Rozdział 5


Wieczorne niebo zaczynało pomału szarzeć, a lipcowy, letni wietrzyć opasać sylwetki mieszkańców północno-wschodniej części Włoszech. Pozorna wędrówka Gwiazdy dnia, po sklepieniu niebieskim, ze wschodu na zachód, dobiegała pomału końca. Swą pozycje ustępowała wieczorowi, który pod pazuchą ciemności krył wiele tajemnic i powabu.
Przy Via Ernesto Basile, wydawać by się mogło, iż tenże drobny fakt nikogo wcale nie poruszył.. Głośne rozmowy, wymieszane z umiarkowaną muzyką wydobywającą się z bumboxa, wypełniały najbliższą przestrzeń.
Vivienne wolnym krokiem ruszyła u boku ciemnowłosej dziewczyny, próbując skupić się na wypowiadanych słowach towarzyszki. Dostrzegając intensywnie oświetlony baldachim, odniosła wrażenie, jakby znalazła się na zamkniętej imprezie, na którą wpuszczani są wyłącznie koryfeusze.
– Marisa! – Do ich uszu dotarł znacznie podniesiony, ale zarazem uradowany okrzyk. – Już myślałem, że Fab gdzieś zabłądził.
Wysoki chłopak odziany w luźną, szarą bluzę z narzuconym na głowę kapturem, spod której wysuwały się ciemne kosmyki włosów, ruszył w stronę dziewcząt. Pierwsze, co rzuciło się w oczy Vivienne to trzymany w dłoni kieliszek, wypełniony alkoholem.
Blondynka, zlustrowała twarz zbliżającego się Włocha, po czym bezproblemowo mogła stwierdzić, że jest mniej więcej w jej wieku. Zdecydowanie należał do typu chłopaków, który jej najlepsza przyjaciółka Penny nazwałaby „ciachem”. Choć wprawdzie nie był całkiem w typie Viv, nie mogła pozostać wystarczająco obojętna. Najprawdopodobniej, jeśli to Penelope Chambers, spędzałaby wakacje w Mediolanie u boku Risy, ten wysoki chłopak zostałby już namierzony.
– Skądże. – mruknęła Passante. – Po prostu, ktoś się długo szykował.
Dziewiętnastolatek stojący naprzeciw Marisy, nagle wyczuł jak jej drobna sylwetka mocno wtula się w jego ciało, a wysmarowane waniliowym błyszczykiem usta, składają na policzku pocałunek. Dade uważając na zawartość kieliszka, nieskrępowanym ruchem otoczył dłońmi talię nastolatki, natomiast czekoladowe tęczówki skierował na spiętą twarz jasnowłosej.
Przeciwnie zaś ta, napotykając spojrzenie nieznajomego chłopaka, uciekła wzrokiem w odległym kierunku. Lazur spojrzenia utkwiła w Fabrizio, który maszerował nadętym krokiem w stronę baldachu. Niespodziewanie Vivienne przeszyła bezkresna ochota dotrzymania mu towarzystwa.
– W porządku – odpowiedział ostatecznie Davide. – Kto to?
– Nasz gość – rzekła, zerkając na Viv. – Wyjaśnię ci potem.
– Przedstawisz nas? – spytał opuszczając ramiona, wzdłuż ciała.
– Vivienne. – Stanęła u jego boku, wskazując na blondynkę, podczas gdy ta przeniosła wzrok z pleców oddalającego się Fabrizio na Włochów. – To jest Dade. Davide. To właśnie on wczoraj do mnie dzwonił, pamiętasz?
Na twarzy chłopaka pojawił się szeroki uśmiech i przez moment zastanawiała się, czy nie był on wywołany nadmierną ilością alkoholu we krwi. Z drugiej strony nie chciała oceniać innych ludzi zbyt pochopnie po stwarzanych pozorach. Większość ludzi próbowała udawać w obliczu znajomych czy przyjaciół kogoś zupełnie innego, aniżeli był w prawdziwych realiach.
Stwierdzenie, iż dwudziesty pierwszy wiek to czas, gdzie bardziej wierzy się pozorom niż prawdzie uczuć duszy ludzkiej było jak najbardziej adekwatne. Taką procedurą stworzona została rzeczywistość i zaszyfrowano humanitarność ludzi. Na chwilę obecną nikt tego nie mógł zmienić, choćby niewiadomo jak bardzo tego pragnął. Pozory sprawowały władzę nad całym światem, a sprawiedliwość istniała tylko na scenie. Książki po okładce się nie oceniało, choć nastolatek stojący naprzeciw, nie wyglądał na ułożonego i grzecznego synka mamusi.
– Miło mi cię poznać, Davide – powiedziała, uważając na słowa.
– Nie jesteś stąd, prawda? – spytał, słysząc specyficzny akcent.
– Nie – odparła momentalnie. – Stany Zjednoczone – wyjaśniała.
– Mój ojciec zna jej rodzinę – objaśniła w skrócie Marisa. – Chodźcie już. Nie macie chyba zamiaru stać tutaj jak dwa kołki, co?
 – Co znaczy „kołki”? – spytała zaskoczona Vivienne, ruszając za nimi.

Rozmowy z gromkimi salwami śmiechu tworzyły nieobliczalną mieszankę. Viv, spędzony czas w towarzystwie przyjaciół Marisy, zdecydowanie mogła zaliczyć do udanych. Pomimo niezbyt przyzwoitego pierwszego wrażenia, po dwóch mocnych drinkach wszelka niechęć odeszła w niepamięć. Ze staranną uwagą próbowała wyłapywać najgłębszy sens wypowiadanych zdań przez niewielkie – ponieważ liczące sześć osób – towarzystwo.
Przy prostokątnym, ogrodowym stole wykonanym z tarcicy, potrafiła bezproblemowo rozpoznać poszczególne osoby. Przyziemnego realistę Fabrizio Falcone, siedzącą obok olśniewającą Gaię Lazzarini przyzwyczajoną do przyciągania wzrokiem chłopaków i będącą zarazem drugą połówką nonszalanckiego, z lekkim podejściem do życia Giovanniego Falcone. Poznana wcześniej, tajemnicza Marisa oraz zuchwały, a zarazem w pewnym stopniu intrygujący Davide Santon. Każdy z osobna reprezentował skrajnie zróżnicowaną osobowość, co w rzeczywistości wywarło na Wainwright pozytywne wrażenie.
– Hm, mam kilka planów – rzuciła ze skwaszoną miną, Marisa, trzymając w dłoniach kieliszek z wódką i naczynie z sokiem z czarnej porzeczki.
– Nie tak szybko! – przerwał jej ciemnooki chłopak, siedzący po lewej stronie. – Spuściłem przed chwilą niezłe manto Fabrizio w kosza, więc pozwól mi się tym faktem cieszyć.
– Co znaczy „manto”? – Niepewny wzrok Vivie padł na twarz Włocha.
– Spuścić manto to znaczy pobić. – Objaśniła słowo Marisa odkładając cienkie naczynia na stół. – Tak w ogóle on… – dodała, nietaktownie wskazując palcem na Davide, który tym razem zatopił usta w trunku. – Jest piłkarzem. Gra w nogę. To znaczy w piłkę nożną. Soccer – wytłumaczyła rozdzielając słowa sylabami. – Rozumiesz?
Absolutely – odpowiedziała, potrząsając lekko głową.
– Powinniśmy może uważać na to jak mówimy. Albo zwracać się do niej po angielsku – zauważył Fabrizio posyłając subtelny uśmiech Vivie. – Ona tu przyjechała poćwiczyć włoski? – Przeniósł pytający wzrok na brunetkę.
– Szczerze? – spytała, zerkając na swojego przyjaciela. – Problem polega na tym, że ja nie mam bladego pojęcia, co ona u nas robi.
– Aha – przerwał dziewczynie piłkarz, widząc skrępowane spojrzenie blondwłosej. – Na jak długo przyjechałaś? – zapytał, patrząc na Vivienne i wyraźnie wymawiając każde słowo.
Two weeks. Dwa tygodnie – odpowiedziała blondynka.
– Wyjeżdża trzydziestego pierwszego – dorzuciła Marisa, sięgając po kruche ciasteczko na talerzyku. – W ostatnią sobotę lipca.
– Bardzo dobrze. – Fabrizio dopił do końca napój, a następnie sięgnął po szklaną butelkę. – Chcesz jeszcze drinka, Vivienne?
Dziewczyna zerknęła niepewnie na czarnowłosego. Doskonale wiedziała, że gdyby rodzice ją teraz zobaczyli, poważnie by się wściekli. Nie lubili, gdy znikała nocami z domu. Z drugiej strony niejednokrotnie już złamała wszelkie zakazy Victorii.
Niegdyś spotykając się z pewnym zarozumialcem z Brickell, rodzicielka złościła się na nią, gdyż uważała, że nie jest dla niej odpowiednią partią. Do dnia dzisiejszego nie miała pojęcia, czy na jej nastawienie do Nate’a miały wpływ wytatuowane oba bicepsy czy może fakt, iż pochodził z Afroamerykańskiej rodziny.
W Nathanielu była szczerze zakochana, jednakże, gdy pewnego wieczoru przyjechała do domu państwa Moss, zastając swego chłopaka totalnie naćpanego i pijanego, uświadomiła sobie, że jeżeli nie przestanie się z nim spotykać – on nieustannie będzie ją namawiał, żeby spróbowała tego, co sam brał. Wówczas udając się do centrum handlowego w Downtown, uświadomiła sobie, iż od tamtej chwili, wszystko między nimi było skończone.
Zawsze starała się dobierać tak towarzystwo, aby nie mieć do czynienia z narkotykami. Najczęściej spotykała zjaranych nastolatków w klubach, do których częstokroć wybierała się z gronem przyjaciół. Wtenczas odnosiła wrażenie, że te domniemane fantastyczne uczucie w mgnieniu oka przeistaczało się w bełkoty, sensacje żołądkowe bądź utratę kontroli i świadomości – co z kolei najczęściej kończyło się na robieniu głupot, w szczególności z obcymi facetami.
Vivienne pod żadnym pozorem nie chciała, aby taka „przygoda” spotkała także ją. Zwłaszcza po tym, z czym do czynienia miała Penny podczas jednej z potańcówek. Ktoś, do dnia dzisiejszego nie wiadomo kto, dorzucił do jej drinka pigułkę gwałtu. Wszakże nie pamiętała niczego, lecz miała wrażenie, że znalazła się w jakimś pomieszczeniu jednocześnie z trzema, nieznajomymi mężczyznami. Obudziwszy się następnego ranka, zastała opustoszały pokój z porozrzucanymi po całej powierzchni ubraniami. Penelope o zdarzeniu opowiedziała wyłącznie Wainwright, a następnie sprawę chciała potraktować jakby w ogóle nie miała miejsca. O zajściu nie poinformowała władz, rodziców ani brata, Sebastiana, który pod każdym względem dbał o dobro młodszej siostry.
Na samo wspomnienie jasnowłosego chłopaka, poczuła dziwny dreszcz przeszywający na wskroś oraz przyjemne ciepło rozlewające się niczym lawa po całym organizmie. Potrząsnęła energicznie głową, unosząc wzrok, na twarz Fabrizio.
– Nie, dziękuję – odpowiedziała w końcu, kręcąc głową.
– Dobra. – Uniósł bezradnie dłonie w górę. – Więc, od czego zaczyna się program, który dla nas wymyśliłaś, Mariso?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz