Rozdział 7


Wprawdzie noc wcale nie była tak zimna, jak można było się tego spodziewać wcześniej. W powietrzu unosił się przyjemny zapach smażonego mięsa, który w połączeniu z szumem intensywnie zielonych liści drzew, opowiadających letnie historie, nadawał spotkaniu swoisty klimat. Strzępy trawy wyczyniały radosne pląsy, kostki bruku lśniły w księżycowym blasku bladą poświatą, a każdy kamień wydawał się być żywy. Całokształt zachwycał swym urokiem, sprawiając, iż Mediolan najlepiej prezentował się nocą. Właściwie o tej porze miasto wydawało się wyludnione; nikt nie grał skocznych piosenek na starówce a tłumy ludzi gnających, co dzień przed siebie szerokimi szosami, odsypiali w miękkich łozach miniony dzień.
Ognisko stopniowo traciło powab pozbawiając źródła ciepła zebranych nastolatków. Po opieczeniu przygotowanych kiełbasek, najmłodszy z braci Falcone, postanowił odprowadzić Gaię do domu, zanim wybije pierwsza w nocy. Natomiast Marisa, siedząc ze skrzyżowanymi nogami, uważnie obserwowała Amerykankę. Od godziny monopolizowała uwagę pozostałych chłopców, którzy zazwyczaj ani sekundy nie mogli wytrzymać w jednym miejscu.
Słodki głosik blondynki w połączeniu z łamanym włoskim, przeplatanym angielskim, tworzył drażniącą dla niej mieszankę. Nie pozostawało nic innego jak wytrzymać w towarzystwie impertynenckiej jasnowłosej pełne czternaście dni, zanim na dobre się wyniesie. Niestety przez tenże okres będzie musiała zachowywać stoicki spokój.
– Ej, Risa, boczysz się czy co? – zawołał nagle Davide.
– Hm? Co? – Uniosła wzrok na piłkarza. Sens wypowiedzianych słów obrońcy dotarł do niej dopiero po czasie. – Nie, nie, oczywiście, że nie.
– Och, czyżby? – Ściągnął podejrzliwie brwi, wzrokiem szukając pomocy u Fabrizio. Znali się wystarczająco długo, aby być w stanie wywnioskować, że coś gryzie ich przyjaciółkę.
– Daj spokój, stary – skwitował Fabrizio, wzruszając ramionami. – Taksówka przyjechała – dodał, obserwując wtaczający się samochód na podjazd.
Vivienne dopijając w pośpiechu drinka, przyrządzonego przez Dade, powstała z ławki. Odstawiwszy puste szkło na stolik, ruszyła obok Fabrizio w kierunku zielonej taksówki. W momencie, kiedy dostrzegła Davide przytrzymującego furtkę, jej twarz mimochodem pokrył łagodny uśmiech. Już na samym początku zdołała zauważyć, iż jak na zawodowego piłkarza przystało był wysoki i dość postawny. W blasku błyszczącego księżyca jego ciemna karnacja odbijała się wyglądając na jeszcze intensywniejszą, a głęboki odcień oczu sprawiał, że wydawały się bardzo tajemnicze, a zarazem ciepłe i przyjazne.
– Liczę na powtórne spotkanie. – Nagle zaszedł ją od tyłu, jakby chcąc uniknąć podsłuchania rozmowy przez pozostałych. W jednym momencie poczuła przyjemny dreszcz przeszywający całe jej ciało oraz aurę naznaczoną zapachem wyrazistych męskich perfum.
– Co znaczy „powtórne”? – Zadarła głowę, obierając odpowiedni kąt, aby bezproblemowo zerknąć w brązowe oczy chłopaka.
– Nie ważne. – Uśmiechnął się bez cienia irytacji, po czym uznał, że powinien zwracać się do niej w jej ojczystym języku: – Chciałbym cię po prostu lepiej poznać… Odezwę się – dodał, oparłszy lewą dłoń o samochód, a drugą otwierając drzwi taksówki.
– Dobrze.
Włoch rzucił ostatnie spojrzenie oddalającej się taksówce. Jasne lampy samochodowe rzucały powyginane snopy światła, tym samym rozświetlając piaszczystą powierzchnię drogi. Po niespełna kilku sekundach zabłyszczał pomarańczowego koloru migacz, sygnalizujący, iż lada moment czterokołowiec zniknie z pola widzenia.
W głębi duszy liczył, iż Concetta nie będzie miała mu za złe, że o tak późnej porze odesłał dziewczyny do domu. Nie chciałby stracić dobrej opinii, którą cieszył się u państwa Passante.
Podając brudne talerze Fabriziowi nie mógł zrozumieć, dlaczego jego myśli zaprzątane są jasnowłosą Amerykanką. Wiedział o niej tyle, na ile mu na to pozwoliła. Owszem, od razu zauważył, że była ładna, ale przecież w Mediolanie nie brakowało ślicznych dziewczyn. Jednakże zaintrygowało go zachowanie Vivie. Nie należała do typu dziewcząt, które na widok kogoś ze świata sportu traciły głowę i byłyby w stanie zrobić wszystko, aby tylko przykuć uwagę. Wszakże fakt, że wcale go nie znała, pozwalał rozpocząć znajomość ze świeżą kartą, zamiast spędzać czas na prostowaniu bądź powielaniu faktów usłyszanych w mediach.
Vivienne może i na pierwszy rzut oka wydawała się nieco próżna, lekkomyślna oraz przypinająca wszystkiemu etykietki: „modne” albo „niemodne”, „drogie” albo „tanie”, „ładne” albo „brzydkie”. Zawsze miał wrażenie, że Amerykańscy nastolatkowie posiadali zupełnie inną mentalność, o czym niejednokrotnie mógł przekonać się oglądając płytkie programy emitowane na MTV, bądź widząc urywki Hollywoodzkich produkcji, skierowanych dla dziewczyn. Lecz w Wainwright zamiast głupoty i wygórowanego ego dostrzegł zaskakującą wrażliwość pod powierzchownością rebeliantki, a to najzwyczajniej obudziło ciekawość.

Vivienne, obudziwszy się o poranku, szczerze pożałowała, iż poprzedniej nocy nie zsunęła rolet w dół. Nasycone promienie słoneczne, przedzierały się poprzez oszklone okno, oślepiając swym blaskiem. Biorąc pod uwagę fakt, że pierwszego ranka we Włoszech obudziła się bladym świtem, uznała, iż musi być wcześnie. Zapewne nie minęła nawet ósma. Słońce stało nisko nad horyzontem pobudzając wschodnią półkulę do życia.
Odczuwała bezustannie nasilający się ból w mięśniach, plecach i w okolicach karku. Minionego wieczoru emanowała niesłychanym zmęczeniem, a niespełna sześć godzin snu, wcale nie wystarczyły do pełnego wypoczęcia organizmu.
Poprzedniego wieczoru, gdy trwało ognisko, Terrenzio Passante, wyjechał do Rzymu. Od momentu opuszczenia pokoju posiadała nieodparte wrażenie, iż mieszkańcy Via Sesto Calende zdecydowanie odetchnęli z ulgą, a szczególnie Concetta, na której twarzy malowało się odprężenie oraz pewnego rodzaju spokój. W niedzielny poranek wyszła wcześnie na zakupy, w pełni korzystając ze słonecznego dnia.
Viv, weekendowe przedpołudnie mogła zaliczyć do bezbarwnych, a przesiadywanie na Facebooku oraz MSN Messenger zdając relacje, Summer Morland, z pierwszych dni pobytu na Półwyspie Apenińskim, nie należały do fascynujących. Szczerze żałowała, iż nie mogła w tejże chwili przebywać w słonecznym Miami w towarzystwie najbliższych przyjaciół. Zważając na różnicę godzin pomiędzy strefami, zapewne kończyłaby zabawę na jachcie Jonathana Donovan, na którą kilka dni przed wyjazdem do Włoch, zapraszał ją Sebastian. Bez wątpienia na party przybyło mnóstwo znajomych z jej liceum.
– Vivienne! – Nagle usłyszała nawoływanie przez Clarissę.
Ściągnęła z kolan laptopa i ruszyła w kierunku schodów. Wkraczając do salonu dostrzegła niewielką szatynkę siedzącą w fotelu, a na sofie leżącą, nieco zaskoczoną Marisę.
– To do ciebie – oświadczyła Clarissa, wyciągając słuchawkę przed siebie. Widząc zdumione spojrzenia obu dziewczyn, dodała: – To Davide.
Chwyciła przyrząd, napotykając przeszywający wzrok Risy.
– Cześć – zawołał radośnie głos w słuchawce. – Powiedziałem, że się odezwę, tak, więc to robię. – Przez telefon jego angielski akcent był jeszcze zabawniejszy. – Okropnie gorąco, prawda?
– Tak. – Poczuła pewnego rodzaju dyskomfort ze względu na natarczywe spojrzenia sióstr, dlatego pośpiesznie odwracając się, opuściła pokój gościnny.
– Mam ochotę popływać – stwierdził, a ona poczuła dziwny skurcz żołądka. – Ochłodzić się. Wybierzesz się ze mną?
– Ale… – zaczęła, gdyż w każdym bądź razie była pod opieką państwa Passante. Nie miała zielonego pojęcia, w jaki sposób Concetta zareaguje na wieść o wyjściu.
– Concetta zna mnie doskonale, więc o nią nie musisz się martwić. – Brunet zdawał się czytać w myślach, a jego głos emanował jak zwykle pewnością siebie. – Więc?
– Jasne – odparła nie bardzo przekonana, lecz perspektywa spędzenia reszty dnia w samotności przed ekranem komputera, wcale jej nie przekonywała. Zresztą trochę rozrywki i zabawy nie zaszkodzi.
– Przyjadę po ciebie – kontynuował. – Jest za gorąco, żeby iść gdziekolwiek pieszo. Będę około siedemnastej, dobrze? – oznajmił po chwili namysłu.
– Dobrze. Będę czekała. – Blondynka natychmiastowo się zgodziła.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz