Wieczorne
niebo zaczynało pomału szarzeć, a lipcowy, letni wietrzyć opasać sylwetki
mieszkańców północno-wschodniej części Włoszech. Pozorna wędrówka Gwiazdy dnia,
po sklepieniu niebieskim, ze wschodu na zachód, dobiegała pomału końca. Swą pozycje
ustępowała wieczorowi, który pod pazuchą ciemności krył wiele tajemnic i
powabu.
Przy Via
Ernesto Basile, wydawać by się mogło, iż tenże drobny fakt nikogo wcale nie
poruszył.. Głośne rozmowy, wymieszane z umiarkowaną muzyką wydobywającą się z bumboxa,
wypełniały najbliższą przestrzeń.
Vivienne
wolnym krokiem ruszyła u boku ciemnowłosej dziewczyny, próbując skupić się na wypowiadanych
słowach towarzyszki. Dostrzegając intensywnie oświetlony baldachim, odniosła
wrażenie, jakby znalazła się na zamkniętej imprezie, na którą wpuszczani są
wyłącznie koryfeusze.
– Marisa! – Do
ich uszu dotarł znacznie podniesiony, ale zarazem uradowany okrzyk. – Już
myślałem, że Fab gdzieś zabłądził.
Wysoki chłopak
odziany w luźną, szarą bluzę z narzuconym na głowę kapturem, spod której
wysuwały się ciemne kosmyki włosów, ruszył w stronę dziewcząt. Pierwsze, co
rzuciło się w oczy Vivienne to trzymany w dłoni kieliszek, wypełniony alkoholem.
Blondynka, zlustrowała
twarz zbliżającego się Włocha, po czym bezproblemowo mogła stwierdzić, że jest
mniej więcej w jej wieku. Zdecydowanie należał do typu chłopaków, który jej
najlepsza przyjaciółka Penny nazwałaby „ciachem”. Choć wprawdzie nie był
całkiem w typie Viv, nie mogła pozostać wystarczająco obojętna. Najprawdopodobniej,
jeśli to Penelope Chambers, spędzałaby wakacje w Mediolanie u boku Risy, ten
wysoki chłopak zostałby już namierzony.
– Skądże. –
mruknęła Passante. – Po prostu, ktoś się długo szykował.
Dziewiętnastolatek
stojący naprzeciw Marisy, nagle wyczuł jak jej drobna sylwetka mocno wtula się
w jego ciało, a wysmarowane waniliowym błyszczykiem usta, składają na policzku pocałunek.
Dade uważając na zawartość kieliszka, nieskrępowanym ruchem otoczył dłońmi
talię nastolatki, natomiast czekoladowe tęczówki skierował na spiętą twarz
jasnowłosej.
Przeciwnie zaś
ta, napotykając spojrzenie nieznajomego chłopaka, uciekła wzrokiem w odległym
kierunku. Lazur spojrzenia utkwiła w Fabrizio, który maszerował nadętym krokiem
w stronę baldachu. Niespodziewanie Vivienne przeszyła bezkresna ochota
dotrzymania mu towarzystwa.
– W porządku –
odpowiedział ostatecznie Davide. – Kto to?
– Nasz gość –
rzekła, zerkając na Viv. – Wyjaśnię ci potem.
– Przedstawisz
nas? – spytał opuszczając ramiona, wzdłuż ciała.
– Vivienne. – Stanęła
u jego boku, wskazując na blondynkę, podczas gdy ta przeniosła wzrok z pleców
oddalającego się Fabrizio na Włochów. – To jest Dade. Davide. To właśnie on wczoraj
do mnie dzwonił, pamiętasz?
Na twarzy
chłopaka pojawił się szeroki uśmiech i przez moment zastanawiała się, czy nie
był on wywołany nadmierną ilością alkoholu we krwi. Z drugiej strony nie
chciała oceniać innych ludzi zbyt pochopnie po stwarzanych pozorach. Większość
ludzi próbowała udawać w obliczu znajomych czy przyjaciół kogoś zupełnie
innego, aniżeli był w prawdziwych realiach.
Stwierdzenie,
iż dwudziesty pierwszy wiek to czas, gdzie bardziej wierzy się pozorom niż
prawdzie uczuć duszy ludzkiej było jak najbardziej adekwatne. Taką procedurą stworzona
została rzeczywistość i zaszyfrowano humanitarność ludzi. Na chwilę obecną nikt
tego nie mógł zmienić, choćby niewiadomo jak bardzo tego pragnął. Pozory sprawowały
władzę nad całym światem, a sprawiedliwość istniała tylko na scenie. Książki po
okładce się nie oceniało, choć nastolatek stojący naprzeciw, nie wyglądał na
ułożonego i grzecznego synka mamusi.
– Miło mi cię
poznać, Davide – powiedziała, uważając na słowa.
– Nie jesteś
stąd, prawda? – spytał, słysząc specyficzny akcent.
– Nie –
odparła momentalnie. – Stany Zjednoczone – wyjaśniała.
– Mój ojciec
zna jej rodzinę – objaśniła w skrócie Marisa. – Chodźcie już. Nie macie chyba
zamiaru stać tutaj jak dwa kołki, co?
– Co znaczy „kołki”? – spytała zaskoczona Vivienne, ruszając za nimi.
Rozmowy z
gromkimi salwami śmiechu tworzyły nieobliczalną mieszankę. Viv, spędzony czas w
towarzystwie przyjaciół Marisy, zdecydowanie mogła zaliczyć do udanych. Pomimo
niezbyt przyzwoitego pierwszego wrażenia, po dwóch mocnych drinkach wszelka
niechęć odeszła w niepamięć. Ze staranną uwagą próbowała wyłapywać najgłębszy
sens wypowiadanych zdań przez niewielkie – ponieważ liczące sześć osób – towarzystwo.
Przy
prostokątnym, ogrodowym stole wykonanym z tarcicy, potrafiła bezproblemowo
rozpoznać poszczególne osoby. Przyziemnego realistę Fabrizio Falcone, siedzącą obok olśniewającą Gaię Lazzarini przyzwyczajoną
do przyciągania wzrokiem chłopaków i będącą zarazem drugą połówką
nonszalanckiego, z lekkim podejściem do życia Giovanniego Falcone. Poznana wcześniej,
tajemnicza Marisa oraz zuchwały, a zarazem
w pewnym stopniu intrygujący Davide Santon. Każdy z osobna reprezentował
skrajnie zróżnicowaną osobowość, co w rzeczywistości wywarło na Wainwright
pozytywne wrażenie.
– Hm, mam kilka planów – rzuciła ze skwaszoną miną, Marisa, trzymając
w dłoniach kieliszek z wódką i naczynie z sokiem z czarnej
porzeczki.
– Nie tak
szybko! – przerwał jej ciemnooki chłopak, siedzący po lewej stronie. –
Spuściłem przed chwilą niezłe manto Fabrizio w kosza, więc pozwól mi się tym faktem cieszyć.
– Co znaczy „manto”? – Niepewny wzrok Vivie padł na
twarz Włocha.
– Spuścić
manto to znaczy pobić. – Objaśniła słowo Marisa odkładając cienkie naczynia na
stół. – Tak w ogóle on… – dodała, nietaktownie wskazując palcem na Davide,
który tym razem zatopił usta w trunku. – Jest piłkarzem. Gra w nogę. To znaczy
w piłkę nożną. Soccer – wytłumaczyła
rozdzielając słowa sylabami. – Rozumiesz?
– Absolutely – odpowiedziała, potrząsając
lekko głową.
– Powinniśmy
może uważać na to jak mówimy. Albo zwracać się do niej po angielsku – zauważył
Fabrizio posyłając subtelny uśmiech Vivie. – Ona tu przyjechała poćwiczyć włoski?
– Przeniósł pytający wzrok na brunetkę.
– Szczerze? –
spytała, zerkając na swojego przyjaciela. – Problem polega na tym, że ja nie
mam bladego pojęcia, co ona u nas robi.
– Aha –
przerwał dziewczynie piłkarz, widząc skrępowane spojrzenie blondwłosej. – Na
jak długo przyjechałaś? – zapytał, patrząc na Vivienne i wyraźnie wymawiając
każde słowo.
– Two weeks. Dwa tygodnie – odpowiedziała
blondynka.
– Wyjeżdża trzydziestego
pierwszego – dorzuciła Marisa, sięgając po kruche ciasteczko na talerzyku. – W
ostatnią sobotę lipca.
– Bardzo
dobrze. – Fabrizio dopił do końca napój, a następnie sięgnął po szklaną
butelkę. – Chcesz jeszcze drinka, Vivienne?
Dziewczyna
zerknęła niepewnie na czarnowłosego. Doskonale wiedziała, że gdyby rodzice ją
teraz zobaczyli, poważnie by się wściekli. Nie lubili, gdy znikała nocami z
domu. Z drugiej strony niejednokrotnie już złamała wszelkie zakazy Victorii.
Niegdyś
spotykając się z pewnym zarozumialcem z Brickell, rodzicielka złościła się na
nią, gdyż uważała, że nie jest dla niej odpowiednią partią. Do dnia
dzisiejszego nie miała pojęcia, czy na jej nastawienie do Nate’a miały wpływ
wytatuowane oba bicepsy czy może fakt, iż pochodził z Afroamerykańskiej
rodziny.
W Nathanielu
była szczerze zakochana, jednakże, gdy pewnego wieczoru przyjechała do domu
państwa Moss, zastając swego chłopaka totalnie naćpanego i pijanego,
uświadomiła sobie, że jeżeli nie przestanie się z nim spotykać – on nieustannie
będzie ją namawiał, żeby spróbowała tego, co sam brał. Wówczas udając się do
centrum handlowego w Downtown, uświadomiła sobie, iż od tamtej chwili, wszystko
między nimi było skończone.
Zawsze starała
się dobierać tak towarzystwo, aby nie mieć do czynienia z narkotykami. Najczęściej
spotykała zjaranych nastolatków w klubach, do których częstokroć wybierała się
z gronem przyjaciół. Wtenczas odnosiła wrażenie, że te domniemane fantastyczne
uczucie w mgnieniu oka przeistaczało się w bełkoty, sensacje żołądkowe bądź utratę
kontroli i świadomości – co z kolei najczęściej kończyło się na robieniu
głupot, w szczególności z obcymi facetami.
Vivienne pod
żadnym pozorem nie chciała, aby taka „przygoda” spotkała także ją. Zwłaszcza po
tym, z czym do czynienia miała Penny podczas jednej z potańcówek. Ktoś, do dnia
dzisiejszego nie wiadomo kto, dorzucił do jej drinka pigułkę gwałtu. Wszakże
nie pamiętała niczego, lecz miała wrażenie, że znalazła się w jakimś
pomieszczeniu jednocześnie z trzema, nieznajomymi mężczyznami. Obudziwszy się
następnego ranka, zastała opustoszały pokój z porozrzucanymi po całej
powierzchni ubraniami. Penelope o zdarzeniu opowiedziała wyłącznie Wainwright,
a następnie sprawę chciała potraktować jakby w ogóle nie miała miejsca. O
zajściu nie poinformowała władz, rodziców ani brata, Sebastiana, który pod
każdym względem dbał o dobro młodszej siostry.
Na samo
wspomnienie jasnowłosego chłopaka, poczuła dziwny dreszcz przeszywający na
wskroś oraz przyjemne ciepło rozlewające się niczym lawa po całym organizmie.
Potrząsnęła energicznie głową, unosząc wzrok, na twarz Fabrizio.
– Nie,
dziękuję – odpowiedziała w końcu, kręcąc głową.
– Dobra. – Uniósł
bezradnie dłonie w górę. – Więc, od czego zaczyna się program, który dla nas
wymyśliłaś, Mariso?
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz