Rzekomo
niewielkie miasteczko na północ od stolicy Lombardii, wcale nie należało do
takich „malutkich”, jak stwierdził piłkarz. Wainwright odczuła ów defekt, gdy w
grę weszła piesza przechadzka wąskimi uliczkami, podziwiając szesnastowieczną
katedrę Duomo di Como oraz wczesnoromański kościół Sant'Abbondio. Z czystym
zainteresowaniem poznawała zabytkową część miasta, napawając się widokiem dawnych
budowli, a niemal oczarowana sięgnęła do przewieszonej na ramieniu torebki po
poręczny aparat kompaktowy.
Davide Santon,
pod żadnym względem nie był zwolennikiem kulturowych wycieczek, acz
okoliczności tym razem stały się nieco inne. Przede wszystkim chciał, aby
dziewczyna, choć w mikrym stopniu poznała główne zabytki Como, bowiem nie miał
pojęcia czy kiedykolwiek nadarzy jej się okazja do zwiedzenia tegoż urokliwego
miasteczka.
– Uwielbiasz
piłkę nożną, co? – spytała, gdy ujrzała w oddali na podniszczonym murze,
ornament kaligraficzny z najrozmaitszymi przydomkami piłkarskich klubów.
– Pozwala
mi zachować formę – odpowiedział po chwili namysłu.
Przeniosła
spojrzenie z zamyślonej twarzy bruneta na powoli chowające się, za dalekim
krajobrazem pasm górskich, słońce. Zapadał zmierzch. Odniosła wrażenie, iż
niezmierzone morze błękitu stanęło w ogniu, a czas zatrzymał się w miejscu.
Pierzaste obłoki skupiały się blisko siebie niczym stado owieczek przerażonych
pożarem, lecz natarczywy wiatr znużony ciszą, rozpędzał je tak, że rozpierzchły
się po całym niebie.
– To nie
jest odpowiedź na moje pytanie – stwierdziła, obserwując jak w ostatnim blasku,
odrzutowiec pozostawiał białą smugę na niebie.
– Lubię ją. – Wsunął
dłonie w głębokie kieszenie jeansowych bermudów. – Chociaż nie wiem, czy
uwielbiam – dodał.
– Za to
uwielbiasz siedzieć w szatni i z kolegami przeglądać się w lustrze. – Nieco
zaczepny ton sprawił, że Davide roześmiał się szczerze.
– Zabawne.
Muszę to zapamiętać – odparł, spoglądając na nią.
– Nie staram się
być zabawna. Mówię poważnie – zapewniła.
– Och, bo
jesteśmy tacy atrakcyjni, mam rację? – Uniósł brew.
Zmrużyła oczy,
zerkając na niego z półotwartymi ustami. Nie potrafiąc ubrać własnych myśli w
sensowne zdanie, zacisnęła wargi w wąską linię. Niejednokrotnie słyszała, jakich
ekscesów potrafią przysporzyć atrakcyjni i atletyczni sportsmeni. W dziesiątej
klasie spotykała się z zuchwałym futbolistą, reprezentantem szkolnej drużyny. Był
wysokim, wysportowanym szatynem o niecodziennym podejściu do życia. Ideał? Nic
bardziej mylnego. Zwykły dzieciak, który umiejętnie zdołał omamić szesnastoletnią
dziewczynę.
Regularnie
kupowane kwiaty, czy innego typu upominki w połączeniu ze starszym, popularnym
i nieziemsko przystojnym chłopakiem. Która z kobiet nie marzyła o perfekcyjnym
partnerze? Która pogardziłaby księciem na białym koniu, wkładającym całe serce
w to, co robi? Niestety Paul Fletcher, pod maską przyzwoitego ucznia skrywał
oblicze podrywacza i zimnego drania.
Dla przyjaciół
uroczego uwodziciela żyjących priorytetem „muszę ją zaliczyć”, nie było nic
dziwnego w nagłym znudzeniu młodszą o dwa lata nastolatką. Pierwszą miłość a
zarazem poważny zawód miłosny zaznała właśnie u boku Paula. Jedyne, czego szczerze
żałowała, to fakt, że utraciła dziewictwo ze szkolnym mięśniakiem, posiadającym
więcej muskuł niż rozumu.
Ale czy warto
mierzyć każdego sportowca jedną miarą?, pomyślała.
– Próbujesz
mnie zniechęcić, co? – dodał, uśmiechając się kącikiem ust i z uwagą analizując
jej zachowanie.
– Nie – zaprzeczyła od razu, odwracając
speszony wzrok.
Letni zmierzch
na dobre zawładnął ulicami miasteczka, a z okiennic mieszkań wypływało jasne
światło. Gigantycznych reklamy rozbłysły milionem olśniewających kolorów, a
neonowe szyldy klubów odbijały się w ciemnościach. Setki ludzi we własnych
samochodach przemierzali szosy wracając z niedzielnych spotkań, a na chodnikach
tłumy spieszyły się z jednej imprezy na kolejną.
Srebrny Opel
wyjechał z długiego tunelu. Vivienne zdołała zauważyć, że jest to zupełnie inny
szlak niźli przybyli do Como. Zachowując wewnętrzny spokój, przeniosła
spojrzenie na skoncentrowany profil twarzy chłopaka, który z uwagą analizował
każdy metr krętej, niekończącej się ulicy. Sprawę zdecydowanie utrudniały lampy
uliczne ustawione w szerokiej rozpiętości i sporadycznie przejeżdżające pojazdy,
dostarczające nikły stóg blasku.
Rozchyliła
powoli usta, aby najzwyczajniej zapytać, jaki widzi cel w szukaniu czegokolwiek
na otoczonej roślinnością trasie, gdy nagle mimika twarzy Dade diametralnie
uległa zmianie. Ściągnęła brwi przegryzając dolną wargę, gdy zaobserwowała, że
zaparkował samochód w miejscu, gdzie ulica była na tyle szeroka, aby umożliwić
postój.
– Jesteśmy na
miejscu. – Uśmiechnął się, a odpiąwszy pas wygiął sylwetkę w tył i sięgnął po
ciemną, sportową torbę z siedzenia.
– Jesteśmy? –
powtórzyła podejrzliwie, unosząc wysoko brwi po wstępnych oględzinach. – Jak
dla mnie to środek lasu.
– Kępy drzew
zasłaniają jezioro – powiedział ze specyficznym akcentem, zwracając ku niej
twarz. Uwielbiała, kiedy mówił w języku angielskim, zniekształcając trudniejsze
wyrazy. Davide wychwytując pełen niepewności wzrok blondynki, bezdźwięcznie
westchnął. Nic dziwnego nie było w nadmiernej nieufności Vivienne. De facto nie
wiedziała, w jakim stopniu mogła na nim polegać. – Za tym pasmem jest zatoczka,
o której mówiłem ci wcześniej. Pamiętasz?
Skinęła głową
zatrzaskując drzwi. Lokalizacja wcale nie przekonywała swym wyglądem, a na
domiar złego miejsce na pierwszy rzut oka nie wyglądało na bezpieczne. Widok
wysokich, cienkich drzew rzucających powyginanie cienie i pni rosnących blisko
siebie, sprawiających wrażenie niemożliwej do przebycia dżungli, po prostu
budził w niej grozę. Początkowo przeszło jej przez myśl, że Davide
najzwyczajniej żartuje, lecz dostrzegając zmierzającego chłopaka w ów stronę,
zrozumiała, iż mówił całkiem poważnie.
– Zaczekaj! – Krzyknęła
zatrwożona Vivienne. – Gdzie idziesz? – Gdy wstrzymał chód tuż przed pasem
pozornego boru, przyśpieszonym krokiem podeszła do włoskiego obrońcy chcąc mu
wybić pomysł z głowy. – Nie możemy tamtędy iść! – Zdecydowanie zaprotestowała.
– Tam jest zbyt ciemno! Zgubimy się…
Na twarzy
chłopaka zagościł delikatny uśmiech, a unosząc rękę pomachał przed twarzą dziewczyny
latarką. Jednym naciśnięciem kciuka sprawił, że z główki przyrządu wypłynął
jaskrawy snop światła.
– Jestem
przygotowany – powiedział, na co blondynka skrzyżował ręce na wysokości piersi.
– Tam jest ścieżka – obwieścił z uśmiechem, a strumieniem ostrego blasku
latarki wskazał dokładne umiejscowienie. – Zaufaj mi.
Powtórnie w
przeciągu godzin posłusznie skinęła głową. Wbrew pełni księżyca przypadającej
na dzisiejszą noc, księżyc połyskiwał nisko na niebie i mimo tego, zdawał się
nie być sprzymierzeńcem. Potężne korony drzew umiejętnie odcinały jakikolwiek
dopływ blasku. Obejmując się ramionami, szła tuż za chłopakiem, jakby w obawie,
że w każdej chwili, coś bliżej nieokreślonego może ją dopaść i rozszarpać na
strzępy.
Ku zdziwieniu
rzeczywiście podążali niewyrazistą dróżką, co wydedukowała po dwóch gwałtownych
skrętach o dziewięćdziesiąt stopni. Rozkojarzona tańczącym światłem latarki
niespodziewanie usłyszała głośny trzask.
Skamieniała,
czując jak nogi odmówiły posłuszeństwa. Silnie zaskoczona zacisnęła drobną dłoń
na przedramieniu Dade, sprawiającego wrażenie równie zdumionego, co ona.
Natychmiastowo wyczuła napinające się mięśnie chłopaka, podczas gdy on odniósł
wrażenie, jakby paraliżujący prąd przeszył całe jej ciało. Energicznie odwrócił
się oświetlając ocieniony teren za ich plecami, w poszukiwaniu jakiegokolwiek
cienia zdradzającego czyjąś obecność.
– Co to było?
– wyszeptała, czując jak serce łomocze jej w piersi. Nieznacznie zerknęła zza
pleców piłkarza, czujnie badającego teren wzrokiem. Jego zmrużone oczy i mocno
ściągnięte brwi, nie przywoływały wcale pozytywnych emocji. – Ktoś tam jest?
Oczyma
wyobraźni widziała huczące brukowce o dwójce zamordowanych nastolatków w
miejscowym lesie.
Na szczęście brunet
zdecydowanie ochłonął.
– To tylko
złamana gałąź – rzekł, charakterystycznie pewnym tonem. Odwróciwszy się, jego
twarz znajdowała się zdecydowanie za blisko, co spowodowało, iż z dokładnością
wyczuła na skórze jego oddech. Opuściła wzrok na ściółkę, potem popatrzyła na otchłanną
czerń pobliskiego terenu i znowu na niego. – Drzewa są stare, gniją i pękają.
Chodźmy. – Wymijając dziewczynę, objął wolną dłonią jej lewy nadgarstek.
– Davide… – Wbrew
fali ciepła przeszywającej na wskroś, próbowała trzymać się blisko piłkarza. –
Na tych wzgórzach, żyją niedźwiedzie, prawda? To trzaśnięcie spowodował jeden z
nich, ponieważ w nocy mogą iść do jeziora się napić. A co, jeśli wpadniemy na
niego po ciemku? – Ciągle szeptając, nie zdawała sobie sprawy z tego, że
zaczynała popadać w panikę. Pozwalając się prowadzić, również próbowała racjonalnie
pomyśleć o czyhających niebezpieczeństwach, w tego typu obszarach.
– Walnę go w
łeb latarką – oznajmił rozbawiony, unosząc urządzenie.
– Bardzo
zabawne – mruknęła, żałując, że poprzez wymachiwanie przyrządem, uniemożliwiał
jej obserwowanie, gdzie stawia stopy.
– Nie masz
się, czego obawiać. Nie pozwolę, by coś ci się stało. Obiecuję. – Zerknął na
nią przez ramię. – Znajdę kawałek miłej i przede wszystkim bezpiecznej plaży,
zgoda?
Wyraźnie
odetchnęła z ulgą, kiedy opuściła gęstwinę drzew. Łagodny blask księżyca
oświetlał taflę jeziora, która pod osłoną nocy wyglądała zupełnie inaczej niźli
za dnia. Woda szemrała w bezruchu, gładka niczym szkło, spokojnie odbijając
oblicze księżyca. Gwiazdy migotały zalotnie na bezchmurnym, nocnym niebie.
Szczyty drzew trzeszczały, kołysząc się na wietrze, podczas gdy ciszę przeszywało
pohukiwanie miejscowych sów. Z gromkim trzepotem, samotny ptak wzbił się w
górę, znikając za najbliższym horyzontem. Może to właśnie te kręgowce wywołały
tyle huku wśród gąszczy?
Otumaniający
pejzaż otulił zmęczone ciało dziewczyny i wypełnił zmysły. Wyraźnie chłonęła
zapierający dech w piersiach widok rozlewającego na zachód i wschód jeziora.
Znalazłszy
odpowiedni skrawek skalistej plaży, próbowała nie patrzeć na wysportowane ciało
Davide i widoczne pod skórą mięśnie, gdy zrzucał z siebie podkoszulek. Pokręciła
głową odwracając wzrok w innym kierunku. Spokojnie ściągnęła z siebie
śnieżnobiałą bluzkę, pozwalając subtelnemu oddechowi nieba, przepleść się przez
włosy, które w bladym świetle wydawały się zdecydowanie intensywniejsze.
Przyjemny powiew okalający jej szczupłą sylwetkę, przyprawiał skórę o
niewidoczne oznaki chłodu.
– Tchórzysz? –
Usłyszała donośny głos Włocha. Stojąc na prostych nogach, w wodzie sięgającej
klatki piersiowej, zerknął na nią jakby urzeczony. Światło księżyca odbijało
się o jasne włosy, oblewając je delikatną poświatą. W tym momencie wydawała się
jeszcze ładniejsza niż dotychczas. – Woda wcale nie jest zimna jak może się
wydawać.
– Idę. – Uśmiech
rozświetlił jej twarz, po czym z lekkim oporem dołączyła do piłkarza. Po
pierwszym, krótkim szoku termicznym, w końcu przyzwyczaiła się do chłodnej,
otaczającej ją z każdej strony wody.
– Mówiłaś, że
nie potrafisz pływać – stwierdził podejrzliwie, obserwując spokojnie płynącą
kraulem blondynkę.
– Uhm –
mruknęła, zaczesując w górę mokre kosmyki, natrętnie przyklejające się do
twarzy. Nie czując gruntu pod nogami, instynktownie wierzgała nogami i rękoma,
aby utrzymać głowę na powierzchni.
– Ściągamy się
do tego konaru? – wskazał dłonią.
Amerykanka
gwałtownie wystartowała w określonym kierunku, jednak konkurując ze starszym
piłkarzem od razu spisana była na przegraną. Wszakże udowodniła, iż nie jest
bezustannie strachliwą dziewczyną, której postawę do tej pory mogła
reprezentować.
Zmęczona
złapała drewnianej odrośli, próbując nie koncentrować uwagi na otaczającą ze
wszystkich stron wodę. Podczas rozmowy wydawało się, że Santon zaburzał
stereotyp bezmózgiego sportowca rozwijającego jedynie siłę swego ciała, a nie
umysł. Co więcej wszystko wskazywało na to, że robił coś sensownego ze swoim
życiem i chociaż lubił odgrywać prostolinijnego, nie był łatwym przeciwnikiem.
Od samego
początku uważała, iż nie był w jej typie, lecz gdy patrzyła na niego z innej
perspektywy zaczęła się zastanawiać – dlaczego nie? W przeszłości nie miała
wielkiego szczęścia do facetów, a najlepszym tego przykładem był Paul Fletcher
i Nathaniel Moss.
Może wakacje nie
będą takie straszne, jak przypuszczała.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz