Vivienne
od dobrych kilku minut siedziała bezczynnie na miękkim łóżku, stojącym na samym
środku pomieszczenia. Zaraz po przyjeździe Terry oprowadził ją po domu,
oznajmiając, iż na najbliższe dwa tygodnie zajmie nieużywany od dwóch lat
pokój, który niegdyś należał do jego matki, Emmy. Zmarła niespodziewanie na
zawał serca, dlatego od tamtego czasu stał on pusty i często służył za przechowalnie.
Wolną powierzchnię wypełniały kolorowe pluszaki – półki, parapet, a nawet
posłanie. Uśmiechnęła się, ponieważ w końcowym efekcie, maskotki dodały
całkowitemu uroku.
Jasna, a
zarazem chłodna zieleń z malowniczymi, białymi ornamentami kwiatów wprowadzały
w stan odprężenia. Całokształt idealnie współgrał z niskimi meblami, toaletką z
krzesłem i elementami ozdobnymi, starannie porozstawianymi po średniej
wielkości pokoju. Oliwkowy dywan w kształcie liścia kwiatu lotosu, zdobił drewniane
panele, a ze ścian błyszczały kinkiety. Vivie była przekonana, iż wykończenie całego
domu było zasługą Terrenzio.
Przechwyciła
brązową zabawkę, wyglądem przypominającą Scooby Doo, mocno przyciskając do
klatki piersiowej. Wprawdzie, mimo swoich ukończonych siedemnastu lat, gdzieś w
głębi duszy czuła się nadal wiecznie roztargnionym, mającym tysiące myśli na
minutę szkrabem. Przymknęła powieki, opierając plecy o ogrom poduszek na dużym
łóżku.
Etap
poszukiwań, rozglądania po kątach miała już dawno za sobą. Wczesne dzieciństwo
wspominała, jako okres, w którym mogła czuć się beztrosko, naśladując
postępowania otaczających bliskich. Była normalną dziewczynką niczym nieróżniącą
się od rówieśniczek. Odczuwała jak inni oraz posiadała marzenia, jak każdy
człowiek zamieszkujący ziemię.
Od dnia, w
którym pojawiła się na świecie, żyła w szczęśliwej rodzinie, posiadając
kochających rodziców. Nie znała trudów życia, podczas gdy w niektórych
rodzinach nieśmiałe uśmiechy w okamgnieniu przeistaczał się w słone łzy. Czasem
zwykłe słowa potrafiły zranić, szczególnie dziecko, które nie wiedziało, czym
jest indywidualizm i bało się być inne. Niemniej, mając dobrze usytuowanych
rodziców miała wszystko na wyciągnięcie ręki.
– Vivienne. –
Niespodziewanie dobiegł ją męski głos. – Vivie…
Otwarła
powieki, myślami powracając do chwili obecnej. Odwróciła głowę w kierunku
źródła dźwięku, zmieszanego z cichym pukaniem w drzwi.
– Kolacja na
stole. Przyjdź do nas – poprosił zachęcająco Terry.
Nim zdołała
cokolwiek odpowiedzieć, usłyszała cichy łoskot stóp, przy każdym zetknięciu z
ziemią. Terrenzio odszedł. Skonsternowana przeniosła swój wzrok na obszerne
okno, za którym nocne niebo, pomału skrywało się za zwartą powłoką chmur.
Sąsiedni dom, o podobnej konstrukcji, rozświetlony był blaskiem lamp. Śnieżnobiałe,
ozdobne firanki i seledynowe zasłony, subtelnie powiewały w takt letniego
wiatru, dyskretnie muskającego smukłe ciało dziewczyny. Westchnęła cicho,
odłożyła maskotkę z powrotem na miejsce, a kroki skierowała w stronę schodów,
prowadzących na parter.
Przy
niewielkim stole, usytuowanym w jadalni, dostrzegła nieznaną jeszcze sobie
osobę. Długie, czarne włosy sięgające połowy pleców, nienagannie współgrały z
ciemną karnacją dziewczyny. Jej typowo włoska uroda, wskazywała, iż wiekowo nie
była wcale starsza od niej samej. Vivie zasiadła na wolnym krześle, pomiędzy
Terrenzio a najmłodszą, dziewięcioletnią Clarissą.
– Vivienne, to
moja córka, Marisa. – Mężczyzna wskazał na nieznajomą.
Blondynka
rzuciła jej niepewne spojrzenie, po czym wysiliła się na przybranie delikatnego
uśmiechu. W odpowiedzi otrzymała to samo.
– Czuj się jak
u siebie – kontynuował, sięgając po półmisek z rybami.
– Dziękuję
bardzo.
Z uwagą
rozejrzała się po suto zastawionym stole, na którym głównymi przysmakami były
misy z sałatą, balia pełna oliwek, koszyk czosnkowego chleba, kurze udka
marynowane w ziołach i karafki na wino.
Podczas całej
kolacji uszy Vivienne nieustannie atakowane były poprzez potok włoskich słów,
wymawianych zdecydowanie zbyt szybko. Wprawdzie języka uczyła się systematycznie
od pierwszej klasy podstawowej, a wrodzona skłonność i łatwość przyswajania
słówek włoskich była zadziwiająca. Za sprawą wielu lekcji, opanowała język na
tyle umiejętnie, aby się porozumieć.
– Byłaś kiedyś
we Włoszech, Vivienne? – spytała Concetta, rozlewając w cztery kieliszki
czerwone wino, a następnie podając każdemu z osobna, oczywiście z pominięciem Clarissy.
– Nigdy –
przyznała, obejmując opuszkami palców naczynie. – I szczerze nie mogę doczekać
się zwiedzania tu wszystkiego, co tylko da się zwiedzić. – Zatopiła usta w
winie, zastanawiając się nad poprawnością zdania.
– Mamy mnóstwo
planów – zapewnił Terrenzio, idąc w jej ślady, ale dla pewności mówiąc w
ojczystym języku nastolatki. – W okolicy są wspaniałe obiekty, jak na przykład Katedra
Narodzin św. Marii czy Zamek Sforzów. – Odłożył kieliszek na stół, po czym dodał:
– Któregoś dnia możemy wybrać się na obiad do restauracji Cracco, a stamtąd
moglibyśmy zrobić wycieczkę do La Scala, jeśli tylko wyrazisz ochotę…
– Oczywiście.
– Natychmiast zapewniła z czystej uprzejmości.
– Ale zanim to
nastąpi, tak jak planowałem, jutro wieczorem wyjeżdżam. – Terrenzio tym razem
skierował wzrok na siedzącą naprzeciw niego małżonkę. – Ale będę z powrotem…
– Jak to jutro
wieczór? Miałeś zostać do niedzieli. – Pełnym żalu głosem Concetta, przerwała
mu w pół zdania.
– Och, mamy
budowę w Rzymie. Doskonale wiesz, że to jeden z najważniejszych projektów mojej
firmy – odłożył sztućce na stół, a łokcie oparł na blacie.
Wainwright
spuściła głowę odczuwając niespodziewane zainteresowanie zawartością talerza.
Kątem oka zdołała zauważyć, jak Marisa z rezygnacją grzebała widelcem w swojej
porcji zaprawionego kurczaka. Sprawiała wrażenie lekko zażenowanej faktem, że
jej rodzice w taki sposób odnosili się do siebie przy kolacji i nowo przybyłym
gościu.
Na szczęście,
kłótnię, która miała zaraz się rozpętać, przerwał donośny dźwięk telefonu dochodzący
z drugiego końca salonu.
– Ja odbiorę!
– Z krzesła zerwała się brązowowłosa dziewczynka. – To Dade! – wrzasnęła po
chwili. – Oczywiście chce rozmawiać z Marisą.
Marisa wstała
z miejsca, po czym energicznym szarpnięciem odebrała przenośnią słuchawkę i
skierowała kroki w kierunku zabiegowych schodów, a następnie sypialni. Vivienne
odprowadziła nastolatkę wzrokiem, jednakże rozchodzący huk zamykanych drzwi,
spowodował nieznaczne wzdrygnięcie.
– Co znaczy „dade”? – spytała zdumiona.
– To
przezwisko – rzekł spokojnym tonem Terrenzio, przenosząc wzrok na jasnowłosą. –
Davide to przyjaciel Marisy i jestem pewien, że się polubicie.
Dziewczyna
skinęła wyłącznie głową, a po niecałych dziesięciu minutach również udała się
do sypialni, mieszczącej się do samym końcu korytarza na pierwszym piętrze. Trapiące
ją zmęczenie od momentu opuszczenia pokładu samolotu, dawało o sobie coraz
częściej znać. Położyła się na łóżku, a jej myśli wręcz galopowały. Pod żadnym
pozorem nie chciała zostać źle odebrana, gdyż zależało jej na tym, aby podczas
pierwszej wizyty wypaść jak najlepiej. Nie zamierzała zawieść Victorii.
Na samo
wspomnienie rodzicielki, sięgnęła po telefon komórkowy, leżący na jasnobrązowym
stoliku nocnym, obok zapalonej lampki. Na wyświetlaczu widniała godzina pięć po
dwudziestej pierwszej, co oznaczało, iż w Miami, wskazówki zegara wybiły
dopiero piętnastą. Z lekkim uśmiechem odnalazła w liście kontaktów numer, po
czym wykonała połączenie.
Podczas, gdy
Terrenzio Passante brał gorącą kąpiel w łazience na parterze, jego najstarsza
córka zamaszystym krokiem weszła do sypialni Clarissy. Nieduże pomieszczenie, utrzymane
w różowej barwie, oświetlone blaskiem wiszącej lampy, wydawało się przyjazne.
Na dużym łóżku z baldachimem, ze skrzyżowanymi nogami siedziała jej młodsza
siostra, a tuż za nią Concetta. Swobodnymi ruchami, rozczesywała długie włosy
dziewczynki.
– Dzwonił
Davide – obwieściła, choć wiedziała, że to całkiem zbędne. – Niedawno wrócił z Portomaggiore
i organizujemy spotkanie u Fabrizio – rzekła z ostrożnością, gdyż dopóki nie
uzyskała pełnoletności, zawarła z rodzicielami układ, iż o każdym nocnym
powrocie do domu ma obowiązek poinformować.
– Zgoda. – Zerknęła
na nią. – Ale zabierz ze sobą Vivienne.
– Nie będzie
się dobrze bawiła. – Zachmurzyła się, przysiadając na brzegu łóżka. – Mamy
sobie masę rzeczy do opowiedzenia…
– Zabierz ją.
Nie zostawisz jej przecież na lodzie pierwszego dnia. Ojciec jutro wyjeżdża, a
ja mam plany. – Uniosła ciemne tęczówki na córkę, która rzuciła jej gniewne
spojrzenie. – Nie patrz tak na mnie! To nie był mój pomysł z tymi wakacjami.
Pamiętaj, to tylko dwa tygodnie.
– Ja też mogę
iść? – spytała nagle Clarissa spoglądając na matkę.
– Na pewno
nie! – Zaprzeczyła mimochodem jej starsza siostra, po czym pośpiesznym krokiem
ruszyła w stronę wyjścia.
– Clarisso,
zostaniesz w domu – oświadczyła stanowczym głosem pani Passante, odkładając
szczotkę na szafkę nocną, po czym ruchem dłoni nakazała młodszej córce ułożyć
się do snu. – Pomożesz mi jutro.
– W czym? – Obserwowała
matkę, która zakrywała ją pościelą.
– Zobaczysz, kochanie. – Ucałowawszy czoło Clarissy, zgasiła lampkę.
– Zobaczysz, kochanie. – Ucałowawszy czoło Clarissy, zgasiła lampkę.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz