Marisa wchodząc spokojnie po schodach, czuła, że jakaś cząstka
niej samej znajduje się w siódmym niebie. W dalszym ciągu nie mogła uwierzyć w
to, co w gruncie rzeczy wydarzyło się przecież całkiem niedawno. Uniosła powoli
dłoń, aby opuszkami palców musnąć pełne usta, jakie jeszcze kilkanaście minut
temu, złączone były w czułym pocałunku z wargami Fabrizio. Jakkolwiek by to
zabrzmiało była pewna, że osiągnęła cel, który sobie wyznaczyła. Nie ulegało wątpliwości,
że po raz pierwszy obdarzyła mężczyznę tak niewyobrażalnie silnym uczuciem. Kto
by przypuszczał, że cyniczna Marisa Passante zdoła rozniecić taką namiętność w
oczach starszego Falcone’a? Naprawdę zdarzył się cud.
Przekraczając próg
domu, mimowolnie znieruchomiała i najciszej, jak potrafiła zamknęła za sobą
drzwi, rozpoznając gniewnie podniesiony głos swojego ojca. Zmrużyła powieki, a
przegryzając niepewnie dolną wargę próbowała opanować nagły niepokój, który w
niej zawitał. Przez ostatnich kilka minut zupełnie nie myślała o tym, co czeka
na nią w domu. Czy Terrenzio będzie zły? Czy Concetta nadal dąsa się na męża? A
przede wszystkim: czy Vivienne wróciła? Wszakże złożyła obietnice ojcu, że
wszystkim się zajmie podczas ich nieobecności, a w gruncie rzeczy jej nieznośny
charakter doprowadził do ciężkiej sytuacji. Wypuszczając ze świstem powietrze
ruszyła, zrzuciła ze stóp baletki i ruszyła w kierunku salonu.
Kiedy stanęła
w łuku pomieszczenia rozmowy niespodziewanie ucichły, przez co zdziwienie oraz
ciekawość wzięły górę. Dostrzegając rodziców rzuciła grzeczne, ale powściągliwe
„dzień dobry”, aczkolwiek nie uraczyła spojrzeniem ani ojca, który stojąc obok
drzwi balkonowych otworzył usta z oszołomionym wyrazem twarzy, ani na mamę,
która siedziała na sofie i skręcała w rękach kawałek papierowej chusteczki, ani
na Clarissę, która kombinowała coś, szperając w komodzie.
– Dzień dobry,
kochanie – powiedziała Concetta opiekuńczym tonem.
– Cześć –
odpowiedziała brunetka, siadając na wprost niej na jednym z dwóch obitych skórą
foteli. – Kiedy wróciliście? – Sięgnęła po filiżankę, po czym zalała ją świeżo zaparzoną
kawą z dzbanka.
– Niedawno –
powiedział Terry, obserwując lekceważącą go córkę. Głośno westchnął, a
następnie dodał: – Musimy porozmawiać, Mariso.
– Nie musisz
już sobie zadawać trudu – rzekła. – Już wszystko wiem.
– Nie sądzę –
odpowiedział, mrużąc nerwowo powieki. Marisa cicho prychnęła, a unosząc brwi
lekko w górę, przeniosła obojętne spojrzenie na wyraźnie zakłopotanego
mężczyznę. – Dowiedziałaś się tego w specyficzny warunkach.
– Nie wiem,
czy istnieją dobre warunki, żeby dowiedzieć się o czymś takim. – Zauważyła
spokojnie, czując się zbyt wyczerpana, aby podnieść głos.
– Posłuchaj,
Mariso – zaczął Terrenzio krzyżując taktownie przedramiona na torsie, okrytym
jasnobłękitną koszulą. – Mimo wszystko chciałbym z tobą chwilę porozmawiać –
ponownie podjął próby przekonania córki.
– Może później
– odparła apatycznie, unosząc filiżankę na wysokość ust.
Nastała głucha
cisza w trakcie, której Clarissa z maślanym ciastkiem w dłoni usiadła, obok
Concetty. Kobieta pozostając w milczeniu, swobodnie objęła dziewięciolatkę
ramieniem i wówczas Marisie wydała się ona nader spokojna.
– Kiedy
wróciliście? – zapytała ponownie, zwracając się do matki.
– Około czterech
godzin temu – odparła, przeczesując palcami włosy Clarissy. – Nie chcieliśmy do
ciebie wydzwaniać, bo Luisa powiedziała mi, że wyszłaś z Fabrizio. Zresztą
czekaliśmy tu za Vivienne – powiedziała, zerkając w stronę męża. – Uhm. Tata
nawet próbował skontaktować się z jej rodziną, ale są niedostępni. Nie możemy
ich złapać i tu zaczyna się kolejny problem.
– W tym
wypadku to wkurzające. – Terry błyskawicznie podchwycił temat. – Wyobraź sobie,
że mogłoby się jej coś stać i co wtedy? – dodał patrząc znacząco na Marisę,
która w dalszym ciągu celowo go lekceważyła. – Długo zamierzasz się na mnie
boczyć? – spytał po chwili przewlekłej ciszy, wykonując parę kroków w kierunku
córki. – Nie chcesz, żebyśmy to teraz wyjaśnili?
– Zostawię was
– wtrąciła Concetta z zamiarem pójścia do sypialni.
– Nie ma już
nic do wyjaśnienia, wiesz dobrze – powiedziała pospiesznie Marisa do ojca, a
energicznie wstając popatrzyła na mamę, która zastygła w miejscu. – Czy… Czy
macie zamiar się rozwieść? – Cicho zadała ostateczne pytanie, które od
dłuższego czasu bezustannie krążyło jej po głowie.
Concetta
znieruchomiała, wyglądając wyraźnie na zbitą z tropu.
– Skąd to
przepuszczenie? – odparła zniżając głos.
– Znikąd. – Dziewczyna
wzruszyła ramionami i opadła na fotel.
– Kochanie, to
jest dla nas wszystkich niesłychanie ciężkie – powiedziała Concetta, a nie
czekając na jakąkolwiek odpowiedź ze strony Risy, dorzuciła: – Vivienne
niedawno wróciła, ale nie chciała nawet z nami porozmawiać i zamknęła się w
pokoju – Uniosła znacząco brwi. – Nie chcemy na nią naciskać, ale może ty,
chociaż spróbujesz do niej jakoś dotrzeć?
– Wydaje mi
się, że to nie najlepszy pomysł – bąknęła. – Pójdę już do siebie.
– Mariso. – Odezwał
się Terrenzio, wykonując parę kroków do przodu. – Właśnie… Chciałbym cię
jeszcze o coś poprosić – stwierdził niepewnie.
– Co znowu? –
warknęła, obserwując jak staje naprzeciw niej.
– Chciałbym,
żeby ci się jakoś udało ją wypytać… W sprawie, eee… – Mówił ściszonym głosem,
równocześnie nerwowo unosząc łokieć mniej więcej na wysokość czoła i podrapał
się po karku. – Rozumiesz, ona i Davide… Czy oni… Nie ufam mu i chciałbym
wiedzieć czy… – kontynuował widząc pytające oraz zdezorientowane spojrzenie
córki. – Czy oni… Rozumiesz, o co mi chodzi, prawda? – Spojrzał nań błagalnie.
– Czy oni… No…?
– Spali ze
sobą, tak? – Podniosła głos, gdyż bełkot ojca zaczynał wyprowadzać ją z
równowagi. Z drugiej strony, co takiego miała mu odpowiedzieć? Że nie
dopilnował własnej córki i w
przeciągu najbliższych dziewięciu miesięcy może zostać dziadkiem? Pokręciła głową, postanawiając grać na zwłokę: –
Niedoczekanie twoje! Ty to zrób, w końcu jesteś jej ojcem, prawda?!
Zlustrowała oniemiałym
wzrokiem napiętą twarz Terrenzio, jakiej wyraz był nijaki i nie wyrażał żadnych
głębszych uczuć. Jego pusty wzrok badał jej buzie, jakby próbował szukać pomocy
czy choćby odrobiny wsparcia, którego ostatnimi czasy zapewne nie zaznał ze
strony rodziny. Natomiast sama Marisa nie rozumiała, dlaczego cała ta sytuacja
doprowadzała wyłącznie do kłótni – owszem był to trudny okres dla wszystkich,
ale czy zamiast wbijać sobie nawzajem nóż w plecy nie powinni przejść przez to
razem? Jak rodzina?
Gdy zamierzała
już coś powiedzieć w progu pomieszczenia pojawiała się sylwetka Vivie. Brunetka
zwróciła niepewny wzrok ku dziewczynie, której oczy były wyraźnie podkrążone,
co samo w sobie wyglądało bardzo drastycznie, ale Amerykanka skrzętnie
twierdziła, iż czuła się bardzo dobrze i niczego nie potrzebowała. Marisa
delikatnie zmrużyła powieki i wtem odetchnęła z ulgą, bowiem sądząc po wyrazie
miny, jasnowłosa z pewnością nie usłyszała ani słowa z wymiany zdań, jaką przed
chwilą odbyła z ojcem.
Viv chciała
tylko spróbować ponownie zadzwonić do siebie do Miami i ku olbrzymiemu
zaskoczeniu Marisy, powiedziała to wszystko do Terrenzio patrząc mu prosto w
oczy. W skupieniu obserwowała ich i pomyślała, że oboje wyglądają na tak samo
napiętych oraz upartych, co nie ulegało wątpliwości, iż w żyłach tej młodej
dziewczyny płynął włoski temperament. Zatem pozostawało pytanie: które z nich
zrobi pierwszy krok?
Wnet
Terrenzio, ani trochę niezniechęcony postawą Wainwright odpowiedział, że to
żaden kłopot i posadził ją przy telefonie, dopytując się tylko, czy wie, która
godzina może być aktualnie na Florydzie. Gdy lazurowe spojrzenie dziewczyny powędrowało
ponownie na jego buzię, posłała mu lekceważący uśmiech, odpowiadając swoim
lekkim i melodyjnym głosem:
– Nie rozumiem.
– Po czym bez ogłady odwróciła się do niego plecami.
Z pewnością
irytacja Concetty, siedzącej w dalszym ciągu na sofie obok Clarissy, zaczynała
przybierać na sile i choć nie chciała tego ukazywać, jej najstarsza córka
potrafiła dostrzec, gdy rodzicielką targały pełne złej woli emocje. Gdy
opuściła salon, rzucając Risie posępne spojrzenie, nastolatka westchnęła
głęboko, po czym również pomału wycofała się z pokoju, zmierzając w stronę kuchni.
Nalewając do filiżanki kolejną porcję kawy, usłyszała za sobą beztroski stukot
w panele.
– Mariso, co
ja mogę zrobić? – Usłyszała ściszony oraz zrezygnowany głos ojca, który
zupełnie zignorował ciche pukanie do drzwi mieszkania.
– Nie mam
pojęcia – odpowiedziała chełpliwie, przenosząc przygaszone spojrzenie z maszerującej
w stronę drzwi frontowych Clarissy, na ojca.
– Zrozum,
chciałbym mimo wszystko, żebyśmy nie rozstawali się w złości.
– A kto się
złości? – spytała uwłaczająco, upijając łyk herbaty.
– Kto się
złości – prychnął Terrenzio, sarkastycznie naśladując dziewczynę. – Ty! Ona!
Wszyscy! – wykrzyknął, gotów zdenerwować się na nowo. – Wszyscy od początku
wakacji żyjemy w nerwach, wiesz o tym dobrze!
Zapadła cisza,
a jej ciemnobrunatne oczy kolejny raz świdrowały uważnie spiętą twarz ojca. Musiała
przyznać mu rację, ponieważ minione, nadzwyczaj natężone miesiące zwyczajnie
przyniosły ze sobą najprawdziwszą wojnę, z którą przyszło zderzyć się całej
rodzinie. W jednym całkiem nieoczekiwanym momencie wszystko legło w gruzach,
pozostawiając za sobą uczucie pustki, które nie działało mobilizująco. W takim
razie czy kiedykolwiek całkowity spokój i harmonia zostanie przywrócona?
– Przepraszam
– szepnęła, ze skruchą. – Wiem, że ostatnio najprzyjemniejsza nie jestem, ale
to wszystko, dlatego, że staram się być silna.
Ostatnimi
czasy powrót do domu siał rutyną. Zresztą Terry doskonale wiedział, iż wszyscy
szeptali za jego plecami, aby nie sprawić mu przykrości. Za błędy przeszłości
przyszło mu płacić srogą karę. W ubiegłym roku, gdy wyjechał na wystawę europejskich
architektów do Nowego Jorku, nawet w najśmielszych snach nie oczekiwał
spotkania Victorii Reeves – obecnie Wainwright. Będąc młodym popełnił kilka pomyłek,
jednakże wówczas nie sądził, iż niezobowiązująca, razem spędzona noc,
przyniesie tak wielkie skutki.
– Tatusiu! –
krzyknęła Clarissa, pośpiesznie wbiegając do kuchni. – Jakiś wielkolud
przyszedł! Chodźcie zobaczyć! – Mówiła przejętym tonem.
– Co? – spytał
Terry, przenosząc wzrok na dziewczynkę, która wsunęła drobną dłoń w jego rękę i
pociągnęła w kierunku korytarza.
Za drzwiami
stał wysoki, mający mniej więcej sto dziewięćdziesiąt centymetrów wzrostu mężczyzna.
Wyglądał na czterdzieści parę lat, jego mocne ramiona współgrały z owalną
twarzą, czarnymi włosami, ciemnymi, lojalnymi oczami oraz łukowatymi ustami i
pełnymi wargami. Ze względu na swoją mocno opaloną twarz, hebanowy włos,
wyraziste rysy twarzy oraz ciemnym strój, mógł przypominać trochę sycylijskiego
chłopa.
– Hello
– powiedział nieznajomy, zadziwiająco niskim głosem. Obejmowany silnie jednym
ramieniem jasnowłosy chłopczyk, zatopił swe bystre, błękitne oczęta we Włochu.
– My name’s Matt. Where
is Vivienne, please?
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz