Wprawdzie
noc wcale nie była tak zimna, jak można było się tego spodziewać wcześniej. W
powietrzu unosił się przyjemny zapach smażonego mięsa, który w połączeniu z
szumem intensywnie zielonych liści drzew, opowiadających letnie historie, nadawał spotkaniu swoisty klimat. Strzępy trawy
wyczyniały radosne pląsy, kostki bruku lśniły w księżycowym blasku bladą
poświatą, a każdy kamień wydawał się być żywy. Całokształt
zachwycał swym urokiem, sprawiając, iż Mediolan najlepiej prezentował
się nocą. Właściwie o tej porze miasto wydawało się wyludnione; nikt nie grał
skocznych piosenek na starówce a tłumy ludzi gnających, co dzień przed siebie
szerokimi szosami, odsypiali w miękkich łozach miniony dzień.
Ognisko
stopniowo traciło powab pozbawiając źródła ciepła zebranych nastolatków. Po
opieczeniu przygotowanych kiełbasek, najmłodszy z braci Falcone, postanowił
odprowadzić Gaię do domu, zanim wybije pierwsza w nocy. Natomiast Marisa,
siedząc ze skrzyżowanymi nogami, uważnie obserwowała Amerykankę. Od godziny
monopolizowała uwagę pozostałych chłopców, którzy zazwyczaj ani sekundy nie
mogli wytrzymać w jednym miejscu.
Słodki głosik
blondynki w połączeniu z łamanym włoskim, przeplatanym angielskim, tworzył
drażniącą dla niej mieszankę. Nie pozostawało nic innego jak wytrzymać w
towarzystwie impertynenckiej jasnowłosej pełne czternaście dni, zanim na dobre
się wyniesie. Niestety przez tenże okres będzie musiała zachowywać stoicki
spokój.
– Ej, Risa,
boczysz się czy co? – zawołał nagle Davide.
– Hm? Co? – Uniosła
wzrok na piłkarza. Sens wypowiedzianych słów obrońcy dotarł do niej
dopiero po czasie. – Nie, nie, oczywiście, że nie.
– Och, czyżby?
– Ściągnął podejrzliwie brwi, wzrokiem szukając pomocy u Fabrizio. Znali się
wystarczająco długo, aby być w stanie wywnioskować, że coś gryzie ich
przyjaciółkę.
– Daj spokój,
stary – skwitował Fabrizio, wzruszając ramionami. – Taksówka przyjechała –
dodał, obserwując wtaczający się samochód na podjazd.
Vivienne dopijając
w pośpiechu drinka, przyrządzonego przez Dade, powstała z ławki. Odstawiwszy
puste szkło na stolik, ruszyła obok Fabrizio w kierunku zielonej taksówki. W
momencie, kiedy dostrzegła Davide przytrzymującego furtkę, jej twarz mimochodem
pokrył łagodny uśmiech. Już na samym początku zdołała zauważyć, iż jak na
zawodowego piłkarza przystało był wysoki i dość postawny. W blasku błyszczącego
księżyca jego ciemna karnacja odbijała się wyglądając na jeszcze
intensywniejszą, a głęboki odcień oczu sprawiał, że wydawały się bardzo
tajemnicze, a zarazem ciepłe i przyjazne.
– Liczę na powtórne
spotkanie. – Nagle zaszedł ją od tyłu, jakby chcąc uniknąć podsłuchania rozmowy
przez pozostałych. W jednym momencie poczuła przyjemny dreszcz przeszywający
całe jej ciało oraz aurę naznaczoną zapachem wyrazistych męskich perfum.
– Co znaczy „powtórne”? – Zadarła głowę, obierając
odpowiedni kąt, aby bezproblemowo zerknąć w brązowe oczy chłopaka.
– Nie ważne. –
Uśmiechnął się bez cienia irytacji, po czym uznał, że powinien zwracać się do
niej w jej ojczystym języku: – Chciałbym cię po prostu lepiej poznać… Odezwę
się – dodał, oparłszy lewą dłoń o samochód, a drugą otwierając drzwi taksówki.
– Dobrze.
Włoch rzucił
ostatnie spojrzenie oddalającej się taksówce. Jasne lampy samochodowe rzucały powyginane
snopy światła, tym samym rozświetlając piaszczystą powierzchnię drogi. Po
niespełna kilku sekundach zabłyszczał pomarańczowego koloru migacz,
sygnalizujący, iż lada moment czterokołowiec zniknie z pola widzenia.
W głębi duszy
liczył, iż Concetta nie będzie miała mu za złe, że o tak późnej porze odesłał
dziewczyny do domu. Nie chciałby stracić dobrej opinii, którą cieszył się u
państwa Passante.
Podając brudne
talerze Fabriziowi nie mógł zrozumieć, dlaczego jego myśli zaprzątane są jasnowłosą
Amerykanką. Wiedział o niej tyle, na ile mu na to pozwoliła. Owszem, od razu
zauważył, że była ładna, ale przecież w Mediolanie nie brakowało ślicznych
dziewczyn. Jednakże zaintrygowało go zachowanie Vivie. Nie należała do typu
dziewcząt, które na widok kogoś ze świata sportu traciły głowę i byłyby w
stanie zrobić wszystko, aby tylko przykuć uwagę. Wszakże fakt, że wcale go nie
znała, pozwalał rozpocząć znajomość ze świeżą kartą, zamiast spędzać czas na
prostowaniu bądź powielaniu faktów usłyszanych w mediach.
Vivienne może
i na pierwszy rzut oka wydawała się nieco próżna, lekkomyślna oraz przypinająca
wszystkiemu etykietki: „modne” albo „niemodne”, „drogie” albo „tanie”, „ładne”
albo „brzydkie”. Zawsze miał wrażenie, że Amerykańscy nastolatkowie posiadali
zupełnie inną mentalność, o czym niejednokrotnie mógł przekonać się oglądając
płytkie programy emitowane na MTV, bądź widząc urywki Hollywoodzkich produkcji,
skierowanych dla dziewczyn. Lecz w Wainwright zamiast głupoty i wygórowanego
ego dostrzegł zaskakującą wrażliwość pod powierzchownością rebeliantki, a to
najzwyczajniej obudziło ciekawość.
Vivienne, obudziwszy
się o poranku, szczerze pożałowała, iż poprzedniej nocy nie zsunęła rolet w
dół. Nasycone promienie słoneczne, przedzierały się poprzez oszklone okno,
oślepiając swym blaskiem. Biorąc pod uwagę fakt, że pierwszego ranka we
Włoszech obudziła się bladym świtem, uznała, iż musi być wcześnie. Zapewne nie
minęła nawet ósma. Słońce stało nisko nad horyzontem pobudzając wschodnią
półkulę do życia.
Odczuwała
bezustannie nasilający się ból w mięśniach, plecach i w okolicach karku.
Minionego wieczoru emanowała niesłychanym zmęczeniem, a niespełna sześć godzin
snu, wcale nie wystarczyły do pełnego wypoczęcia organizmu.
Poprzedniego
wieczoru, gdy trwało ognisko, Terrenzio Passante, wyjechał do Rzymu. Od momentu
opuszczenia pokoju posiadała nieodparte wrażenie, iż mieszkańcy Via Sesto
Calende zdecydowanie odetchnęli z ulgą, a szczególnie Concetta, na której
twarzy malowało się odprężenie oraz pewnego rodzaju spokój. W niedzielny
poranek wyszła wcześnie na zakupy, w pełni korzystając ze słonecznego dnia.
Viv, weekendowe
przedpołudnie mogła zaliczyć do bezbarwnych, a przesiadywanie na Facebooku oraz
MSN Messenger zdając relacje, Summer Morland, z pierwszych dni pobytu na
Półwyspie Apenińskim, nie należały do fascynujących. Szczerze żałowała, iż nie
mogła w tejże chwili przebywać w słonecznym Miami w towarzystwie najbliższych
przyjaciół. Zważając na różnicę godzin pomiędzy strefami, zapewne kończyłaby
zabawę na jachcie Jonathana Donovan, na którą kilka dni przed wyjazdem do
Włoch, zapraszał ją Sebastian. Bez wątpienia na party przybyło mnóstwo znajomych
z jej liceum.
– Vivienne! – Nagle
usłyszała nawoływanie przez Clarissę.
Ściągnęła z
kolan laptopa i ruszyła w kierunku schodów. Wkraczając do salonu dostrzegła niewielką
szatynkę siedzącą w fotelu, a na sofie leżącą, nieco zaskoczoną Marisę.
– To do ciebie
– oświadczyła Clarissa, wyciągając słuchawkę przed siebie. Widząc zdumione
spojrzenia obu dziewczyn, dodała: – To Davide.
Chwyciła
przyrząd, napotykając przeszywający wzrok Risy.
– Cześć –
zawołał radośnie głos w słuchawce. – Powiedziałem, że się odezwę, tak, więc to
robię. – Przez telefon jego angielski akcent był jeszcze zabawniejszy. –
Okropnie gorąco, prawda?
– Tak. – Poczuła
pewnego rodzaju dyskomfort ze względu na natarczywe spojrzenia sióstr, dlatego pośpiesznie
odwracając się, opuściła pokój gościnny.
– Mam ochotę
popływać – stwierdził, a ona poczuła dziwny skurcz żołądka. – Ochłodzić się.
Wybierzesz się ze mną?
– Ale… –
zaczęła, gdyż w każdym bądź razie była pod opieką państwa Passante. Nie miała
zielonego pojęcia, w jaki sposób Concetta zareaguje na wieść o wyjściu.
– Concetta zna
mnie doskonale, więc o nią nie musisz się martwić. – Brunet zdawał się czytać w
myślach, a jego głos emanował jak zwykle pewnością siebie. – Więc?
– Jasne –
odparła nie bardzo przekonana, lecz perspektywa spędzenia reszty dnia w
samotności przed ekranem komputera, wcale jej nie przekonywała. Zresztą trochę
rozrywki i zabawy nie zaszkodzi.
– Przyjadę po
ciebie – kontynuował. – Jest za gorąco, żeby iść gdziekolwiek pieszo. Będę
około siedemnastej, dobrze? – oznajmił po chwili namysłu.
– Dobrze. Będę
czekała. – Blondynka natychmiastowo się zgodziła.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz