Rozdział 2


Siedząc wygodnie w fotelu, wcisnęła w uszy słuchawki. Pomimo miejsca zajmowanego tuż pod oknem i faktu, że nie była to jej pierwsza podróż samolotem, nie odważyła się w nie spoglądać. Kiedy była młodsza, kuzynka nastraszyła ją, iż urządzenie zbudowane z żelaza nie może ciągle lecieć i któregoś dnia musi tego zaprzestać. Choćby w trakcie pokonywania wyznaczonej trasy.
Wieczorne niebo Miami lśniło miliardem gwiazd, natomiast w głównych punktach metropolii neony klubów i barów rozświetlały drogę. Donośna muzyka wydobywała się z głośników pubów, w których najprawdopodobniej w obecnej chwili bawili się jej przyjaciele. Natomiast na lotnisku, szereg rozstawionych reflektorów, wyraziście oświetlał pas startowy, aby wyruszające maszyny osiągnęły dostateczną widoczność.
Dokładnie po wybiciu godziny dziesiątej wieczór, w kokpicie pierwszy pilot poinformował stewardessy o rozpoczęciu lotu. Silniki maszyny gwałtownie zwiększyły obroty, a samolot nabrał zadziwiającej prędkości. Niewiele myśląc wyjrzała przez malutkie okienko, jednak nie była w stanie dostrzec Victorii i Christophera, obserwujących potężną machinę, pędzącą strefą początkową.
A co jeżeli ojciec przyszedł?, pomyślała gorączkowo, odczuwając drażliwe podrygiwania płatowca. Ze wzdychnięciem, oparła swobodnie plecy o fotel, starając się zrobić dobre wrażenie. W każdym bądź razie, było już za późno na wycofanie się z zaplanowanych wakacji we Włoszech. Jedyne, czego teraz pragnęła, to aby samolot oderwał się od ziemi, zanim z impetem uderzy w ogrodzenie lotniska.
– Wystartowaliśmy. – Cicho westchnęła osoba siedząca tuż obok niej.
Posłała pełen gracji uśmiech, starszej kobiecie, dla której lot najwyraźniej musiał być traumatycznym przeżyciem. Wzbijając się w powietrze, nieco zawiedzionym wzrokiem obserwowała zmniejszające się sklepy, budynki mieszkalne, ale także wysokie, ogromne gmachy wszelkich firm.
Niespodziewanie ogarnęło ją dziwne uczucie, ponieważ wszystkie najmniejsze, znane zakamarki stawały się odległym, niedostępnym i co najgorsze obcym miejscem.
Po wielu godzinach lotu, podczas którego mogła obserwować wszystko, co znajdowała się pod nią, podróż dobiegła końca. Niebo miasta, usytuowanego na północno-zachodnim skraju państwa Włoch, splamione zostało poprzez drobne, białe obłoczki rozstawione w różnorakich odległościach. Promienie słoneczne usilnie próbowały przedostać się poprzez białawe chmury, rozświetlając drogę roztropnym spacerowiczom.
Aereoporto Intercontinentale Malpensa to jeden z dwóch największych portów lotniczych Włoch, położony kilka kilometrów od Mediolanu. Drobnej postury blondynka kroczyła powoli terminalem oznaczonym, jako 1B. Z uwagą rozglądając się, obserwowała twarze wszystkich mijanych osób oraz dokładnie czytała tabliczki powitalne, na których widniały nazwiska pasażerów lotu. Przez chwilę snuła domysły, w jaki sposób miałaby postąpić, gdyby nikogo z rodziny Passante, nie zastała na miejscu.
Zwarła mocniej dłoń na uchwycie rosłej torby, toczącej się bezszelestnie za nią. Zacisnęła boleśnie górny rządek równych, białych zębów na dolnej wardze, obserwując spod zmrużonych powiek mijanych ludzi. W pamięci przywołała zdjęcia pokazywane przez Victorię, tuż przed wyjazdem, w celu bezproblemowego rozpoznania Terrenzio.
– Vivienne? – Usłyszała nieznaną tonację głosu. – Vivienne!
Melodyjna barwa, wytwarzała wokół siebie pewnego rodzaju aurę. Przeniosła spojrzenie na machającego nieopodal mężczyznę, na oko czterdziestoletniego z oznakami siwizny po obu stronach głowy, trzymającego w dłoni białą karteczkę z napisem – Wainwright. Nieznaczne zmarszczki mimiczne na jego twarzy, wytworzyły się poprzez szeroki uśmiech. Rozpięta, czarna marynarka, spod której lśniła śnieżna koszula, okrywała szczupłą sylwetkę.
Podeszła niepewnie do niego, zaczesując blond loki za ucho.
– Dzień dobry. Uhm, to znaczy boungiorno – powiedziała cicho.
Terrenzio wyglądał na nieco zakłopotanego, co bez trudu potrafiła wywnioskować poprzez niesprecyzowane ruchy dłoni. W odpowiedzi, jedynie roześmiał się pod nosem, co wcale nie miało oznaczać kpiny.
– Miło mi cię poznać, Vivienne – rzekł w jej ojczystym języku.
Język angielski miał opanowany nieomalże perfekcyjnie. Jego matka, Emma, była Brytyjką, lecz większość życia spędziła we Włoszech. Ponadto w swojej pracy znajomość języka była konieczna, szczególnie, gdy za młodu często wyjeżdżał za granicę.
– Mnie pana również. – Vivie uśmiechnęła się delikatnie.
– Pomogę ci z bagażem – zaproponował natychmiast Terrenzio.
– Dam sobie radę, dziękuję – odpowiedziała niemal od razu, po czym szczerze pożałowała decyzji o zabraniu ze sobą kolosalnej walizki.
Vivienne poprawiła sportową torbę przewieszoną na ramieniu, przechwyciła uchwyt drugiego bagażu, taszcząc je w kierunku frontowych drzwi. Wskazówki zegara, usytuowanego z centralnej części gmachu, informowały, iż było kilka minut po godzinie siedemnastej. Pomimo tego na zewnątrz słońce nadal górowało na północnej części nieba, ogrzewając miasto ciepłymi promieniami.
Podczas jazdy ulicami Mediolanu, Vivienne, z zainteresowaniem na twarzy obserwowała wszelkie wymijane budynki. Konstrukcja większości z nich wskazywała na zabytkowe, bądź bardzo stare budowle. Nawet najpiękniejsze fotografie, w porównaniu z ujrzeniem czegokolwiek na własne oczy, jawnie okazywały się przetworzeniem rzeczywistości, nadając zupełnie inny walor, a kolorami rozpraszając widza i odwracając uwagę od treści.
Po niespełna pół godziny czarny Chrysler, w typowo amerykańskim wydaniu, wjechał na ulicę Via Sesto Calende. Zatrzymał się pod piętrowym, dużym domem ogrodzonym metalowym, czarnym płotem, gdzie na jednym ze słupków przymocowana była duża cyfra osiem. Jasnooliwkowy budynek, otoczony z prawej strony zielonymi krzewami, wyglądał nowocześnie i schludnie. Drewniane, podwójne drzwi wejściowe były zamknięte, natomiast przez balkon znajdujący się tuż nad nimi wpadały promienie słoneczne, ogrzewając pokój. Vivie zauważyła, iż po drugiej stronie ulicy nie znajdowały się żadne domy, ale niewielka, czysta, zielona przestrzeń, a obok średniego rozmiaru budynek wyglądający na szkołę, lub bibliotekę, za którymi dopiero rozpoczynała się kolejna ulica, Via Lovere.
Terrenzio wrzucił odpowiedni migacz, a następnie wtoczył masywny pojazd, zjeżdżając do garażu znajdującego się pod budowlą.
– Wszystko w porządku, Vivienne? – zapytał chwilę później Terrenzio, kiedy zatrzasnął bagażnik czterokołowca, przerzucając przez ramię bagaż.
– Oczywiście. – Lekko nieprzytomnym wzrokiem zerknęła na mężczyznę. – Jestem zmęczona lotem – powiedziała, siląc się na sztuczny uśmiech.
– To normalne po trzynastu godzinach podróży i różnicy sześciu godzin między strefami – rzekł, a delikatnym ruchem ręki zachęcił dziewczynę do pójścia za nim w kierunku ciemnych drzwi, prowadzących na parter domu.
Niepewnym krokiem pokonała ostatni stopień, wchodząc do wąskiego, średniej długości korytarza, jaki prowadził do przestronnego salonu, połączonego po prawej stronie z jadalnią. Drewniane, zabiegowe schody biegnące na pierwsze piętro, znajdowały się tuż obok jasnych drzwi, które blondynka zamknęła za sobą.
Szybko otaksowała wzrokiem wnętrze parteru. Nie musiała długo zastanawiać się, aby stwierdzić, iż zdecydowanie różniło się rezydencji w Miami. Komody z litego drewna ustawione w salonie równo pod ścianą, współgrały z ciemną sofą ustawianą naprzeciw. Główną atrakcją pomieszczenia był fortepian umieszczony pod szerokim oknem, za którym rozpościerał się widok na oświetlony, duży ogród. Z zawieszonego na ścianie plazmowego telewizora dochodziły dźwięki, a po zerknięciu w ów stronę, ujrzała animowane postacie.
– To my. Już jesteśmy – oświadczył głośno Terry, zdejmując buty.
Z pomieszczenia naprzeciw schodów wyłoniła się kobieta w średnim wieku o miłej aparycji. Jej krótkie, kruczoczarne włosy okalały blade policzki, a brązowe tęczówki zalśniły w rozświetlonym przedpokoju. Wokół tali obwiązana była fartuszkiem, a w dłoniach trzymała kraciasty ręcznik.
– Conci, poznaj Vivienne. Vivie, to jest Concetta, moja żona.
– Dzień dobry – powiedziała blondynka z czystej grzeczności.
– Witaj, Vivienne – odparła Conci także w języku angielskim, obrzucając Amerykankę badawczy spojrzeniem. – Napijesz się czegoś? Jesteś głodna?
Wainwright pokręciła głową, zawieszając na haczyku skórzaną kurtkę.
– Proszę, rozgość się. – Terrenzio posłał nastolatce uśmiech, zsuwając z ramion marynarkę. – Gdzie są dziewczynki? – Zwrócił się do żony.
– Marisa niedawno wyszła, a Clarissa w salonie ogląda kreskówki.
Zrzucając ze stóp baleriny, odniosła dziwne wrażenie, że pomimo ciepłego przyjęcia przez Conci, wyczuła w jej zachowaniu złowrogie nastawienie.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz