Niebo
usiane było malutkimi, granatowym punkcikami, a wyraźnie świecący księżyc
górował wysoko nad miastem. Vivienne wydawało się, iż został on podmieniony
przez złośliwe dziecko na rogalik, którego drobne ziarnka maku rzucały swoisty
cień na drogę. Mediolan skąpany w światłach sprawiał
wrażenie zupełnie innego, niż za dnia. Noc odrealniała wszystko, ukrywając
brzydotę, eksponując piękno.
– Tak, państwo Passante są naprawdę przyjaźni – powiedziała ściszonym
głosem, gdyż całym mieszkaniem, usytuowanym przy Via Sesto Calende, władała
grobowa cisza. – Mamo, wszystko w porządku. Nie musisz się o mnie martwić.
Poważnie. Dam sobie radę.
Delikatna
mgiełka światła tliła się poprzez niestarannie zasunięte rolety, oświetlając
wyraźnie twarz dziewczyny. Leżąc w ciemnym pokoju, rozmawiała z rodzicielką od
dobrych kilku minut. Przemęczenie i bezsilność wzięły górę. Po prostu opadała z
sił, podczas gdy Victoria Wainwright, nawet nie wyrażała chęci zakończenia
międzynarodowej rozmowy.
Co gorsza w
Mediolanie znajdowała się niespełna dwanaście godzin, a pewna jej część
tęskniła za gorącymi, piaszczystymi plażami Miami, pięknymi rezydencjami,
zadbanymi i czystymi ulicami, nowoczesnymi sklepami, ciepłą oraz czystą wodą w Oceanie, a co najważniejsze za
wspaniałą tropikalną roślinnością działającą relaksująco na ciało. Z każdą
mijaną minutą na obcym kontynencie, miała ochotę z powrotem złapać ciągle nie
rozpakowane walizki i najbliższym samolotem wrócić do domu.
Pod żadnym
względem u rodziny Passante, nie miała źle, lecz najwyraźniej odczuwała dyskomfort
w nieznanej strefie, wśród zamiejscowych ludzi, nieznających głębokiego uroku
wschodniego wybrzeża USA.
Niespodziewanie,
otchłanną ciszę, przerwało pukanie. Vivie energicznie uniosła głowę i podciągając
się na łokciach, zerknęła w kierunku drzwi, za którymi niezaprzeczalnie
znajdowało się źródło dźwięku.
– Vivienne, mogę wejść? – Rozpoznała cichy alt Marisy.
– Mamo, muszę kończyć. Jutro do ciebie zadzwonię. Bądź na Skype’ie
po południu. – Blondynka zapaliła lampkę, stojącą na szafce nocnej, wykonanej z
lakierowanego drewna na wysoki połysk. – Dobrze mamo, do zobaczenie. Pozdrów tatę
i Chrisa – dodała pośpiesznie.
– Vivienne? – Usłyszała ponownie nawoływanie.
– Oczywiście, wejdź – powiedziała zdecydowanie głośniej.
Na ekranie dotykowego telefonu, wcisnęła odpowiedni przycisk,
wsuwając urządzenie pod poduszkę. Tymczasem ciemnowłosa zamknęła za sobą
drzwi, szczelniej obwiązując drobne ciało białym szlafrokiem wytworzonym z
lekkiego materiału. Bezzwłocznym krokiem ruszyła kędzierzawym dywanem, aby w
końcu zasiąść na brzegu łóżka.
– Wszystko w
porządku? – Senny głos Viv wypełnił przestrzeń.
– Nic mi nie
jest. Przychodzę tutaj w pewnej sprawie, dlatego najpierw mnie wysłuchaj do
końca, zanim odmówisz. – Ciemne kosmyki, prostych włosów opadły na rumianą twarz
siedemnastoletniej dziewczyny. – Podczas kolacji zadzwonił do mnie przyjaciel,
Davide. Organizujemy drobne przyjęcie… To znaczy zwykłe spotkanie przy piwie i
ognisku w niewielkim gronie. Nie miałabyś ochoty, jutro wieczorem przejść się
ze mną? – spytała.
Mimo, że nie
miała ochoty na niańczenie równoletniej – a co za tym idzie samodzielnej – dziewczyny,
każde słowo wypowiadała z delikatnym uśmiechem na twarzy. Może wcale nie
będzie, aż tak źle, jak przepuszczała? Z różnych źródeł słyszała, iż Amerykanie
to społeczeństwo wiecznie uśmiechnięte a zarazem przyjaźnie nastawione do
innych narodowości.
– Pewnie. Wybiorę
się z tobą. – Uśmiechnęła się nikle, gdyż z powodu potoku słów wylanych z ust brunetki,
zrozumiała połowę wypowiedzi.
– Bądź gotowa
na dwudziestą. Fabrizio po nas przyjedzie – ucięła krótko, sięgając wzrokiem do
wyżłobionej ornamentem roślinnym ramki ze zdjęciem ustawionym tuż obok lampy. –
Pewnie martwisz się, że jesteś tysiące kilometrów od domu? – Na twarzy Risy,
zaobserwowała unoszące się w górę kąciki ust. – Fakt, moja rodzina, czasami
bywa stuknięta, ale jej się nie wybiera. Często mam przeogromną ochotę schować
się przed nimi…
Zauważając
zdumiony wzrok towarzyszki, cicho westchnęła, a nie chcą rozkładać zdania na
części pierwsze, zdecydowała się zmienić temat. Postanowiła również zapamiętać,
aby nie używać skomplikowanych form, czy slangu w obecności Vivie. Z drugiej
strony doskonale wiedziała, że bardzo ciężko opanować język obcy do perfekcji.
Sama uczyła się angielskiego od dawien i do tej pory posiadała problemy z
poprawną wymową.
– To twoja
rodzina? – Wskazała na fotografię, a następnie przechwytując ją, przyjrzała się
uważniej osobom ze zdjęcia.
– Tak. Moja
mama, Victoria. – Wskazała bardzo ładną, z takimi samymi włosami jak Vivienne,
kobietę, wyglądającą na dość despotyczną. – Tato, Matthew. – Brunet, o morskich
tęczówkach, wyglądający na zabawnego i wyluzowanego mężczyznę. – I młodszy brat,
Chris. – Niski blondwłosy chłopiec obejmowany ramieniem przez panią Wainwright.
Passante
zerknęła na tło rozciągające się tuż za ich plecami. Potężny a zarazem
luksusowy biały dom, otoczony wysokimi palmami, wyglądał jakby, co najmniej
zawierał w sobie siedem sypialni. Piękne i ekskluzywne amerykańskie rezydencje
zawsze wzbudzały wielkie zainteresowanie, nie tylko wśród włoskiej populacji.
– Twoi rodzice
mieszkają razem? – spytała z czystej ciekawości.
– Absolutely! Skąd ten pytanie? – Viv wydała się zaskoczona.
– „Te” pytanie. – Poprawiła ją. – Czasami
bywa i tak. Małżeństwa się rozwodzą. Moim zdaniem to całkiem naturalne.
– Mieszkamy
razem. – Energicznie potrząsnęła głową.
Marisa,
ponownie przeniosła wzrok na czwórkę osób, uśmiechniętych od ucha do ucha.
Intensywnie błękitne niebo przyciągało wzrok, a cały kontekst sprawiał, iż
posiadała nieodparte wrażenie, że spogląda na kartkę pocztową, a nie na
zwyczajne, rodzinne zdjęcie.
Powtórnie
zerknęła na twarze jej rodziców. Kochali się, a ich miłość, wręcz emanowała z
kolorowego ujęcia. Concetta nie miała się, czego obawiać ze strony starej
znajomej swojego męża. Victoria była naprawdę dawną koleżanką, a co za tym szło
nie miała podstaw do jakichkolwiek obaw. Wydawało się, iż Vicky bardzo kochała swego
małżonka.
– W takim
razie już ci nie przeszkadzam. – Odłożyła zdjęcie z powrotem na stolik. –
Dobranoc – dodała, opuszczając bezgłośnie pokój.
Vivienne, słysząc
cichy zgrzyt drzwi, odwróciła twarz do ściany, wtulając lico w głęboką, puchową
poduszkę. Pościel przesiąknięta zapachem lawendy, w pewnym rodzaju uspokajała i
wyciszała.
Niestety
wszystko w tym miejscu tak bardzo różniło się od rezydencji, usytuowanej w
wiecznie słonecznym i ciepłym Miami. Pomimo dotkliwego przeświadczenia, że nocą
nie zmruży oka, śniła długo i wydawać się mogło, iż nic nie wzburzy
wewnętrznego spokoju.
Lśniące,
kanarkowego koloru Audi A5 jechało w kierunku Via Ernesto Basile. Niespełna
dziewiętnastoletni, Fabrizio Falcone, siedzący za kierownicą z uwagą
monitorował wzrokiem ulicę. Chłopak był wysoki i wysportowany, miał pół-długie,
sięgające podbródka, czarne włosy i ciemnobrązowe oczy.
Na miejscu
pasażera siedziała, Marisa Passante, ciągle sypiąca włoskimi słówkami oraz
uroczymi uśmiechami. Na tylnim siedzeniu, spod zmrużonych powiek, Wainwright bacznie
obserwowała mijane krajobrazy – podobnie jak poprzedniego dnia, gdy kierowcą
był Terry.
Po dziesięciu
minutach drogi, kierowca wrzucając odpowiedni migacz, bez pośpiechu skierował
pojazd w krótką, ślepą i piaszczystą uliczkę, Via Ernesto Basile.
– Śpiąca
królewno, już jesteśmy. – Czarnowłosa zerknęła przez ramię, równocześnie
odpinając pasy.
Vivie, wyrwana
z drobnego amoku przeniosła zaskoczone spojrzenie na duży, wolnostojący dom od
frontu otoczony drewnianym płotem o murowanych słupach.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz