Siedząc
wygodnie w fotelu, wcisnęła w uszy słuchawki. Pomimo miejsca zajmowanego tuż
pod oknem i faktu, że nie była to jej pierwsza podróż samolotem, nie odważyła
się w nie spoglądać. Kiedy była młodsza, kuzynka nastraszyła ją, iż urządzenie
zbudowane z żelaza nie może ciągle lecieć i któregoś dnia musi tego zaprzestać.
Choćby w trakcie pokonywania wyznaczonej trasy.
Wieczorne
niebo Miami lśniło miliardem gwiazd, natomiast w głównych punktach metropolii
neony klubów i barów rozświetlały drogę. Donośna muzyka wydobywała się z
głośników pubów, w których najprawdopodobniej w obecnej chwili bawili się jej
przyjaciele. Natomiast na lotnisku, szereg rozstawionych reflektorów,
wyraziście oświetlał pas startowy, aby wyruszające maszyny osiągnęły
dostateczną widoczność.
Dokładnie po
wybiciu godziny dziesiątej wieczór, w kokpicie pierwszy pilot poinformował
stewardessy o rozpoczęciu lotu. Silniki maszyny gwałtownie zwiększyły obroty, a
samolot nabrał zadziwiającej prędkości. Niewiele myśląc wyjrzała przez malutkie
okienko, jednak nie była w stanie dostrzec Victorii i Christophera, obserwujących
potężną machinę, pędzącą strefą początkową.
A co jeżeli ojciec przyszedł?, pomyślała
gorączkowo, odczuwając drażliwe podrygiwania płatowca. Ze wzdychnięciem, oparła
swobodnie plecy o fotel, starając się zrobić dobre wrażenie. W każdym bądź
razie, było już za późno na wycofanie się z zaplanowanych wakacji we Włoszech.
Jedyne, czego teraz pragnęła, to aby samolot oderwał się od ziemi, zanim z
impetem uderzy w ogrodzenie lotniska.
– Wystartowaliśmy.
– Cicho westchnęła osoba siedząca tuż obok niej.
Posłała pełen
gracji uśmiech, starszej kobiecie, dla której lot najwyraźniej musiał być
traumatycznym przeżyciem. Wzbijając się w powietrze, nieco zawiedzionym
wzrokiem obserwowała zmniejszające się sklepy, budynki mieszkalne, ale także wysokie,
ogromne gmachy wszelkich firm.
Niespodziewanie
ogarnęło ją dziwne uczucie, ponieważ wszystkie najmniejsze, znane zakamarki
stawały się odległym, niedostępnym i co najgorsze obcym miejscem.
Po wielu godzinach lotu, podczas którego mogła obserwować wszystko, co znajdowała się pod nią, podróż dobiegła końca. Niebo miasta, usytuowanego na północno-zachodnim skraju państwa
Włoch, splamione zostało poprzez drobne, białe obłoczki rozstawione w
różnorakich odległościach. Promienie słoneczne usilnie próbowały przedostać się
poprzez białawe chmury, rozświetlając drogę roztropnym spacerowiczom.
Aereoporto
Intercontinentale Malpensa to jeden z dwóch największych portów lotniczych
Włoch, położony kilka kilometrów od Mediolanu. Drobnej postury blondynka
kroczyła powoli terminalem oznaczonym, jako 1B. Z uwagą rozglądając się, obserwowała
twarze wszystkich mijanych osób oraz dokładnie czytała tabliczki powitalne, na
których widniały nazwiska pasażerów lotu. Przez chwilę snuła domysły, w jaki
sposób miałaby postąpić, gdyby nikogo z rodziny Passante, nie zastała na
miejscu.
Zwarła mocniej
dłoń na uchwycie rosłej torby, toczącej się bezszelestnie za nią. Zacisnęła
boleśnie górny rządek równych, białych zębów na dolnej wardze, obserwując spod
zmrużonych powiek mijanych ludzi. W pamięci przywołała zdjęcia pokazywane przez
Victorię, tuż przed wyjazdem, w celu bezproblemowego rozpoznania Terrenzio.
– Vivienne? –
Usłyszała nieznaną tonację głosu. – Vivienne!
Melodyjna
barwa, wytwarzała wokół siebie pewnego rodzaju aurę. Przeniosła spojrzenie na machającego
nieopodal mężczyznę, na oko czterdziestoletniego z oznakami siwizny po obu
stronach głowy, trzymającego w dłoni białą karteczkę z napisem – Wainwright.
Nieznaczne zmarszczki mimiczne na jego twarzy, wytworzyły się poprzez szeroki uśmiech.
Rozpięta, czarna marynarka, spod której lśniła śnieżna koszula, okrywała
szczupłą sylwetkę.
Podeszła
niepewnie do niego, zaczesując blond loki za ucho.
– Dzień dobry.
Uhm, to znaczy boungiorno –
powiedziała cicho.
Terrenzio
wyglądał na nieco zakłopotanego, co bez trudu potrafiła wywnioskować poprzez
niesprecyzowane ruchy dłoni. W odpowiedzi, jedynie roześmiał się pod nosem, co
wcale nie miało oznaczać kpiny.
– Miło mi cię
poznać, Vivienne – rzekł w jej ojczystym języku.
Język
angielski miał opanowany nieomalże perfekcyjnie. Jego matka, Emma, była
Brytyjką, lecz większość życia spędziła we Włoszech. Ponadto w swojej pracy
znajomość języka była konieczna, szczególnie, gdy za młodu często wyjeżdżał za
granicę.
– Mnie pana również.
– Vivie uśmiechnęła się delikatnie.
– Pomogę ci z
bagażem – zaproponował natychmiast Terrenzio.
– Dam sobie
radę, dziękuję – odpowiedziała niemal od razu, po czym szczerze pożałowała
decyzji o zabraniu ze sobą kolosalnej walizki.
Vivienne
poprawiła sportową torbę przewieszoną na ramieniu, przechwyciła uchwyt drugiego
bagażu, taszcząc je w kierunku frontowych drzwi. Wskazówki zegara, usytuowanego
z centralnej części gmachu, informowały, iż było kilka minut po godzinie
siedemnastej. Pomimo tego na zewnątrz słońce nadal górowało na północnej części
nieba, ogrzewając miasto ciepłymi promieniami.
Podczas jazdy
ulicami Mediolanu, Vivienne, z zainteresowaniem na twarzy obserwowała wszelkie
wymijane budynki. Konstrukcja większości z nich wskazywała na zabytkowe, bądź
bardzo stare budowle. Nawet najpiękniejsze fotografie, w porównaniu z ujrzeniem
czegokolwiek na własne oczy, jawnie okazywały się przetworzeniem rzeczywistości,
nadając zupełnie inny walor, a kolorami rozpraszając widza i odwracając uwagę
od treści.
Po niespełna
pół godziny czarny Chrysler, w typowo amerykańskim wydaniu, wjechał na ulicę Via
Sesto Calende. Zatrzymał się pod piętrowym, dużym domem ogrodzonym metalowym,
czarnym płotem, gdzie na jednym ze słupków przymocowana była duża cyfra osiem.
Jasnooliwkowy budynek, otoczony z prawej strony zielonymi krzewami, wyglądał
nowocześnie i schludnie. Drewniane, podwójne drzwi wejściowe były zamknięte,
natomiast przez balkon znajdujący się tuż nad nimi wpadały promienie słoneczne,
ogrzewając pokój. Vivie zauważyła, iż po drugiej stronie ulicy nie znajdowały
się żadne domy, ale niewielka, czysta, zielona przestrzeń, a obok średniego rozmiaru
budynek wyglądający na szkołę, lub bibliotekę, za którymi dopiero rozpoczynała
się kolejna ulica, Via Lovere.
Terrenzio wrzucił
odpowiedni migacz, a następnie wtoczył masywny pojazd, zjeżdżając do garażu
znajdującego się pod budowlą.
– Wszystko w
porządku, Vivienne? – zapytał chwilę później Terrenzio, kiedy zatrzasnął
bagażnik czterokołowca, przerzucając przez ramię bagaż.
– Oczywiście.
– Lekko nieprzytomnym wzrokiem zerknęła na mężczyznę. – Jestem zmęczona lotem –
powiedziała, siląc się na sztuczny uśmiech.
– To normalne
po trzynastu godzinach podróży i różnicy sześciu godzin między strefami –
rzekł, a delikatnym ruchem ręki zachęcił dziewczynę do pójścia za nim w
kierunku ciemnych drzwi, prowadzących na parter domu.
Niepewnym
krokiem pokonała ostatni stopień, wchodząc do wąskiego, średniej długości
korytarza, jaki prowadził do przestronnego salonu, połączonego po prawej
stronie z jadalnią. Drewniane, zabiegowe schody biegnące na pierwsze piętro,
znajdowały się tuż obok jasnych drzwi, które blondynka zamknęła za sobą.
Szybko otaksowała
wzrokiem wnętrze parteru. Nie musiała długo zastanawiać się, aby stwierdzić, iż
zdecydowanie różniło się rezydencji w Miami. Komody z litego drewna ustawione w
salonie równo pod ścianą, współgrały z ciemną sofą ustawianą naprzeciw. Główną
atrakcją pomieszczenia był fortepian umieszczony pod szerokim oknem, za którym
rozpościerał się widok na oświetlony, duży ogród. Z zawieszonego na ścianie plazmowego
telewizora dochodziły dźwięki, a po zerknięciu w ów stronę, ujrzała animowane
postacie.
– To my. Już
jesteśmy – oświadczył głośno Terry, zdejmując buty.
Z
pomieszczenia naprzeciw schodów wyłoniła się kobieta w średnim wieku o miłej aparycji.
Jej krótkie, kruczoczarne włosy okalały blade policzki, a brązowe tęczówki
zalśniły w rozświetlonym przedpokoju. Wokół tali obwiązana była fartuszkiem, a
w dłoniach trzymała kraciasty ręcznik.
– Conci,
poznaj Vivienne. Vivie, to jest Concetta, moja żona.
– Dzień dobry
– powiedziała blondynka z czystej grzeczności.
– Witaj,
Vivienne – odparła Conci także w języku angielskim, obrzucając Amerykankę
badawczy spojrzeniem. – Napijesz się czegoś? Jesteś głodna?
Wainwright
pokręciła głową, zawieszając na haczyku skórzaną kurtkę.
– Proszę,
rozgość się. – Terrenzio posłał nastolatce uśmiech, zsuwając z ramion
marynarkę. – Gdzie są dziewczynki? – Zwrócił się do żony.
– Marisa niedawno
wyszła, a Clarissa w salonie ogląda kreskówki.
Zrzucając ze
stóp baleriny, odniosła dziwne wrażenie, że pomimo ciepłego przyjęcia przez Conci,
wyczuła w jej zachowaniu złowrogie nastawienie.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz