Zrezygnowana
przeniosła wzrok na drażniąco tykający budzik stojący na blacie szafki nocnej.
Posrebrzane wskazówki zdawały się poruszać z niewyobrażalną prędkością, tym
samym załamując całkowity schemat. Było grubo po godzinie szesnastej, co
oznaczało, iż za dwadzieścia minut powinien zjawić się Davide. Rozgoryczona
przysiadła na brzegu łóżka, nie spuszczając wzroku z lustra wmontowanego w
wysoką szafę na ubrania.
W jednym
momencie pożałowała, iż wyraziła chęć na wspólne spędzenie wieczoru z włoskim
piłkarzem. Z perspektywy czasu pomysł wydawał się całkiem absurdalny. Santona
poznała zaledwie dzień wcześniej, spędziła w jego towarzystwie kilka godzin,
lecz jako jedyny okazywał się tyle wyrozumiały i nie zasypywał jej tyradami
włoskich zdań. Z drugiej strony w Miami wielokrotnie umawiała się z nowo
poznanymi chłopakami. Dlaczego w takim razie w tym momencie odczuwa tremę?
Przy powtórnym
zerknięciu na krystaliczną powierzchnię, poczuła ogarniającą złość. Energicznie
wstała, naciągając na dwuczęściowy strój kąpielowy śnieżnobiałą tunikę z naszytym
z cekin amerykańskim dolarem, a uda ukrywając pod dopasowanymi, jeansowymi,
lekko grafitowymi spodenkami. Zważywszy na zbliżający się wieczór oraz fakt, że
po wyjściu z wody powietrze może wydać się chłodniejsze, postanowiła zabrać ze
sobą coś cieplejszego. Pośpiesznie odszukała w stercie rzeczy obszerną torebkę od
Prady, pakując do niej czarne legginsy i szarą, bawełnianą bluzę-tunikę z
kapturem wyszytym ciepłym futrem. Spód torby wyłożyła kolorowym ręcznikiem,
który bądź, co bądź był nieodłącznym elementem wyprawy.
– Davide
przyjechał. – Poinformowała Concetta kilka minut później.
Uchyliwszy
drzwi pokoju, wzrok kobiety padł na nastolatkę, stojącą przed wysokim lustrem.
Vivienne jednym pociągnięciami nałożyła na usta waniliowy błyszczyk.
– Jestem
prawie gotowa – oznajmiła, zerkając na kobietę.
Naciągnąwszy
na stopy czarno-białe, zamszowe baleriny i przerzucając torbę przez ramię
zbiegła po schodach do korytarza. W oświetlonym przedpokoju dostrzegła opartego
o ścianę chłopaka, który najwyraźniej – jak zapowiedział – porozmawiał już z
Concettą. Ze zmrużonymi oczyma ruszyła w jego kierunku.
– Hello – zawołała, lustrując wzrokiem
luzacką postawę, Dade.
Wainwright
zdołała zauważyć, iż Marisy nie było w mieszkaniu – najwyraźniej musiała wyjść
zanim przybył piłkarz. Opuszczając terytorium posesji nasunęła na nos ciemne
okulary, uniemożliwiając połyskliwym promieniom słonecznym igranie ze wzrokiem.
Wdychając przyjemny zapach kremu hipoalergicznego, zdołała usłyszeć jak Włoch
pośpiesznie tłumaczył coś jeszcze Passante, jednakże z wylanego z ust potoku zdołała
zrozumieć sporadycznie, co trzecie słowo.
– Hm, byłaś
już za miastem, Vivie? – Po chwili zrównał z nią kroku.
– Jestem tutaj
zaledwie trzeci dzień – zauważyła nieco sceptycznie, ukradkiem zerkając na
maszerującego obok piłkarza. – Nie zwiedziłam nawet Mediolanu.
– W takim
razie najwyższa pora poznać, co najlepszego kryje Lombardia. – Uśmiechnął się
dość tajemniczo, odblokowując jednej z najnowszych modeli Opla Corsy.
Marisa
Passante przeglądała obfite menu niewielkiej kawiarenki, niedawno otworzonej w
dzielnicy, którą zamieszkiwali. Miejsce posiadało swój urok, ponieważ wyglądem
przypominał bar żywcem wyciągnięty z lat pięćdziesiątych. Usłyszawszy aksamitny
i niski tembr głosu Fabrizio, składającego zamówienie na dużego cheeseburgera,
czekoladowego shake’a oraz frytki, uniosła głowę i zażyczyła wyłącznie
dietetycznej coli.
– I jak ci się
podoba? – zapytał po odejściu kelnerki, obserwując Risę wzrokiem błądzącą po
dzielnicy handlowej rozciągającej się tuż za oknem. W knajpie znaleźli się
pierwszy raz, gdyż miała ona swe otwarcie z początkiem letnich wakacji.
– Przyzwoite
miejsce. Całkiem inne od wszystkich – posłała dziewiętnastolatkowi łagodny,
nieco wymuszony uśmiech.
– Gianni,
wczoraj mnie o tym barze poinformował. Mówił, że serwują tu pysznego shake’a.
Powinnaś spróbować. – Dostrzegając pełną oporu minę dziewczyny, ułożył łokcie
na blacie niewielkiego, okrągłego stoliku a pochylając w przód, zdążył wejść
jej w słowo: – Tylko nie kłam, że nie jesteś głodna. Wręcz słyszę jak burczy ci
w brzuchu. – Uniósł wysoko brwi, przybierając lekko cyniczny uśmieszek. – W
sumie to i tak będzie twoja strata.
– Zwyczajnie
nie mam ochoty. – Podparła podbródek na dłoni, napotykając przeszywające
spojrzenie czekoladowych oczu bruneta. – Przejedziemy się do La Rinascente? – Podarowała mu błagalny, w
pewnym stopniu kokieteryjny uśmiech. Z wyczuwalnym zrezygnowaniem skinął głową.
– Potem, jeśli się uda, wsadzimy Vivienne w pierwszy lepszy samolot i poślemy
do tego przeklętego Miami.
– Nie
przesadzaj. Nie jest, aż taka straszna – stwierdził Fabrizio.
Zmarszczył
czoło zastanawiając się skąd w Marisie tyle zawziętości i wzburzenia.
Teoretycznie zawsze miała Davide i jego na wyłączność, nie odczuwając żadnej
potrzeby dzielenia z kimkolwiek. Z drugiej strony zanim piłkarz zakończył
poprzedni związek z pewną panną, nie boczyła się, gdy wolał spędzać czas z
własną dziewczyną zamiast z nimi.
– Błagam, nie
zaczynaj jeszcze i ty! – Pełen irytacji i żalu głos wydobył się z ust brunetki.
Ściągnęła gniewnie brwi, obserwując go w milczeniu.
– Ouch. Nie
denerwuj się. Tylko żartowałem. – Fab, postanowił zakończyć temat uroczej
blondynki na tym etapie, bowiem w konflikty z tak błahego powodu nie zamierzał się
wdawać.
Świdrujące promienie
słoneczne pomału zaczynały przygasać, tym samym sprawiając wielką ulgę
mieszkańcom Włoch. Vivienne, przypięta samochodowym pasem w zadziwiająco
miękkim fotelu pasażerskim, obserwowała szybko zmieniający się krajobraz wokół
niej. Delikatny, letni wiaterek przebrnąwszy poprzez lekko opuszczoną szybę, rozwiewał
jej proste włosy, sprawiając, że niesforne kosmyki raz po raz przywierały do nawilżonych
ust. Cicha melodia wypływająca z radia, zdecydowanie umilała nużącą podróż.
Mediolan – zważając
na fakt, iż jechali od półgodziny – już dawno, pozostawili w tyle, tym bardziej
biorąc pod uwagę fakt, że po charakterystycznych budowlach widzianych
pierwszego dnia, nie było ani śladu.
– Gdzie
jedziemy? – zapytała, gdy brnęli ulicą szybkiego ruchu.
– A co to za
różnica? – Zerknął na nią przelotnie, aby następnie wzrokiem powrócić na jezdnię,
gdzie wymijał kolejny z rzędu samochód osobowy. – Jeżeli powiem, że jedziemy do
Como, wyjaśni ci to coś? – Kątem oka dostrzegł przeczące kiwnięcie głową. – Tak
też myślałem.
– Uhm –
mruknęła pod nosem, przenosząc wzrok na krajobraz.
– Como to małe
miasteczko, oddalone od Mediolanu o jakieś pięćdziesiąt kilometrów – wyjaśnił
pokrótce. – Znajduje się tam jezioro o tej samej nazwie, ale ciągnie się przez
znacznie więcej miejscowości.
– Nie pływam
zbyt dobrze – wyznała w końcu Vivienne, unosząc ciemne okulary i usytuowując je
na czubku głowy. Perspektywa utopienia się we Włoszech w towarzystwie dziarskiego
nastolatka, wcale do niej nie przemawiała. – Szczerze mówiąc, to trochę boję się
wody.
– Nie martw
się. – Wolną ręką zmierzwił swoje włosy, podczas gdy prawą pewnie przytrzymywał
kierownicę. – Jezioro jakiś kawałek jest płytkie, więc nie masz się, czego obawiać.
Poza tym będę obok – dodał, obserwując kątem oka, jak dziewczyna uśmiechnęła
się nieśmiało, odwracając wzrok.
Srebrzysty Opel
podskoczył na wąskiej, wyboistej drodze, co spowodowało znaczne zwolnienie
pojazdu. Przez otwarte okno wpadał podmuch przyjemnego wiatru a w oddali
rysował się zarys wysokich gór, nad którymi nadal górowało słońce. Z coraz to
przebytą drogą, pokryte formacją roślinną masywy nabierały rozmiarów. Od
pierwszej wizyty w terenie wyżynnym, Appalachach, usytuowanych we wschodniej
części Ameryki Północnej, uwielbiała wyjeżdżać na tego typu wycieczki.
Po krótkiej
trasie zaparkowali samochód na strzeżonym parkingu, w pobliżu centrum, co nieco
zdziwiło Vivie. Przechwytując czarną torebkę, wysiadła z czterokołowca, czując
jak świeży podmuch ciepłego wiatru okalał jej twarz i rozwiewał złote włosy. Wzdłuż
żeglarskich przystani przycumowane były setki pięknych, lśniących i tych nieco skromniejszych
jachtów.
– Dlaczego
tutaj mnie przywiozłeś? – Z zaciekawieniem przeniosła wzrok na wysiadającego
piłkarza.
– Kawałek
dalej jest urocza zatoczka. – Obcesowo wskazał dłonią kierunek tuż za plecami
blondynki. – Odkryliśmy ją z bratem dość dawno. Od tamtego czasu jest to jedno
z moich ulubionych miejscówek. Niestety nie zawsze mam czas, aby tutaj
przyjechać. – Zatrzasnął drzwi samochodu.
– Przecież mieliśmy
pojechać tylko nad jezioro… – zaczęła.
– Och, jezioro
nie ucieknie. – Powoli ruszył w kierunku pasów dla pieszych, równocześnie energicznym
ruchem dłoni zachęcił dziewczynę do dotrzymaniu mu towarzystwa. – Dalej,
Vivienne, nie daj się prosić. – Zrobił błagalną minę.
Zaśmiała się
serdecznie pod nosem, a kręcąc w rozbawieniu głową, pośpiesznie zrównała kroku
z piłkarzem.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz