładnął ulicami miasteczka, a z okiennic mieszkań wypływało jasne światło. Gigantycznych reklamy rozbłysły milionem olśniewających kolorów, a neonowe szyldy klubów odbijały się w ciemnościach. Setki ludzi we własnych samochodach przemierzali szosy wracając z niedzielnych spotkań, a na chodnikach tłumy spieszyły się z jednej imprezy na kolejną.
Srebrny Opel wyjechał z długiego tunelu. Vivienne zdołała zauważyć, że jest to zupełnie inny szlak niźli przybyli do Como. Zachowując wewnętrzny spokój, przeniosła spojrzenie na skoncentrowany profil twarzy chłopaka, który z uwagą analizował każdy metr krętej, niekończącej się ulicy. Sprawę zdecydowanie utrudniały lampy uliczne ustawione w szerokiej rozpiętości i sporadycznie przejeżdżające pojazdy, dostarczające nikły stóg blasku.
Rozchyliła powoli usta, aby najzwyczajniej zapytać, jaki widzi cel w szukaniu czegokolwiek na otoczonej roślinnością trasie, gdy nagle mimika twarzy Dade diametralnie uległa zmianie. Ściągnęła brwi przegryzając dolną wargę, gdy zaobserwowała, że zaparkował samochód w miejscu, gdzie ulica była na tyle szeroka, aby umożliwić postój.
– Jesteśmy na miejscu. – Uśmiechnął się, a odpiąwszy pas wygiął sylwetkę w tył i sięgnął po ciemną, sportową torbę z siedzenia.
– Jesteśmy? – powtórzyła podejrzliwie, unosząc wysoko brwi po wstępnych oględzinach. – Jak dla mnie to środek lasu.
– Kępy drzew zasłaniają jezioro – powiedział ze specyficznym akcentem, zwracając ku niej twarz. Uwielbiała, kiedy mówił w języku angielskim, zniekształcając trudniejsze wyrazy. Davide wychwytując pełen niepewności wzrok blondynki, bezdźwięcznie westchnął. Nic dziwnego nie było w nadmiernej nieufności Vivienne. De facto nie wiedziała, w jakim stopniu mogła na nim polegać. – Za tym pasmem jest zatoczka, o której mówiłem ci wcześniej. Pamiętasz?
Skinęła głową zatrzaskując drzwi. Lokalizacja wcale nie przekonywała swym wyglądem, a na domiar złego miejsce na pierwszy rzut oka nie wyglądało na bezpieczne. Widok wysokich, cienkich drzew rzucających powyginanie cienie i pni rosnących blisko siebie, sprawiających wrażenie niemożliwej do przebycia dżungli, po prostu budził w niej grozę. Początkowo przeszło jej przez myśl, że Davide najzwyczajniej żartuje, lecz dostrzegając zmierzającego chłopaka w ów stronę, zrozumiała, iż mówił całkiem poważnie.
– Zaczekaj! – Krzyknęła zatrwożona Vivienne. – Gdzie idziesz? – Gdy wstrzymał chód tuż przed pasem pozornego boru, przyśpieszonym krokiem podeszła do włoskiego obrońcy chcąc mu wybić pomysł z głowy. – Nie możemy tamtędy iść! – Zdecydowanie zaprotestowała. – Tam jest zbyt ciemno! Zgubimy się…
Na twarzy chłopaka zagościł delikatny uśmiech, a unosząc rękę pomachał przed twarzą dziewczyny latarką. Jednym naciśnięciem kciuka sprawił, że z główki przyrządu wypłynął jaskrawy snop światła.
– Jestem przygotowany – powiedział, na co blondynka skrzyżował ręce na wysokości piersi. – Tam jest ścieżka – obwieścił z uśmiechem, a strumieniem ostrego blasku latarki wskazał dokładne umiejscowienie. – Zaufaj mi.
Powtórnie w przeciągu godzin posłusznie skinęła głową. Wbrew pełni księżyca przypadającej na dzisiejszą noc, księżyc połyskiwał nisko na niebie i mimo tego, zdawał się nie być sprzymierzeńcem. Potężne korony drzew umiejętnie odcinały jakikolwiek dopływ blasku. Obejmując się ramionami, szła tuż za chłopakiem, jakby w obawie, że w każdej chwili, coś bliżej nieokreślonego może ją dopaść i rozszarpać na strzępy.
Ku zdziwieniu rzeczywiście podążali niewyrazistą dróżką, co wydedukowała po dwóch gwałtownych skrętach o dziewięćdziesiąt stopni. Rozkojarzona tańczącym światłem latarki niespodziewanie usłyszała głośny trzask.
Skamieniała, czując jak nogi odmówiły posłuszeństwa. Silnie zaskoczona zacisnęła drobną dłoń na przedramieniu Dade, sprawiającego wrażenie równie zdumionego, co ona. Natychmiastowo wyczuła napinające się mięśnie chłopaka, podczas gdy on odniósł wrażenie, jakby paraliżujący prąd przeszył całe jej ciało. Energicznie odwrócił się oświetlając ocieniony teren za ich plecami, w poszukiwaniu jakiegokolwiek cienia zdradzającego czyjąś obecność.
– Co to było? – wyszeptała, czując jak serce łomocze jej w piersi. Nieznacznie zerknęła zza pleców piłkarza, czujnie badającego teren wzrokiem. Jego zmrużone oczy i mocno ściągnięte brwi, nie przywoływały wcale pozytywnych emocji. – Ktoś tam jest?
Oczyma wyobraźni widziała huczące brukowce o dwójce zamordowanych nastolatków w miejscowym lesie.
Na szczęście brunet zdecydowanie ochłonął.
– To tylko złamana gałąź – rzekł, charakterystycznie pewnym tonem. Odwróciwszy się, jego twarz znajdowała się zdecydowanie za blisko, co spowodowało, iż z dokładnością wyczuła na skórze jego oddech. Opuściła wzrok na ściółkę, potem popatrzyła na otchłanną czerń pobliskiego terenu i znowu na niego. – Drzewa są stare, gniją i pękają. Chodźmy. – Wymijając dziewczynę, objął wolną dłonią jej lewy nadgarstek.
– Davide… – Wbrew fali ciepła przeszywającej na wskroś, próbowała trzymać się blisko piłkarza. – Na tych wzgórzach, żyją niedźwiedzie, prawda? To trzaśnięcie spowodował jeden z nich, ponieważ w nocy mogą iść do jeziora się napić. A co, jeśli wpadniemy na niego po ciemku? – Ciągle szeptając, nie zdawała sobie sprawy z tego, że zaczynała popadać w panikę. Pozwalając się prowadzić, również próbowała racjonalnie pomyśleć o czyhających niebezpieczeństwach, w tego typu obszarach.
– Walnę go w łeb latarką – oznajmił rozbawiony, unosząc urządzenie.
– Bardzo zabawne – mruknęła, żałując, że poprzez wymachiwanie przyrządem, uniemożliwiał jej obserwowanie, gdzie stawia stopy.
– Nie masz się, czego obawiać. Nie pozwolę, by coś ci się stało. Obiecuję. – Zerknął na nią przez ramię. – Znajdę kawałek miłej i przede wszystkim bezpiecznej plaży, zgoda?
Wyraźnie odetchnęła z ulgą, kiedy opuściła gęstwinę drzew. Łagodny blask księżyca oświetlał taflę jeziora, która pod osłoną nocy wyglądała zupełnie inaczej niźli za dnia. Woda szemrała w bezruchu, gładka niczym szkło, spokojnie odbijając oblicze księżyca. Gwiazdy migotały zalotnie na bezchmurnym, nocnym niebie. Szczyty drzew trzeszczały, kołysząc się na wietrze, podczas gdy ciszę przeszywało pohukiwanie miejscowych sów. Z gromkim trzepotem, samotny ptak wzbił się w górę, znikając za najbliższym horyzontem. Może to właśnie te kręgowce wywołały tyle huku wśród gąszczy?
Otumaniający pejzaż otulił zmęczone ciało dziewczyny i wypełnił zmysły. Wyraźnie chłonęła zapierający dech w piersiach widok rozlewającego na zachód i wschód jeziora.
Znalazłszy odpowiedni skrawek skalistej plaży, próbowała nie patrzeć na wysportowane ciało Davide i widoczne pod skórą mięśnie, gdy zrzucał z siebie podkoszulek. Pokręciła głową odwracając wzrok w innym kierunku. Spokojnie ściągnęła z siebie śnieżnobiałą bluzkę, pozwalając subtelnemu oddechowi nieba, przepleść się przez włosy, które w bladym świetle wydawały się zdecydowanie intensywniejsze. Przyjemny powiew okalający jej szczupłą sylwetkę, przyprawiał skórę o niewidoczne oznaki chłodu.
– Tchórzysz? – Usłyszała donośny głos Włocha. Stojąc na prostych nogach, w wodzie sięgającej klatki piersiowej, zerknął na nią jakby urzeczony. Światło księżyca odbijało się o jasne włosy, oblewając je delikatną poświatą. W tym momencie wydawała się jeszcze ładniejsza niż dotychczas. – Woda wcale nie jest zimna jak może się wydawać.
– Idę. – Uśmiech rozświetlił jej twarz, po czym z lekkim oporem dołączyła do piłkarza. Po pierwszym, krótkim szoku termicznym, w końcu przyzwyczaiła się do chłodnej, otaczającej ją z każdej strony wody.
– Mówiłaś, że nie potrafisz pływać – stwierdził podejrzliwie, obserwując spokojnie płynącą kraulem blondynkę.
– Uhm – mruknęła, zaczesując w górę mokre kosmyki, natrętnie przyklejające się do twarzy. Nie czując gruntu pod nogami, instynktownie wierzgała nogami i rękoma, aby utrzymać głowę na powierzchni.
– Ściągamy się do tego konaru? – wskazał dłonią.
Amerykanka gwałtownie wystartowała w określonym kierunku, jednak konkurując ze starszym piłkarzem od razu spisana była na przegraną. Wszakże udowodniła, iż nie jest bezustannie strachliwą dziewczyną, której postawę do tej pory mogła reprezentować.
Zmęczona złapała drewnianej odrośli, próbując nie koncentrować uwagi na otaczającą ze wszystkich stron wodę. Podczas rozmowy wydawało się, że Santon zaburzał stereotyp bezmózgiego sportowca rozwijającego jedynie siłę swego ciała, a nie umysł. Co więcej wszystko wskazywało na to, że robił coś sensownego ze swoim życiem i chociaż lubił odgrywać prostolinijnego, nie był łatwym przeciwnikiem.
Od samego początku uważała, iż nie był w jej typie, lecz gdy patrzyła na niego z innej perspektywy zaczęła się zastanawiać – dlaczego nie? W przeszłości nie miała wielkiego szczęścia do facetów, a najlepszym tego przykładem był Paul Fletcher i Nathaniel Moss.
Może wakacje nie będą takie straszne, jak przypuszczała.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz