Rozdział 10


Wychodząc z wody, poczuła na skórze lodowaty podmuch powietrza, przyprawiający o delikatne dreszcze i zgrzytanie zębami. Wykręciwszy z długich włosów stróżki pozostałości jeziora, mocno otoczyła ramionami drobne ciało. Ze szczególną uwagą spoglądała na stawiane kroki, bowiem stąpała po wyłożonym kamieniami brzegu ciągnącym się, aż po ich pozostawiony bagaż.
Nieznaczny powiew wiatru, w dalszym ciągu, nie dawał o sobie zapomnieć, sprawiając, że gałązki krzewów i korony drzew tańczyły z nim w zgodzie. Miejscami wzburzone jezioro przywoływało zupełnie inne emocje i odczucia niźli na samym początku. W jednym momencie przestało przypominać zbiornik wodny, lecz ciemną dziurę, która spadła z nieba odbijając blask księżyca.
Otulona szczelnie grubym, puszystym ręcznikiem, siedziała skulona na brzegu, obejmując ramionami kolana i mocno przyciskając do nich podbródek. Bawełniany materiał, znakomicie odcinał dostęp chłodnemu powietrzu, świstającemu wokół niosąc cichy pomruk. Spod zmrużonych powiek obserwowała sylwetkę włoskiego piłkarza wynurzającego się spod tafli wody i żwawym krokiem idącego w jej stronę. Po chwili usiadł tuż obok zarzucając na szyję błękitny ręcznik i ukradkiem spojrzał na blondynkę wpatrzoną w taflę jeziora
– Zapewniam cię, że tak niesamowitych miejsc jak Como, we Włoszech jest znacznie więcej – rzekł wycierając mokre włosy, a Vivienne nie potrafiła ukryć uśmiechu na dźwięk jego akcentu. – Ogólnie, wierz mi albo nie, ale na Starym Kontynencie jest wspaniale.
– Uhm. – Zwróciła ku niemu wzrok, unosząc nieznacznie brwi. – Europa musi być fascynująca – rzekła, z wyczuwalnym sceptycyzmem w głosie.
– Nie bądź taką snobką. – Przekomarzał się z nią. – To naprawdę rewelacyjny kontynent. Zwiedzałaś kiedykolwiek Europę, Vivienne? – spytał, z czysto przemawiającej ciekawości.
Zaprzeczyła energicznym potrząśnięciem głowy.
– I to wiele wyjaśnia. – Zastanowił się przez moment, po czym kontynuował: – Założę się, że w ogóle nie wyjeżdżasz z Miami. Mam rację?
– Naturalnie, że wyjeżdżam – odparła. – Jestem tutaj, prawda?
– Przecież wiesz, co mam na myśli – uniósł znacząco brew.
– Dlaczego miałabym wyjeżdżać z miasta? – spytała.
– Hm… Przepuśćmy, żeby pobyć sama, od czasu do czasu?
– Wtedy mogę posiedzieć w swoim pokoju – odpowiedziała pewnie.
– Dobra. – Uciął krótko, gdyż dziewczyna była nieugięta w tejże wymianie zdań. – W takim razie, powiedz mi, dokąd byś poszła, jeśli chciałabyś posiedzieć pod drze­wem i poczytać książkę? – Sięgnął do torby po butelkę wody.
– Flamingo Park. – Odcięła bez trudu, oczyma wyobraźni przywołując panoramę rozległego, zielonego ogrodu w Miami Beach. – Znajduje się tam wielkie wzgórze z idealnym widokiem na ocean. I wiesz, co? Bez problemu wszędzie mogę kupić sobie latte.
– Wielkomiastowa dziewczyna. – Pokręcił głową z udawanym ubolewaniem. Odkręcił nakrętkę litrowej butli i wziął duży haust wody mineralnej.
– A ty porządny chłopak ze wschodu, tak? – Ponownie zwróciła ku niemu rozpromienioną twarz, przechwytując plastikową butelkę. – Troskliwy, odpowiedzialny, lubiący biegać za piłką i pływać przy blasku księżyca. Och, powinieneś jeszcze nosić szaty i kupić białego konia. – Uśmiechnęła się zadziornie.
– Naprawdę bardzo zabawne. – Rozbawiony pokręcił głową.

Kilku godzin po zachodzie słońca, mrok panował nad dachami mieszkań. Wszelkie kolory znikły pozostawiając gęstwinę ciemności przykrywającą wszelakie kotliny. Gwiazdy ciągle jasno połyskiwały na sklepieniu intensywnie granatowego nieba. Wszystko spało; rośliny, zwierzęta a nawet atmosfera wydawała się senna.
Dziewiętnastoletni Włoch od ponad trzydziestu minut pogrążony w przytłaczającej ciszy, prowadził z rozmachem samochód. Wciśnięty głęboko w fotel, nienaturalnie zwarł zęby, co nadało jego twarzy osobliwych rys. Na sztywno wyciągniętych rękach, objął dłońmi obręcz kierownicy, zaciskając palce na skórzanej oprawie.
Zwolnił pojazd dostrzegając w oddali znajome domki jednorodzinne, gdzie jeden oznakowany numerem osiem należał do Passante. Wystawił migacz, a następnie najwolniej jak mógł zatrzymał czterokołowiec, parkując na wolnym miejscu. Podczas chwilowego postoju przeniósł ciemne tęczówki na blondynkę, której lekko przechylona głowa w bok spoczywała na drzwiach. Przymknięte powieki i emanujący spokój na twarzy, spowodował, iż kąciki jego ust powędrowały zdecydowanie w górę.
Obserwując Vivie z bliska uświadomił sobie nagle, jak szybko mijał mu z nią czas. W przeciwieństwie do innych dziewczyn, które znał mówiła to, co myślała, nie ulegając jego urokowi. Potrafiła go zaskoczyć, nie prowadziła żadnych głupich gierek i miała specyficzne poczucie humoru, które przypadło mu do gustu, nawet, jeśli czasami sam stawał się ofiarą. Ponadto wiedział, iż pod fasadą szorstkości i ironii kryje się wrażliwość i dobroć.
– Jesteśmy – powiedział cicho. Kładąc dłoń na jej ramieniu, delikatnie nim potrząsnął. Zanim dziewczyna się zbudziła, zerknął w stronę jasnooliwkowego budynku, gdzie dostrzegł w drzwiach balkonowych pokoju Marisy, ciągle zapalone światło i energiczne poruszenie białych firanek.
– Spędziłam wspaniały wieczór, Davide – rzekła po chwili ciszy.
– Ja też – odparł, gdy dziewczyna uchyliła drzwi, acz nie wysiadła. – Vivienne, tak sobie pomyślałem, że, hm, skoro nie zwiedzałaś jeszcze Mediolanu, to mógłbym cię po nim trochę oprowadzić – zaproponował. – Jeśli oczywiście nie masz ochoty, możemy na przykład pójść do kina…
– Proponujesz mi randkę? – Przerwała mu, starając się zachować naturalne brzmienie głosu. Na ustach Dade dostrzegła igrający lekki uśmiech. – Oczywiście. Dlaczego nie?

Niespełna pół godziny później, Vivienne, po szybkim prysznicu i zmyciu z włosów zapachu jeziora leżała na łóżku w jednej z sypialni domu państwa Passante. Do pogrążonego w mroku pomieszczenia, ciekawsko zaglądała łagodna poświata nocy, padając na rozpromienioną w szerokim uśmiechu twarz blondynki. Delikatny powiew wiatru bezkreśnie wnikał poprzez szeroko rozchylone okno, przyjemnie muskając jasną skórę dziewczyny. Otchłanna cisza przerywana była szelestem pobliskich drzew, sporadycznym warkotem silników samochodowych, wyciem czworonogów i zakłócającymi spokój okrzykami nastolatków.
Z zainteresowaniem skupiła wzrok na ekranie iPhone’a, na którym widniała wiadomość obrazkowa. Z kolorowej fotografii uśmiechała się niewielka grupka osób. Na pierwszym planie znajdowała się Penelope w króciutkiej, wiązanej na szyi sukience, którą otrzymała na szesnaste urodziny od Vivienne. Suknia, nawet z biegiem czasu nie straciła powabu, a Penny wyglądała pięknie, zresztą jak zawsze. Rozpuszczone i podkręcone, płowe włosy kaskadami opadały na jej gołe ramiona, idealnie komponując z szerokim, śnieżnobiałym uśmiechem. Na lewym barku blondynki spoczywała rozpromieniona buzia, Jonathana Donovana, a jego silne ramiona obejmowały szczupłą talię dziewczyny.
Vivienne, nieco zdumiona zmarszczyła czoło, zastanawiając się, jakie zmiany mogły zajść podczas trzech dni nieobecności w Miami. Pokręciła głową spoglądając na opaloną, Summer, stojącą w wesołym wygibasie z płomiennorudą Ashley i kasztanowłosą Hannah. Nieco w tyle dostrzegła jasną czuprynę chłopaka, który swą postawą nie wykazywał entuzjazmu. Stał w lekkim rozkroku z dłońmi wsuniętymi w kieszenie białych spodni. Był skupiony i skoncentrowany z lekko ściągniętymi brwiami. W jednym momencie poczuła dziwne ukłucie, bowiem doskonale wiedziała, jak Sebastianowi zależało, aby na tę imprezę poszli razem. Westchnąwszy zerknęła na obejmującego go ramieniem, Jamesa, siedemnastolatka, z którym miała wspólnie algebrę.
Pod zdjęciem znalazła krótką wiadomość tekstową:
 Miss you”.
Nadawcą mms-a była Penny. Z promiennym uśmiechem wcisnęła odpowiednią kombinację przycisków i szybko wystukała na klawiaturze:
 I miss you, too”.
Szczerze tęskniła za przyjaciółmi, rodzicami i sypiącym nieskończoną ilością pytań Chrisem. Nieomalże codziennie wieczorami, ściskając w dłoni drobną rączkę młodszego brata przechadzali się wzdłuż podmywającego bose stopy brzegu oceanu. Obserwując tonące w głębinach wielkich wód słońce, sześcioletni chłopczyk zasypywał ją milionami zbędnych zapytań, na które jako starsza, mądrzejsza siostra, wytrwale udzielała wskazówek.
Tymczasem znajdowała się tysiące mil od miejsca zamieszkania i z każdą godziną przebytą w Mediolanie docierała do niej narastająca w ekspresowym tempie niechęć ze strony najstarszej z córek Terrenzio. Ponadto czuła, iż zdobyła sympatię jednego z przyjaciół dziewczyny, Davide. Szczegółowo analizując każdy szczegół niedzielnego spotkania, wspominając spojrzenie ciemnobrunatnych oczu i powściągliwy uśmiech, zasnęła.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz