Rozdział 4


Niebo usiane było malutkimi, granatowym punkcikami, a wyraźnie świecący księżyc górował wysoko nad miastem. Vivienne wydawało się, iż został on podmieniony przez złośliwe dziecko na rogalik, którego drobne ziarnka maku rzucały swoisty cień na drogę. Mediolan skąpany w światłach sprawiał wrażenie zupełnie innego, niż za dnia. Noc odrealniała wszystko, ukrywając brzydotę, eksponując piękno.
– Tak, państwo Passante są naprawdę przyjaźni – powiedziała ściszonym głosem, gdyż całym mieszkaniem, usytuowanym przy Via Sesto Calende, władała grobowa cisza. – Mamo, wszystko w porządku. Nie musisz się o mnie martwić. Poważnie. Dam sobie radę.
Delikatna mgiełka światła tliła się poprzez niestarannie zasunięte rolety, oświetlając wyraźnie twarz dziewczyny. Leżąc w ciemnym pokoju, rozmawiała z rodzicielką od dobrych kilku minut. Przemęczenie i bezsilność wzięły górę. Po prostu opadała z sił, podczas gdy Victoria Wainwright, nawet nie wyrażała chęci zakończenia międzynarodowej rozmowy.
Co gorsza w Mediolanie znajdowała się niespełna dwanaście godzin, a pewna jej część tęskniła za gorącymi, piaszczystymi plażami Miami, pięknymi rezydencjami, zadbanymi i czystymi ulicami, nowoczesnymi sklepami, ciepłą oraz czystą wodą w Oceanie, a co najważniejsze za wspaniałą tropikalną roślinnością działającą relaksująco na ciało. Z każdą mijaną minutą na obcym kontynencie, miała ochotę z powrotem złapać ciągle nie rozpakowane walizki i najbliższym samolotem wrócić do domu.
Pod żadnym względem u rodziny Passante, nie miała źle, lecz najwyraźniej odczuwała dyskomfort w nieznanej strefie, wśród zamiejscowych ludzi, nieznających głębokiego uroku wschodniego wybrzeża USA.
Niespodziewanie, otchłanną ciszę, przerwało pukanie. Vivie energicznie uniosła głowę i podciągając się na łokciach, zerknęła w kierunku drzwi, za którymi niezaprzeczalnie znajdowało się źródło dźwięku.
– Vivienne, mogę wejść? – Rozpoznała cichy alt Marisy.
– Mamo, muszę kończyć. Jutro do ciebie zadzwonię. Bądź na Skype’ie po południu. – Blondynka zapaliła lampkę, stojącą na szafce nocnej, wykonanej z lakierowanego drewna na wysoki połysk. – Dobrze mamo, do zobaczenie. Pozdrów tatę i Chrisa – dodała pośpiesznie.
– Vivienne? – Usłyszała ponownie nawoływanie.
– Oczywiście, wejdź – powiedziała zdecydowanie głośniej.
Na ekranie dotykowego telefonu, wcisnęła odpowiedni przycisk, wsuwając urządzenie pod poduszkę. Tymczasem ciemnowłosa zamknęła za sobą drzwi, szczelniej obwiązując drobne ciało białym szlafrokiem wytworzonym z lekkiego materiału. Bezzwłocznym krokiem ruszyła kędzierzawym dywanem, aby w końcu zasiąść na brzegu łóżka.
– Wszystko w porządku? – Senny głos Viv wypełnił przestrzeń.
– Nic mi nie jest. Przychodzę tutaj w pewnej sprawie, dlatego najpierw mnie wysłuchaj do końca, zanim odmówisz. – Ciemne kosmyki, prostych włosów opadły na rumianą twarz siedemnastoletniej dziewczyny. – Podczas kolacji zadzwonił do mnie przyjaciel, Davide. Organizujemy drobne przyjęcie… To znaczy zwykłe spotkanie przy piwie i ognisku w niewielkim gronie. Nie miałabyś ochoty, jutro wieczorem przejść się ze mną? – spytała.
Mimo, że nie miała ochoty na niańczenie równoletniej – a co za tym idzie samodzielnej – dziewczyny, każde słowo wypowiadała z delikatnym uśmiechem na twarzy. Może wcale nie będzie, aż tak źle, jak przepuszczała? Z różnych źródeł słyszała, iż Amerykanie to społeczeństwo wiecznie uśmiechnięte a zarazem przyjaźnie nastawione do innych narodowości.
– Pewnie. Wybiorę się z tobą. – Uśmiechnęła się nikle, gdyż z powodu potoku słów wylanych z ust brunetki, zrozumiała połowę wypowiedzi.
– Bądź gotowa na dwudziestą. Fabrizio po nas przyjedzie – ucięła krótko, sięgając wzrokiem do wyżłobionej ornamentem roślinnym ramki ze zdjęciem ustawionym tuż obok lampy. – Pewnie martwisz się, że jesteś tysiące kilometrów od domu? – Na twarzy Risy, zaobserwowała unoszące się w górę kąciki ust. – Fakt, moja rodzina, czasami bywa stuknięta, ale jej się nie wybiera. Często mam przeogromną ochotę schować się przed nimi…
Zauważając zdumiony wzrok towarzyszki, cicho westchnęła, a nie chcą rozkładać zdania na części pierwsze, zdecydowała się zmienić temat. Postanowiła również zapamiętać, aby nie używać skomplikowanych form, czy slangu w obecności Vivie. Z drugiej strony doskonale wiedziała, że bardzo ciężko opanować język obcy do perfekcji. Sama uczyła się angielskiego od dawien i do tej pory posiadała problemy z poprawną wymową.
– To twoja rodzina? – Wskazała na fotografię, a następnie przechwytując ją, przyjrzała się uważniej osobom ze zdjęcia.
– Tak. Moja mama, Victoria. – Wskazała bardzo ładną, z takimi samymi włosami jak Vivienne, kobietę, wyglądającą na dość despotyczną. – Tato, Matthew. – Brunet, o morskich tęczówkach, wyglądający na zabawnego i wyluzowanego mężczyznę. – I młodszy brat, Chris. – Niski blondwłosy chłopiec obejmowany ramieniem przez panią Wainwright.
Passante zerknęła na tło rozciągające się tuż za ich plecami. Potężny a zarazem luksusowy biały dom, otoczony wysokimi palmami, wyglądał jakby, co najmniej zawierał w sobie siedem sypialni. Piękne i ekskluzywne amerykańskie rezydencje zawsze wzbudzały wielkie zainteresowanie, nie tylko wśród włoskiej populacji.
– Twoi rodzice mieszkają razem? – spytała z czystej ciekawości.
Absolutely! Skąd ten pytanie? – Viv wydała się zaskoczona.
– „Te” pytanie. – Poprawiła ją. – Czasami bywa i tak. Małżeństwa się rozwodzą. Moim zdaniem to całkiem naturalne.
– Mieszkamy razem. – Energicznie potrząsnęła głową.
Marisa, ponownie przeniosła wzrok na czwórkę osób, uśmiechniętych od ucha do ucha. Intensywnie błękitne niebo przyciągało wzrok, a cały kontekst sprawiał, iż posiadała nieodparte wrażenie, że spogląda na kartkę pocztową, a nie na zwyczajne, rodzinne zdjęcie.
Powtórnie zerknęła na twarze jej rodziców. Kochali się, a ich miłość, wręcz emanowała z kolorowego ujęcia. Concetta nie miała się, czego obawiać ze strony starej znajomej swojego męża. Victoria była naprawdę dawną koleżanką, a co za tym szło nie miała podstaw do jakichkolwiek obaw. Wydawało się, iż Vicky bardzo kochała swego małżonka.
– W takim razie już ci nie przeszkadzam. – Odłożyła zdjęcie z powrotem na stolik. – Dobranoc – dodała, opuszczając bezgłośnie pokój.
Vivienne, słysząc cichy zgrzyt drzwi, odwróciła twarz do ściany, wtulając lico w głęboką, puchową poduszkę. Pościel przesiąknięta zapachem lawendy, w pewnym rodzaju uspokajała i wyciszała.
Niestety wszystko w tym miejscu tak bardzo różniło się od rezydencji, usytuowanej w wiecznie słonecznym i ciepłym Miami. Pomimo dotkliwego przeświadczenia, że nocą nie zmruży oka, śniła długo i wydawać się mogło, iż nic nie wzburzy wewnętrznego spokoju.

Lśniące, kanarkowego koloru Audi A5 jechało w kierunku Via Ernesto Basile. Niespełna dziewiętnastoletni, Fabrizio Falcone, siedzący za kierownicą z uwagą monitorował wzrokiem ulicę. Chłopak był wysoki i wysportowany, miał pół-długie, sięgające podbródka, czarne włosy i ciemnobrązowe oczy.
Na miejscu pasażera siedziała, Marisa Passante, ciągle sypiąca włoskimi słówkami oraz uroczymi uśmiechami. Na tylnim siedzeniu, spod zmrużonych powiek, Wainwright bacznie obserwowała mijane krajobrazy – podobnie jak poprzedniego dnia, gdy kierowcą był Terry.
Po dziesięciu minutach drogi, kierowca wrzucając odpowiedni migacz, bez pośpiechu skierował pojazd w krótką, ślepą i piaszczystą uliczkę, Via Ernesto Basile.
– Śpiąca królewno, już jesteśmy. – Czarnowłosa zerknęła przez ramię, równocześnie odpinając pasy.
Vivie, wyrwana z drobnego amoku przeniosła zaskoczone spojrzenie na duży, wolnostojący dom od frontu otoczony drewnianym płotem o murowanych słupach.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz