Wychodząc
z wody, poczuła na skórze lodowaty podmuch powietrza, przyprawiający o delikatne
dreszcze i zgrzytanie zębami. Wykręciwszy z długich włosów stróżki pozostałości
jeziora, mocno otoczyła ramionami drobne ciało. Ze szczególną uwagą spoglądała
na stawiane kroki, bowiem stąpała po wyłożonym kamieniami brzegu ciągnącym się,
aż po ich pozostawiony bagaż.
Nieznaczny
powiew wiatru, w dalszym ciągu, nie dawał o sobie zapomnieć, sprawiając, że
gałązki krzewów i korony drzew tańczyły z nim w zgodzie. Miejscami wzburzone
jezioro przywoływało zupełnie inne emocje i odczucia niźli na samym początku. W
jednym momencie przestało przypominać zbiornik wodny, lecz ciemną dziurę, która
spadła z nieba odbijając blask księżyca.
Otulona szczelnie
grubym, puszystym ręcznikiem, siedziała skulona na brzegu, obejmując ramionami
kolana i mocno przyciskając do nich podbródek. Bawełniany materiał, znakomicie odcinał
dostęp chłodnemu powietrzu, świstającemu wokół niosąc cichy pomruk. Spod
zmrużonych powiek obserwowała sylwetkę włoskiego piłkarza wynurzającego się
spod tafli wody i żwawym krokiem idącego w jej stronę. Po chwili usiadł tuż
obok zarzucając na szyję błękitny ręcznik i ukradkiem spojrzał na blondynkę
wpatrzoną w taflę jeziora
– Zapewniam cię,
że tak niesamowitych miejsc jak Como, we Włoszech jest znacznie więcej – rzekł
wycierając mokre włosy, a Vivienne nie potrafiła ukryć uśmiechu na dźwięk jego
akcentu. – Ogólnie, wierz mi albo nie, ale na Starym Kontynencie jest
wspaniale.
– Uhm. – Zwróciła
ku niemu wzrok, unosząc nieznacznie brwi. – Europa musi być fascynująca –
rzekła, z wyczuwalnym sceptycyzmem w głosie.
– Nie bądź
taką snobką. – Przekomarzał się z nią. – To naprawdę rewelacyjny kontynent.
Zwiedzałaś kiedykolwiek Europę, Vivienne? – spytał, z czysto przemawiającej
ciekawości.
Zaprzeczyła
energicznym potrząśnięciem głowy.
– I to wiele
wyjaśnia. – Zastanowił się przez moment, po czym kontynuował: – Założę się, że
w ogóle nie wyjeżdżasz z Miami. Mam rację?
– Naturalnie,
że wyjeżdżam – odparła. – Jestem tutaj, prawda?
– Przecież wiesz,
co mam na myśli – uniósł znacząco brew.
– Dlaczego
miałabym wyjeżdżać z miasta? – spytała.
– Hm… Przepuśćmy,
żeby pobyć sama, od czasu do czasu?
– Wtedy mogę
posiedzieć w swoim pokoju – odpowiedziała pewnie.
– Dobra.
– Uciął krótko, gdyż dziewczyna była nieugięta w tejże wymianie zdań. – W takim
razie, powiedz mi, dokąd byś poszła, jeśli chciałabyś posiedzieć pod drzewem i
poczytać książkę? – Sięgnął do torby po butelkę wody.
– Flamingo
Park. – Odcięła bez trudu, oczyma wyobraźni przywołując panoramę rozległego,
zielonego ogrodu w Miami Beach. – Znajduje się tam wielkie wzgórze z idealnym
widokiem na ocean. I wiesz, co? Bez problemu wszędzie mogę kupić sobie latte.
– Wielkomiastowa
dziewczyna. – Pokręcił głową z udawanym ubolewaniem. Odkręcił nakrętkę litrowej
butli i wziął duży haust wody mineralnej.
– A ty
porządny chłopak ze wschodu, tak? – Ponownie zwróciła ku niemu rozpromienioną
twarz, przechwytując plastikową butelkę. – Troskliwy, odpowiedzialny, lubiący
biegać za piłką i pływać przy blasku księżyca. Och, powinieneś jeszcze nosić
szaty i kupić białego konia. – Uśmiechnęła się zadziornie.
– Naprawdę bardzo
zabawne. – Rozbawiony pokręcił głową.
Kilku godzin
po zachodzie słońca, mrok panował nad dachami mieszkań. Wszelkie kolory znikły
pozostawiając gęstwinę ciemności przykrywającą wszelakie kotliny. Gwiazdy
ciągle jasno połyskiwały na sklepieniu intensywnie granatowego nieba. Wszystko
spało; rośliny, zwierzęta a nawet atmosfera wydawała się senna.
Dziewiętnastoletni
Włoch od ponad trzydziestu minut pogrążony w przytłaczającej ciszy, prowadził z
rozmachem samochód. Wciśnięty głęboko w fotel, nienaturalnie zwarł zęby, co nadało
jego twarzy osobliwych rys. Na sztywno wyciągniętych rękach, objął dłońmi
obręcz kierownicy, zaciskając palce na skórzanej oprawie.
Zwolnił pojazd
dostrzegając w oddali znajome domki jednorodzinne, gdzie jeden oznakowany
numerem osiem należał do Passante. Wystawił migacz, a następnie najwolniej jak
mógł zatrzymał czterokołowiec, parkując na wolnym miejscu. Podczas chwilowego
postoju przeniósł ciemne tęczówki na blondynkę, której lekko przechylona głowa
w bok spoczywała na drzwiach. Przymknięte powieki i emanujący spokój na twarzy,
spowodował, iż kąciki jego ust powędrowały zdecydowanie w górę.
Obserwując Vivie
z bliska uświadomił sobie nagle, jak szybko mijał mu z nią czas. W
przeciwieństwie do innych dziewczyn, które znał mówiła to, co myślała, nie
ulegając jego urokowi. Potrafiła go zaskoczyć, nie prowadziła żadnych głupich
gierek i miała specyficzne poczucie humoru, które przypadło mu do gustu, nawet,
jeśli czasami sam stawał się ofiarą. Ponadto wiedział, iż pod fasadą
szorstkości i ironii kryje się wrażliwość i dobroć.
– Jesteśmy – powiedział
cicho. Kładąc dłoń na jej ramieniu, delikatnie nim potrząsnął. Zanim dziewczyna
się zbudziła, zerknął w stronę jasnooliwkowego budynku, gdzie dostrzegł w
drzwiach balkonowych pokoju Marisy, ciągle zapalone światło i energiczne
poruszenie białych firanek.
– Spędziłam
wspaniały wieczór, Davide – rzekła po chwili ciszy.
– Ja też –
odparł, gdy dziewczyna uchyliła drzwi, acz nie wysiadła. – Vivienne, tak sobie
pomyślałem, że, hm, skoro nie zwiedzałaś jeszcze Mediolanu, to mógłbym cię po
nim trochę oprowadzić – zaproponował. – Jeśli oczywiście nie masz ochoty, możemy
na przykład pójść do kina…
– Proponujesz
mi randkę? – Przerwała mu, starając się zachować naturalne brzmienie głosu. Na
ustach Dade dostrzegła igrający lekki uśmiech. – Oczywiście. Dlaczego nie?
Niespełna pół
godziny później, Vivienne, po szybkim prysznicu i zmyciu z włosów zapachu
jeziora leżała na łóżku w jednej z sypialni domu państwa Passante. Do
pogrążonego w mroku pomieszczenia, ciekawsko zaglądała łagodna poświata nocy, padając
na rozpromienioną w szerokim uśmiechu twarz blondynki. Delikatny powiew wiatru
bezkreśnie wnikał poprzez szeroko rozchylone okno, przyjemnie muskając jasną
skórę dziewczyny. Otchłanna cisza przerywana była szelestem pobliskich drzew,
sporadycznym warkotem silników samochodowych, wyciem czworonogów i
zakłócającymi spokój okrzykami nastolatków.
Z
zainteresowaniem skupiła wzrok na ekranie iPhone’a, na którym widniała
wiadomość obrazkowa. Z kolorowej fotografii uśmiechała się niewielka grupka osób.
Na pierwszym planie znajdowała się Penelope w króciutkiej, wiązanej na szyi
sukience, którą otrzymała na szesnaste urodziny od Vivienne. Suknia, nawet z
biegiem czasu nie straciła powabu, a Penny wyglądała pięknie, zresztą jak
zawsze. Rozpuszczone i podkręcone, płowe włosy kaskadami opadały na jej gołe
ramiona, idealnie komponując z szerokim, śnieżnobiałym uśmiechem. Na lewym
barku blondynki spoczywała rozpromieniona buzia, Jonathana Donovana, a jego
silne ramiona obejmowały szczupłą talię dziewczyny.
Vivienne,
nieco zdumiona zmarszczyła czoło, zastanawiając się, jakie zmiany mogły zajść
podczas trzech dni nieobecności w Miami. Pokręciła głową spoglądając na
opaloną, Summer, stojącą w wesołym wygibasie z płomiennorudą Ashley i
kasztanowłosą Hannah. Nieco w tyle dostrzegła jasną czuprynę chłopaka, który swą
postawą nie wykazywał entuzjazmu. Stał w lekkim rozkroku z dłońmi wsuniętymi w
kieszenie białych spodni. Był skupiony i skoncentrowany z lekko ściągniętymi
brwiami. W jednym momencie poczuła dziwne ukłucie, bowiem doskonale wiedziała,
jak Sebastianowi zależało, aby na tę imprezę poszli razem. Westchnąwszy
zerknęła na obejmującego go ramieniem, Jamesa, siedemnastolatka, z którym miała
wspólnie algebrę.
Pod zdjęciem
znalazła krótką wiadomość tekstową:
„Miss
you”.
Nadawcą mms-a
była Penny. Z promiennym uśmiechem wcisnęła odpowiednią kombinację przycisków i
szybko wystukała na klawiaturze:
„I miss
you, too”.
Szczerze
tęskniła za przyjaciółmi, rodzicami i sypiącym nieskończoną ilością pytań Chrisem.
Nieomalże codziennie wieczorami, ściskając w dłoni drobną rączkę młodszego brata
przechadzali się wzdłuż podmywającego bose stopy brzegu oceanu. Obserwując
tonące w głębinach wielkich wód słońce, sześcioletni chłopczyk zasypywał ją
milionami zbędnych zapytań, na które jako starsza, mądrzejsza siostra, wytrwale
udzielała wskazówek.
Tymczasem
znajdowała się tysiące mil od miejsca zamieszkania i z każdą godziną przebytą w
Mediolanie docierała do niej narastająca w ekspresowym tempie niechęć ze strony
najstarszej z córek Terrenzio. Ponadto czuła, iż zdobyła sympatię jednego z przyjaciół
dziewczyny, Davide. Szczegółowo analizując każdy szczegół niedzielnego
spotkania, wspominając spojrzenie ciemnobrunatnych oczu i powściągliwy uśmiech,
zasnęła.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz