Rozdział 8.


Zrezygnowana przeniosła wzrok na drażniąco tykający budzik stojący na blacie szafki nocnej. Posrebrzane wskazówki zdawały się poruszać z niewyobrażalną prędkością, tym samym załamując całkowity schemat. Było grubo po godzinie szesnastej, co oznaczało, iż za dwadzieścia minut powinien zjawić się Davide. Rozgoryczona przysiadła na brzegu łóżka, nie spuszczając wzroku z lustra wmontowanego w wysoką szafę na ubrania.
W jednym momencie pożałowała, iż wyraziła chęć na wspólne spędzenie wieczoru z włoskim piłkarzem. Z perspektywy czasu pomysł wydawał się całkiem absurdalny. Santona poznała zaledwie dzień wcześniej, spędziła w jego towarzystwie kilka godzin, lecz jako jedyny okazywał się tyle wyrozumiały i nie zasypywał jej tyradami włoskich zdań. Z drugiej strony w Miami wielokrotnie umawiała się z nowo poznanymi chłopakami. Dlaczego w takim razie w tym momencie odczuwa tremę?
Przy powtórnym zerknięciu na krystaliczną powierzchnię, poczuła ogarniającą złość. Energicznie wstała, naciągając na dwuczęściowy strój kąpielowy śnieżnobiałą tunikę z naszytym z cekin amerykańskim dolarem, a uda ukrywając pod dopasowanymi, jeansowymi, lekko grafitowymi spodenkami. Zważywszy na zbliżający się wieczór oraz fakt, że po wyjściu z wody powietrze może wydać się chłodniejsze, postanowiła zabrać ze sobą coś cieplejszego. Pośpiesznie odszukała w stercie rzeczy obszerną torebkę od Prady, pakując do niej czarne legginsy i szarą, bawełnianą bluzę-tunikę z kapturem wyszytym ciepłym futrem. Spód torby wyłożyła kolorowym ręcznikiem, który bądź, co bądź był nieodłącznym elementem wyprawy.
– Davide przyjechał. – Poinformowała Concetta kilka minut później.
Uchyliwszy drzwi pokoju, wzrok kobiety padł na nastolatkę, stojącą przed wysokim lustrem. Vivienne jednym pociągnięciami nałożyła na usta waniliowy błyszczyk.
– Jestem prawie gotowa – oznajmiła, zerkając na kobietę.
Naciągnąwszy na stopy czarno-białe, zamszowe baleriny i przerzucając torbę przez ramię zbiegła po schodach do korytarza. W oświetlonym przedpokoju dostrzegła opartego o ścianę chłopaka, który najwyraźniej – jak zapowiedział – porozmawiał już z Concettą. Ze zmrużonymi oczyma ruszyła w jego kierunku.
Hello – zawołała, lustrując wzrokiem luzacką postawę, Dade.
Wainwright zdołała zauważyć, iż Marisy nie było w mieszkaniu – najwyraźniej musiała wyjść zanim przybył piłkarz. Opuszczając terytorium posesji nasunęła na nos ciemne okulary, uniemożliwiając połyskliwym promieniom słonecznym igranie ze wzrokiem. Wdychając przyjemny zapach kremu hipoalergicznego, zdołała usłyszeć jak Włoch pośpiesznie tłumaczył coś jeszcze Passante, jednakże z wylanego z ust potoku zdołała zrozumieć sporadycznie, co trzecie słowo.
– Hm, byłaś już za miastem, Vivie? – Po chwili zrównał z nią kroku.
– Jestem tutaj zaledwie trzeci dzień – zauważyła nieco sceptycznie, ukradkiem zerkając na maszerującego obok piłkarza. – Nie zwiedziłam nawet Mediolanu.
– W takim razie najwyższa pora poznać, co najlepszego kryje Lombardia. – Uśmiechnął się dość tajemniczo, odblokowując jednej z najnowszych modeli Opla Corsy.

Marisa Passante przeglądała obfite menu niewielkiej kawiarenki, niedawno otworzonej w dzielnicy, którą zamieszkiwali. Miejsce posiadało swój urok, ponieważ wyglądem przypominał bar żywcem wyciągnięty z lat pięćdziesiątych. Usłyszawszy aksamitny i niski tembr głosu Fabrizio, składającego zamówienie na dużego cheeseburgera, czekoladowego shake’a oraz frytki, uniosła głowę i zażyczyła wyłącznie dietetycznej coli.
– I jak ci się podoba? – zapytał po odejściu kelnerki, obserwując Risę wzrokiem błądzącą po dzielnicy handlowej rozciągającej się tuż za oknem. W knajpie znaleźli się pierwszy raz, gdyż miała ona swe otwarcie z początkiem letnich wakacji.
– Przyzwoite miejsce. Całkiem inne od wszystkich – posłała dziewiętnastolatkowi łagodny, nieco wymuszony uśmiech.
– Gianni, wczoraj mnie o tym barze poinformował. Mówił, że serwują tu pysznego shake’a. Powinnaś spróbować. – Dostrzegając pełną oporu minę dziewczyny, ułożył łokcie na blacie niewielkiego, okrągłego stoliku a pochylając w przód, zdążył wejść jej w słowo: – Tylko nie kłam, że nie jesteś głodna. Wręcz słyszę jak burczy ci w brzuchu. – Uniósł wysoko brwi, przybierając lekko cyniczny uśmieszek. – W sumie to i tak będzie twoja strata.
– Zwyczajnie nie mam ochoty. – Podparła podbródek na dłoni, napotykając przeszywające spojrzenie czekoladowych oczu bruneta. – Przejedziemy się do La Rinascente? – Podarowała mu błagalny, w pewnym stopniu kokieteryjny uśmiech. Z wyczuwalnym zrezygnowaniem skinął głową. – Potem, jeśli się uda, wsadzimy Vivienne w pierwszy lepszy samolot i poślemy do tego przeklętego Miami.
– Nie przesadzaj. Nie jest, aż taka straszna – stwierdził Fabrizio.
Zmarszczył czoło zastanawiając się skąd w Marisie tyle zawziętości i wzburzenia. Teoretycznie zawsze miała Davide i jego na wyłączność, nie odczuwając żadnej potrzeby dzielenia z kimkolwiek. Z drugiej strony zanim piłkarz zakończył poprzedni związek z pewną panną, nie boczyła się, gdy wolał spędzać czas z własną dziewczyną zamiast z nimi.
– Błagam, nie zaczynaj jeszcze i ty! – Pełen irytacji i żalu głos wydobył się z ust brunetki. Ściągnęła gniewnie brwi, obserwując go w milczeniu.
– Ouch. Nie denerwuj się. Tylko żartowałem. – Fab, postanowił zakończyć temat uroczej blondynki na tym etapie, bowiem w konflikty z tak błahego powodu nie zamierzał się wdawać.

Świdrujące promienie słoneczne pomału zaczynały przygasać, tym samym sprawiając wielką ulgę mieszkańcom Włoch. Vivienne, przypięta samochodowym pasem w zadziwiająco miękkim fotelu pasażerskim, obserwowała szybko zmieniający się krajobraz wokół niej. Delikatny, letni wiaterek przebrnąwszy poprzez lekko opuszczoną szybę, rozwiewał jej proste włosy, sprawiając, że niesforne kosmyki raz po raz przywierały do nawilżonych ust. Cicha melodia wypływająca z radia, zdecydowanie umilała nużącą podróż.
Mediolan – zważając na fakt, iż jechali od półgodziny – już dawno, pozostawili w tyle, tym bardziej biorąc pod uwagę fakt, że po charakterystycznych budowlach widzianych pierwszego dnia, nie było ani śladu.
– Gdzie jedziemy? – zapytała, gdy brnęli ulicą szybkiego ruchu.
– A co to za różnica? – Zerknął na nią przelotnie, aby następnie wzrokiem powrócić na jezdnię, gdzie wymijał kolejny z rzędu samochód osobowy. – Jeżeli powiem, że jedziemy do Como, wyjaśni ci to coś? – Kątem oka dostrzegł przeczące kiwnięcie głową. – Tak też myślałem.
– Uhm – mruknęła pod nosem, przenosząc wzrok na krajobraz.
– Como to małe miasteczko, oddalone od Mediolanu o jakieś pięćdziesiąt kilometrów – wyjaśnił pokrótce. – Znajduje się tam jezioro o tej samej nazwie, ale ciągnie się przez znacznie więcej miejscowości.
– Nie pływam zbyt dobrze – wyznała w końcu Vivienne, unosząc ciemne okulary i usytuowując je na czubku głowy. Perspektywa utopienia się we Włoszech w towarzystwie dziarskiego nastolatka, wcale do niej nie przemawiała. – Szczerze mówiąc, to trochę boję się wody.
– Nie martw się. – Wolną ręką zmierzwił swoje włosy, podczas gdy prawą pewnie przytrzymywał kierownicę. – Jezioro jakiś kawałek jest płytkie, więc nie masz się, czego obawiać. Poza tym będę obok – dodał, obserwując kątem oka, jak dziewczyna uśmiechnęła się nieśmiało, odwracając wzrok.
Srebrzysty Opel podskoczył na wąskiej, wyboistej drodze, co spowodowało znaczne zwolnienie pojazdu. Przez otwarte okno wpadał podmuch przyjemnego wiatru a w oddali rysował się zarys wysokich gór, nad którymi nadal górowało słońce. Z coraz to przebytą drogą, pokryte formacją roślinną masywy nabierały rozmiarów. Od pierwszej wizyty w terenie wyżynnym, Appalachach, usytuowanych we wschodniej części Ameryki Północnej, uwielbiała wyjeżdżać na tego typu wycieczki.
Po krótkiej trasie zaparkowali samochód na strzeżonym parkingu, w pobliżu centrum, co nieco zdziwiło Vivie. Przechwytując czarną torebkę, wysiadła z czterokołowca, czując jak świeży podmuch ciepłego wiatru okalał jej twarz i rozwiewał złote włosy. Wzdłuż żeglarskich przystani przycumowane były setki pięknych, lśniących i tych nieco skromniejszych jachtów.
– Dlaczego tutaj mnie przywiozłeś? – Z zaciekawieniem przeniosła wzrok na wysiadającego piłkarza.
– Kawałek dalej jest urocza zatoczka. – Obcesowo wskazał dłonią kierunek tuż za plecami blondynki. – Odkryliśmy ją z bratem dość dawno. Od tamtego czasu jest to jedno z moich ulubionych miejscówek. Niestety nie zawsze mam czas, aby tutaj przyjechać. – Zatrzasnął drzwi samochodu.
– Przecież mieliśmy pojechać tylko nad jezioro… – zaczęła.
– Och, jezioro nie ucieknie. – Powoli ruszył w kierunku pasów dla pieszych, równocześnie energicznym ruchem dłoni zachęcił dziewczynę do dotrzymaniu mu towarzystwa. – Dalej, Vivienne, nie daj się prosić. – Zrobił błagalną minę.
Zaśmiała się serdecznie pod nosem, a kręcąc w rozbawieniu głową, pośpiesznie zrównała kroku z piłkarzem.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz