Rozdział 6


Po wschodzie Księżyca, granatowe sklepienie niebieskie przyozdobione było miliardem gwiazd. Na teren nieosłonięty zielonym trawnikiem, dziewiętnastoletni piłkarz, luźnymi ruchami znosił wyschnięty chrust, stanowiący najodpowiedniejsze narzędzie na rozpalenie ogniska. Terytorium przykryte naturalnym piachem, wydawało się specjalnie stworzonym rejonem na ogniska. Najwyraźniej państwo Falcone preferowało samoistne zebrania, niźli siedzenie sztywno w ogromnym salonie przed plazmowym telewizorem, oglądając najświeższe produkcje amerykańskiego kina.
Blondynka obejmując drobne ciało ramionami, musiała przyznać, iż inwencji twórczej włoskim nastolatkom pod żadnym pozorem nie brakowało. Przebywając w USA, z przyjaciółmi gustowali w tradycyjne potańcówki domowe, plażowe bądź najzwyklejsze w klubach. Zdołała spostrzec, iż tutejsza populacja posiadała zupełnie inną mentalność, a co za tym szło, w pewnym stopniu potrafiło to zaimponować. Nie stawiali na prostotę, lecz próbowali wykazać w sobie, choć krztę oryginalności urozmaicając spotkanie.
Pociągnąwszy z kryształowej szklaneczki łyk oranżady, przeniosła wzrok na chłopaka pochylonego nad paleniskiem. Starannie układał wysuszone drzewo na otoczonym malutkimi skałami obrębie. Tym razem odziany wyłącznie w dopasowaną, białą koszulkę wyraźnie prezentował napinające się mięśnie ramion z każdym podniesieniem krokiewu. Podrygiwał łagodnie głową odrzucając brązowe włosy z czoła oraz wykonywał zamaszyste ruchy dłonią wokół siebie zapewne odganiając natrętnie nadlatujące komary.
– Mam nadzieję, że nie nudzisz się z nami? – Dosłyszała tkliwy głos włoskiego piłkarza, który najwyraźniej wyczuł, że go obserwuje.
Of course not! – Ruszyła w kierunku Włocha, zatrzymując się kilka kroków przed jeszcze nierozpalonym paleniskiem.
Uniósł głowę, gdy się zbliżyła, a potem znowu ją opuścił, ani zdziwiony, ani poirytowany. Sięgnął dłonią po igliwie sosnowe, stertę wszelkiego rodzaju papieru oraz niewielką zapalniczkę. Przez przyjaciół wyznaczany był na „kozła ofiarnego”, któremu przypisane było rozpalanie ogniska.
– Ouch. – Cicho westchnął pod nosem. – Rozumiem…
Vivie znalazłszy się nieopodal niego, przysiadła na drewnianej kłodzie. W myślach cieszyła się z faktu, że tego wieczoru postawiła na wygodny i ciepły strój, bowiem wieczór robił się coraz to chłodniejszy.
– Mój tata potrafi… – Ponownie dosięgła wzrokiem wysportowanej sylwetki chłopaka, który rozejrzał się dookoła w poszukiwaniu długiego kija. Podczas gdy w pamięci próbowała dobrać odpowiednie słowo, on wygodnie zasiadł tuż obok blondynki, raz po raz szturchając palenisko końcówką badyla. – …strike fire.
Strike fire? – powtórzył, a na twarzy jasnowłosej wymalował się subtelny uśmiech. Uświadomiła sobie, iż jej specyficzny akcent musi być przyjmowany ze szczególną pokorą. – Chodzi o krzesanie ogniem?
– Chyba tak – odparła, zaciskając usta w wąską linię.
Zapadła niezręczna cisza przeszywana szelestem rozpalanego ognia oraz pohukiwaniem nocnego Puszczyka wśród koron drzew rosnących na posesji. Rozbrzmiewająca muzyka z głośników zdecydowanie ucichła, ale to ze względu na późną porę. Nikt nie chciał przysparzać problemów Fabriziowi i Giovanniemu, których rodzice wyjechali na weekend.
Wzniosła podbródek ku górze obejmując wzrokiem najbliższy widnokrąg, w poszukiwaniu gwiazdozbiorów niedostrzegalnych w USA. W normalnych okolicznościach Vivienne pewnie cieszyłaby się takim wieczorem jak ten. W Miami z powodu natężenia świateł oświetlających potężne wieżowce, nie można było zobaczyć wielu gwiazd, natomiast tutaj, gołym okiem dostrzegła Drogę Mleczną, a w oddali jasno świecącą Wenus. Okoliczności jednak nie były normalne. Siedziała na ganku z nieznanym chłopakiem, podczas gdy Marisa najzwyczajniej znikła we wnętrzu domu razem z Fabrizio, przygotowując kiełbaski do ogniska. Młodszy z rodzeństwa, Giovanni, wybrał się na spacer po okolicy, ze swoją dziewczyną, Gaią.
– Mamy piękną noc – powiedział po angielsku Dade, podążając wcześniej za wzrokiem Amerykanki.
Języka angielskiego uczył się w szkole, jednak najbardziej podszkolił się w klubie wśród zagranicznych piłkarzy i trenerów. Vivienne w porównaniu z niektórymi z nich naprawdę dobrze posługiwała się włoskim, choć do stopnia bardzo dobrego wiele brakowało. W każdym razie był pod wrażeniem, bowiem większość w obecnych czasach stawiała na naukę angielskiego, bądź francuskiego.
Natomiast melodyjna tonacja głosu Włocha, niesamowicie zaintrygowała Vivienne. Popatrzyła na niego uważniej. Czyżby wrodzona, kobieca intuicja zawiodła? Nawet, nie potrafiła trafnie określić jego intencji. Jedyne, czego była pewna, to tego, iż pierwsze wrażenie, które zakodowała w głowie, zaczynało pomału okazywać się błędnym.
– Od kiedy sportowcy są romantykami? – odparła dużo swobodniej, gdyż mogła mówić w swoim ojczystym języku. Uniosła zawadiacko brwi, przybierając uśmiech emanujący pewnością siebie. – Sądziłam, że to wymarły gatunek.
– Nie staram się być romantyczny. – Twarz Dade pokrył poważny wyraz, jednakże po chwili przemienił się on w łagodny, trochę niesymetryczny uśmiech. – Po prostu usiłuję podtrzymać rozmowę – dodał, pochylając się, aby ponownie trącić palenisko.
Nie wiedząc, dlaczego odniosła wrażenie, iż chłopak próbował flirtować. Zdumiona tymże faktem, popatrzyła na niego z półotwartymi ustami. Brunatne spojrzenie jego oczu posiadało taką głębię, że można było w niej utonąć. W odpowiedzi wzruszyła ramionami, odwracając wzrok ku niebu. Była świadoma tego, iż nie była w jego typie, ale szczerze powiedziawszy on także nie uderzał w jej ideał.
– Długo się znacie? – Odrzuciła proste, długie włosy do tyłu, po czym wsunęła niesforne kosmyki grzywki za ucho. – Ty i Marisa – dodała.
– Od dobrych dwóch lat. – Przeniósł spojrzenie na blondynkę, sączącą kolejny łyk napoju. – Dobrze, Vivienne, w takim razie powiesz mi coś o sobie? – spytał, z ostrożnością w głosie.
– Uhm. – Zamyśliła się, zauważając, że chłopak przygląda jej się ze ściągniętymi brwiami. – Urodziłam się i mieszkam w Miami z rodzicami oraz młod­szym bratem. Moja mama, Victoria, wysłała mnie tutaj, żebym spędziła wakacje u państwa Passante – powiedziała. – A teraz siedzę tutaj, tysiące kilometrów od domu, z jakimś piłkarzem próbującym się do mnie przystawiać – zażartowała z uśmiechem na ustach.
– Wcale się do ciebie nie przystawiam – zaprotestował, przybierając niewinny, a zarazem w pewnym stopniu uroczy uśmiech.
– Nie? – Skrzyżowała ręce, unosząc podejrzliwie brwi.
– Wierz mi, wiedziałabyś, gdybym się przystawiał. Nie by­łabyś w stanie oprzeć się mojemu urokowi. – Uśmiech nie schodził z ust chłopaka.
Najwyraźniej Davide należał do typu chłopaków, którzy absolutnie zdawali sobie sprawę z tego, że dziewczyny często wpatrywały się w niego, ponieważ dobrze wyglądał. Aczkolwiek nie był z tego powodu ani trochę nadęty czy zapatrzony w siebie, a przynajmniej żywiła takową nadzieję, gdyż spotkanie kolejnego narcyza na drodze, wcale nie należało do jej listy marzeń.
– OK. – powiedziała. – Teraz twoja kolej. Powiedz mi coś o sobie.
– Jestem piłkarzem. Pochodzę z Portomaggiore, ale od siedemnastego roku życia mieszkam sam w Mediolanie – poinformował, odrzucając w bok podłużny kij, bowiem promienie ogniska mocno się iskrzyły. – W chwili obecnej niczym szczególnym się nie zajmuję, ponieważ w maju skończył się sezon. Dopiero z końcem sierpnia staruje liga. – Odchylił sylwetkę w tył, podpierając ciężar ciała na dłoniach ułożonych na siedzeniu.

Marisa Passante stojąc przy blacie kuchennym, próbowała skupić wszelką wewnętrzną czujność na ostrym nożu, starannie nacinającym kiełbaski. Z czystej ciekawości, spod zmrużonych powiek, bacznie obserwowała zza dużego, kuchennego okna, włoskiego obrońcę i Amerykankę, siedzących przy rozżarzonym palenisku.
Zdumiewający dla niej był fakt, iż w towarzystwie Davide nie miała żadnych problemów ze zrozumieniem włoskiego. Chłopak czasem częstował ją długimi tyradami w swoim zwykłym i codziennym żargonie. Wszakże od rozpoczęcia spotkania starał się mówić nieco wolniej, wymawiając z dokładnością każde słowo.
Prychnęła pod nosem, dostrzegając jak Vivienne odrzucając w tył długie, włosy zasypywała Dade pełnymi wdzięku uśmiechami. Z kolei piłkarz z wypisanym na twarzy zainteresowaniem, podrygiwał głową, zapewne nieco zdziwiony, bowiem Marisa nie przyzwyczaiła go do tego typu wdzięczenia się.
Przeniosła zażenowany wzrok na Fabrizio, który oparty luźno o blat przyglądał się temu widowisku, zajadając się czerwonym jabłkiem. Właściwie zdawał się niczego nie zauważać, lecz w Marisie, aż się gotowało.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz