Rozdział 3


Vivienne od dobrych kilku minut siedziała bezczynnie na miękkim łóżku, stojącym na samym środku pomieszczenia. Zaraz po przyjeździe Terry oprowadził ją po domu, oznajmiając, iż na najbliższe dwa tygodnie zajmie nieużywany od dwóch lat pokój, który niegdyś należał do jego matki, Emmy. Zmarła niespodziewanie na zawał serca, dlatego od tamtego czasu stał on pusty i często służył za przechowalnie. Wolną powierzchnię wypełniały kolorowe pluszaki – półki, parapet, a nawet posłanie. Uśmiechnęła się, ponieważ w końcowym efekcie, maskotki dodały całkowitemu uroku.
Jasna, a zarazem chłodna zieleń z malowniczymi, białymi ornamentami kwiatów wprowadzały w stan odprężenia. Całokształt idealnie współgrał z niskimi meblami, toaletką z krzesłem i elementami ozdobnymi, starannie porozstawianymi po średniej wielkości pokoju. Oliwkowy dywan w kształcie liścia kwiatu lotosu, zdobił drewniane panele, a ze ścian błyszczały kinkiety. Vivie była przekonana, iż wykończenie całego domu było zasługą Terrenzio.
Przechwyciła brązową zabawkę, wyglądem przypominającą Scooby Doo, mocno przyciskając do klatki piersiowej. Wprawdzie, mimo swoich ukończonych siedemnastu lat, gdzieś w głębi duszy czuła się nadal wiecznie roztargnionym, mającym tysiące myśli na minutę szkrabem. Przymknęła powieki, opierając plecy o ogrom poduszek na dużym łóżku.
Etap poszukiwań, rozglądania po kątach miała już dawno za sobą. Wczesne dzieciństwo wspominała, jako okres, w którym mogła czuć się beztrosko, naśladując postępowania otaczających bliskich. Była normalną dziewczynką niczym nieróżniącą się od rówieśniczek. Odczuwała jak inni oraz posiadała marzenia, jak każdy człowiek zamieszkujący ziemię.
Od dnia, w którym pojawiła się na świecie, żyła w szczęśliwej rodzinie, posiadając kochających rodziców. Nie znała trudów życia, podczas gdy w niektórych rodzinach nieśmiałe uśmiechy w okamgnieniu przeistaczał się w słone łzy. Czasem zwykłe słowa potrafiły zranić, szczególnie dziecko, które nie wiedziało, czym jest indywidualizm i bało się być inne. Niemniej, mając dobrze usytuowanych rodziców miała wszystko na wyciągnięcie ręki.
– Vivienne. – Niespodziewanie dobiegł ją męski głos. – Vivie…
Otwarła powieki, myślami powracając do chwili obecnej. Odwróciła głowę w kierunku źródła dźwięku, zmieszanego z cichym pukaniem w drzwi.
– Kolacja na stole. Przyjdź do nas – poprosił zachęcająco Terry.
Nim zdołała cokolwiek odpowiedzieć, usłyszała cichy łoskot stóp, przy każdym zetknięciu z ziemią. Terrenzio odszedł. Skonsternowana przeniosła swój wzrok na obszerne okno, za którym nocne niebo, pomału skrywało się za zwartą powłoką chmur. Sąsiedni dom, o podobnej konstrukcji, rozświetlony był blaskiem lamp. Śnieżnobiałe, ozdobne firanki i seledynowe zasłony, subtelnie powiewały w takt letniego wiatru, dyskretnie muskającego smukłe ciało dziewczyny. Westchnęła cicho, odłożyła maskotkę z powrotem na miejsce, a kroki skierowała w stronę schodów, prowadzących na parter.
Przy niewielkim stole, usytuowanym w jadalni, dostrzegła nieznaną jeszcze sobie osobę. Długie, czarne włosy sięgające połowy pleców, nienagannie współgrały z ciemną karnacją dziewczyny. Jej typowo włoska uroda, wskazywała, iż wiekowo nie była wcale starsza od niej samej. Vivie zasiadła na wolnym krześle, pomiędzy Terrenzio a najmłodszą, dziewięcioletnią Clarissą.
– Vivienne, to moja córka, Marisa. – Mężczyzna wskazał na nieznajomą.
Blondynka rzuciła jej niepewne spojrzenie, po czym wysiliła się na przybranie delikatnego uśmiechu. W odpowiedzi otrzymała to samo.
– Czuj się jak u siebie – kontynuował, sięgając po półmisek z rybami.
– Dziękuję bardzo.
Z uwagą rozejrzała się po suto zastawionym stole, na którym głównymi przysmakami były misy z sałatą, balia pełna oliwek, koszyk czosnkowego chleba, kurze udka marynowane w ziołach i karafki na wino.
Podczas całej kolacji uszy Vivienne nieustannie atakowane były poprzez potok włoskich słów, wymawianych zdecydowanie zbyt szybko. Wprawdzie języka uczyła się systematycznie od pierwszej klasy podstawowej, a wrodzona skłonność i łatwość przyswajania słówek włoskich była zadziwiająca. Za sprawą wielu lekcji, opanowała język na tyle umiejętnie, aby się porozumieć.
– Byłaś kiedyś we Włoszech, Vivienne? – spytała Concetta, rozlewając w cztery kieliszki czerwone wino, a następnie podając każdemu z osobna, oczywiście z pominięciem Clarissy.
– Nigdy – przyznała, obejmując opuszkami palców naczynie. – I szczerze nie mogę doczekać się zwiedzania tu wszystkiego, co tylko da się zwiedzić. – Zatopiła usta w winie, zastanawiając się nad poprawnością zdania.
– Mamy mnóstwo planów – zapewnił Terrenzio, idąc w jej ślady, ale dla pewności mówiąc w ojczystym języku nastolatki. – W okolicy są wspaniałe obiekty, jak na przykład Katedra Narodzin św. Marii czy Zamek Sforzów. – Odłożył kieliszek na stół, po czym dodał: – Któregoś dnia możemy wybrać się na obiad do restauracji Cracco, a stamtąd moglibyśmy zrobić wycieczkę do La Scala, jeśli tylko wyrazisz ochotę…
– Oczywiście. – Natychmiast zapewniła z czystej uprzejmości.
– Ale zanim to nastąpi, tak jak planowałem, jutro wieczorem wyjeżdżam. – Terrenzio tym razem skierował wzrok na siedzącą naprzeciw niego małżonkę. – Ale będę z powrotem…
– Jak to jutro wieczór? Miałeś zostać do niedzieli. – Pełnym żalu głosem Concetta, przerwała mu w pół zdania.
– Och, mamy budowę w Rzymie. Doskonale wiesz, że to jeden z najważniejszych projektów mojej firmy – odłożył sztućce na stół, a łokcie oparł na blacie.
Wainwright spuściła głowę odczuwając niespodziewane zainteresowanie zawartością talerza. Kątem oka zdołała zauważyć, jak Marisa z rezygnacją grzebała widelcem w swojej porcji zaprawionego kurczaka. Sprawiała wrażenie lekko zażenowanej faktem, że jej rodzice w taki sposób odnosili się do siebie przy kolacji i nowo przybyłym gościu.
Na szczęście, kłótnię, która miała zaraz się rozpętać, przerwał donośny dźwięk telefonu dochodzący z drugiego końca salonu.
– Ja odbiorę! – Z krzesła zerwała się brązowowłosa dziewczynka. – To Dade! – wrzasnęła po chwili. – Oczywiście chce rozmawiać z Marisą.
Marisa wstała z miejsca, po czym energicznym szarpnięciem odebrała przenośnią słuchawkę i skierowała kroki w kierunku zabiegowych schodów, a następnie sypialni. Vivienne odprowadziła nastolatkę wzrokiem, jednakże rozchodzący huk zamykanych drzwi, spowodował nieznaczne wzdrygnięcie.
– Co znaczy „dade”? – spytała zdumiona.
– To przezwisko – rzekł spokojnym tonem Terrenzio, przenosząc wzrok na jasnowłosą. – Davide to przyjaciel Marisy i jestem pewien, że się polubicie.
Dziewczyna skinęła wyłącznie głową, a po niecałych dziesięciu minutach również udała się do sypialni, mieszczącej się do samym końcu korytarza na pierwszym piętrze. Trapiące ją zmęczenie od momentu opuszczenia pokładu samolotu, dawało o sobie coraz częściej znać. Położyła się na łóżku, a jej myśli wręcz galopowały. Pod żadnym pozorem nie chciała zostać źle odebrana, gdyż zależało jej na tym, aby podczas pierwszej wizyty wypaść jak najlepiej. Nie zamierzała zawieść Victorii.
Na samo wspomnienie rodzicielki, sięgnęła po telefon komórkowy, leżący na jasnobrązowym stoliku nocnym, obok zapalonej lampki. Na wyświetlaczu widniała godzina pięć po dwudziestej pierwszej, co oznaczało, iż w Miami, wskazówki zegara wybiły dopiero piętnastą. Z lekkim uśmiechem odnalazła w liście kontaktów numer, po czym wykonała połączenie.

Podczas, gdy Terrenzio Passante brał gorącą kąpiel w łazience na parterze, jego najstarsza córka zamaszystym krokiem weszła do sypialni Clarissy. Nieduże pomieszczenie, utrzymane w różowej barwie, oświetlone blaskiem wiszącej lampy, wydawało się przyjazne. Na dużym łóżku z baldachimem, ze skrzyżowanymi nogami siedziała jej młodsza siostra, a tuż za nią Concetta. Swobodnymi ruchami, rozczesywała długie włosy dziewczynki.
– Dzwonił Davide – obwieściła, choć wiedziała, że to całkiem zbędne. – Niedawno wrócił z Portomaggiore i organizujemy spotkanie u Fabrizio – rzekła z ostrożnością, gdyż dopóki nie uzyskała pełnoletności, zawarła z rodzicielami układ, iż o każdym nocnym powrocie do domu ma obowiązek poinformować.
– Zgoda. – Zerknęła na nią. – Ale zabierz ze sobą Vivienne.
– Nie będzie się dobrze bawiła. – Zachmurzyła się, przysiadając na brzegu łóżka. – Mamy sobie masę rzeczy do opowiedzenia…
– Zabierz ją. Nie zostawisz jej przecież na lodzie pierwszego dnia. Ojciec jutro wyjeżdża, a ja mam plany. – Uniosła ciemne tęczówki na córkę, która rzuciła jej gniewne spojrzenie. – Nie patrz tak na mnie! To nie był mój pomysł z tymi wakacjami. Pamiętaj, to tylko dwa tygodnie.
– Ja też mogę iść? – spytała nagle Clarissa spoglądając na matkę.
– Na pewno nie! – Zaprzeczyła mimochodem jej starsza siostra, po czym pośpiesznym krokiem ruszyła w stronę wyjścia.
– Clarisso, zostaniesz w domu – oświadczyła stanowczym głosem pani Passante, odkładając szczotkę na szafkę nocną, po czym ruchem dłoni nakazała młodszej córce ułożyć się do snu. – Pomożesz mi jutro.
– W czym? – Obserwowała matkę, która zakrywała ją pościelą.
– Zobaczysz, kochanie. – Ucałowawszy czoło Clarissy, zgasiła lampkę.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz