Po
wschodzie Księżyca, granatowe sklepienie niebieskie przyozdobione było miliardem
gwiazd. Na teren nieosłonięty zielonym trawnikiem, dziewiętnastoletni piłkarz,
luźnymi ruchami znosił wyschnięty chrust, stanowiący najodpowiedniejsze
narzędzie na rozpalenie ogniska. Terytorium przykryte naturalnym piachem,
wydawało się specjalnie stworzonym rejonem na ogniska. Najwyraźniej państwo
Falcone preferowało samoistne zebrania, niźli siedzenie sztywno w ogromnym
salonie przed plazmowym telewizorem, oglądając najświeższe produkcje
amerykańskiego kina.
Blondynka
obejmując drobne ciało ramionami, musiała przyznać, iż inwencji twórczej
włoskim nastolatkom pod żadnym pozorem nie brakowało. Przebywając w USA, z
przyjaciółmi gustowali w tradycyjne potańcówki domowe, plażowe bądź
najzwyklejsze w klubach. Zdołała spostrzec, iż tutejsza populacja posiadała
zupełnie inną mentalność, a co za tym szło, w pewnym stopniu potrafiło to
zaimponować. Nie stawiali na prostotę, lecz próbowali wykazać w sobie, choć
krztę oryginalności urozmaicając spotkanie.
Pociągnąwszy z
kryształowej szklaneczki łyk oranżady, przeniosła wzrok na chłopaka pochylonego
nad paleniskiem. Starannie układał wysuszone drzewo na otoczonym malutkimi
skałami obrębie. Tym razem odziany wyłącznie w dopasowaną, białą koszulkę
wyraźnie prezentował napinające się mięśnie ramion z każdym podniesieniem
krokiewu. Podrygiwał łagodnie głową odrzucając brązowe włosy z czoła oraz
wykonywał zamaszyste ruchy dłonią wokół siebie zapewne odganiając natrętnie
nadlatujące komary.
– Mam
nadzieję, że nie nudzisz się z nami? – Dosłyszała tkliwy głos włoskiego piłkarza,
który najwyraźniej wyczuł, że go obserwuje.
– Of course not! – Ruszyła w kierunku
Włocha, zatrzymując się kilka kroków przed jeszcze nierozpalonym paleniskiem.
Uniósł głowę,
gdy się zbliżyła, a potem znowu ją opuścił, ani zdziwiony, ani poirytowany. Sięgnął
dłonią po igliwie sosnowe, stertę wszelkiego rodzaju papieru oraz niewielką
zapalniczkę. Przez przyjaciół wyznaczany był na „kozła ofiarnego”, któremu przypisane
było rozpalanie ogniska.
– Ouch. –
Cicho westchnął pod nosem. – Rozumiem…
Vivie znalazłszy
się nieopodal niego, przysiadła na drewnianej kłodzie. W myślach cieszyła się z
faktu, że tego wieczoru postawiła na wygodny i ciepły strój, bowiem wieczór
robił się coraz to chłodniejszy.
– Mój tata
potrafi… – Ponownie dosięgła wzrokiem wysportowanej sylwetki chłopaka, który
rozejrzał się dookoła w poszukiwaniu długiego kija. Podczas gdy w pamięci
próbowała dobrać odpowiednie słowo, on wygodnie zasiadł tuż obok blondynki, raz
po raz szturchając palenisko końcówką badyla. – …strike fire.
– Strike fire? – powtórzył, a na twarzy
jasnowłosej wymalował się subtelny uśmiech. Uświadomiła sobie, iż jej
specyficzny akcent musi być przyjmowany ze szczególną pokorą. – Chodzi o
krzesanie ogniem?
– Chyba tak – odparła,
zaciskając usta w wąską linię.
Zapadła
niezręczna cisza przeszywana szelestem rozpalanego ognia oraz pohukiwaniem
nocnego Puszczyka wśród koron drzew rosnących na posesji. Rozbrzmiewająca
muzyka z głośników zdecydowanie ucichła, ale to ze względu na późną porę. Nikt
nie chciał przysparzać problemów Fabriziowi i Giovanniemu, których rodzice
wyjechali na weekend.
Wzniosła
podbródek ku górze obejmując wzrokiem najbliższy widnokrąg, w poszukiwaniu
gwiazdozbiorów niedostrzegalnych w USA. W normalnych okolicznościach Vivienne
pewnie cieszyłaby się takim wieczorem jak ten. W Miami z powodu natężenia
świateł oświetlających potężne wieżowce, nie można było zobaczyć wielu gwiazd,
natomiast tutaj, gołym okiem dostrzegła Drogę Mleczną, a w oddali jasno
świecącą Wenus. Okoliczności jednak nie były normalne. Siedziała na ganku z
nieznanym chłopakiem, podczas gdy Marisa najzwyczajniej znikła we wnętrzu domu razem
z Fabrizio, przygotowując kiełbaski do ogniska. Młodszy z rodzeństwa, Giovanni,
wybrał się na spacer po okolicy, ze swoją dziewczyną, Gaią.
– Mamy piękną
noc – powiedział po angielsku Dade, podążając wcześniej za wzrokiem Amerykanki.
Języka
angielskiego uczył się w szkole, jednak najbardziej podszkolił się w klubie
wśród zagranicznych piłkarzy i trenerów. Vivienne w porównaniu z niektórymi z
nich naprawdę dobrze posługiwała się włoskim, choć do stopnia bardzo dobrego
wiele brakowało. W każdym razie był pod wrażeniem, bowiem większość w obecnych
czasach stawiała na naukę angielskiego, bądź francuskiego.
Natomiast
melodyjna tonacja głosu Włocha, niesamowicie zaintrygowała Vivienne. Popatrzyła
na niego uważniej. Czyżby wrodzona, kobieca intuicja zawiodła? Nawet, nie
potrafiła trafnie określić jego intencji. Jedyne, czego była pewna, to tego, iż
pierwsze wrażenie, które zakodowała w głowie, zaczynało pomału okazywać się
błędnym.
– Od kiedy
sportowcy są romantykami? – odparła dużo swobodniej, gdyż mogła mówić w swoim
ojczystym języku. Uniosła zawadiacko brwi, przybierając uśmiech emanujący
pewnością siebie. – Sądziłam, że to wymarły gatunek.
– Nie staram
się być romantyczny. – Twarz Dade pokrył poważny wyraz, jednakże po chwili
przemienił się on w łagodny, trochę niesymetryczny uśmiech. – Po prostu usiłuję
podtrzymać rozmowę – dodał, pochylając się, aby ponownie trącić palenisko.
Nie wiedząc,
dlaczego odniosła wrażenie, iż chłopak próbował flirtować. Zdumiona tymże
faktem, popatrzyła na niego z półotwartymi ustami. Brunatne spojrzenie jego
oczu posiadało taką głębię, że można było w niej utonąć. W odpowiedzi wzruszyła
ramionami, odwracając wzrok ku niebu. Była świadoma tego, iż nie była w jego
typie, ale szczerze powiedziawszy on także nie uderzał w jej ideał.
– Długo się
znacie? – Odrzuciła proste, długie włosy do tyłu, po czym wsunęła niesforne
kosmyki grzywki za ucho. – Ty i Marisa – dodała.
– Od dobrych dwóch
lat. – Przeniósł spojrzenie na blondynkę, sączącą kolejny łyk napoju. – Dobrze,
Vivienne, w takim razie powiesz mi coś o sobie? – spytał, z ostrożnością w
głosie.
– Uhm. – Zamyśliła
się, zauważając, że chłopak przygląda jej się ze ściągniętymi brwiami. – Urodziłam
się i mieszkam w Miami z rodzicami oraz młodszym bratem. Moja mama, Victoria,
wysłała mnie tutaj, żebym spędziła wakacje u państwa Passante – powiedziała. –
A teraz siedzę tutaj, tysiące kilometrów od domu, z jakimś piłkarzem próbującym
się do mnie przystawiać – zażartowała z uśmiechem na ustach.
– Wcale się do
ciebie nie przystawiam – zaprotestował, przybierając niewinny, a zarazem w
pewnym stopniu uroczy uśmiech.
– Nie? – Skrzyżowała
ręce, unosząc podejrzliwie brwi.
– Wierz mi,
wiedziałabyś, gdybym się przystawiał. Nie byłabyś w stanie oprzeć się mojemu
urokowi. – Uśmiech nie schodził z ust chłopaka.
Najwyraźniej
Davide należał do typu chłopaków, którzy absolutnie zdawali sobie sprawę z tego,
że dziewczyny często wpatrywały się w niego, ponieważ dobrze wyglądał.
Aczkolwiek nie był z tego powodu ani trochę nadęty czy zapatrzony w siebie, a
przynajmniej żywiła takową nadzieję, gdyż spotkanie kolejnego narcyza na
drodze, wcale nie należało do jej listy marzeń.
– OK. – powiedziała. – Teraz twoja kolej. Powiedz
mi coś o sobie.
– Jestem
piłkarzem. Pochodzę z Portomaggiore, ale od siedemnastego roku życia mieszkam
sam w Mediolanie – poinformował, odrzucając w bok podłużny kij, bowiem
promienie ogniska mocno się iskrzyły. – W chwili obecnej niczym szczególnym się
nie zajmuję, ponieważ w maju skończył się sezon. Dopiero z końcem sierpnia
staruje liga. – Odchylił sylwetkę w tył, podpierając ciężar ciała na dłoniach
ułożonych na siedzeniu.
Marisa Passante
stojąc przy blacie kuchennym, próbowała skupić wszelką wewnętrzną czujność na
ostrym nożu, starannie nacinającym kiełbaski. Z czystej ciekawości, spod
zmrużonych powiek, bacznie obserwowała zza dużego, kuchennego okna, włoskiego
obrońcę i Amerykankę, siedzących przy rozżarzonym palenisku.
Zdumiewający
dla niej był fakt, iż w towarzystwie Davide nie miała żadnych problemów ze zrozumieniem
włoskiego. Chłopak czasem częstował ją długimi tyradami w swoim zwykłym i
codziennym żargonie. Wszakże od rozpoczęcia spotkania starał się mówić nieco
wolniej, wymawiając z dokładnością każde słowo.
Prychnęła pod
nosem, dostrzegając jak Vivienne odrzucając w tył długie, włosy zasypywała Dade
pełnymi wdzięku uśmiechami. Z kolei piłkarz z wypisanym na twarzy zainteresowaniem,
podrygiwał głową, zapewne nieco zdziwiony, bowiem Marisa nie przyzwyczaiła go do
tego typu wdzięczenia się.
Przeniosła
zażenowany wzrok na Fabrizio, który oparty luźno o blat przyglądał się temu
widowisku, zajadając się czerwonym jabłkiem. Właściwie zdawał się niczego nie
zauważać, lecz w Marisie, aż się gotowało.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz