Rozdział 20


Wskazówki zegara wskazywały kilka minut po godzinie dwudziestej trzeciej, podczas gdy młoda brunetka siedziała nad szklanką wody, bezcelowo wpatrując się w bliżej nieokreślony punkt. Marisa nie miała bladego pojęcia, co zrobić – czy natychmiastowo wstać, zapukać do drzwi pokoju Vivienne i powiedzieć coś w rodzaju: „przepraszam najmocniej, nie chciałam tego tak powiedzieć”, czy może jednak nic nie robić, zaczekać do powrotu rodziców z Genui, aby sami zajęli się wyjaśnieniem całego problemu.
Upijając łyk wody mineralnej, uświadomiła sobie, że jednego mogła być nieomalże pewna: po nieustającym napięciu w ciągu ostatnich dwóch tygodni, a nawet w przeciągu minionego półrocza, znała odpowiedź na swoje pytania i odzyskała coś w rodzaju spokoju ducha. Z drugiej strony nie miała żadnej pewności, że poznanie dojmującej prawdy wyjaśni wszelkie zaistniałe konflikty. A przede wszystkim, czy Concetta i Terrenzio ponownie staną się wzorcowym małżeństwem oraz autorytetem w oczach własnych dzieci.
Niestety nie było to takie pewne i jedyne, czym mogła się pocieszyć to fakt, że ona i Wainwright były teraz na równi wobec wstrząsającego odkrycia tego lata. Było to trochę jak mocowanie się na rękę, ponieważ nikt nie umiał jeszcze powiedzieć, która z nich zwycięży. Z dwojaką impresją wytchnienia powstała, kierując powoli swoje kroki w stronę okna, równocześnie przypominając sobie, co takiego poczuła, gdy zdumiona, Vivienne, udała się do pokoju, przykładając dłoń do skroni. W końcu jej cierpienie trwało zdecydowanie dłużej.
Wyglądając przez okno na tonący w ciemności ogród, szczerze przyznała, że z pewnością Amerykanka przeżyła szok, dowiadując się w ten sposób o biologicznym ojcu, który pojawił się nie wiadomo skąd. Jednakże ona również doznała niemałego wstrząsu, w dodatku poprzedzonego okresem niepewności. Niebieskooka przynajmniej w pełni skorzystała z ponad połowy swojego pobytu w Mediolanie, podczas gdy Risa uważała swoje wakacje za stracone od początku do końca.
– Wiesz, w jakim ona jest stanie? – Usłyszała znany, ściszony głos.
Zmrużyła oczy i przeniosła niewzruszone spojrzenie na Fabrizio, który spokojnie wkroczył do rozświetlonego jasnym światłem salonu. Wywracając teatralnie oczyma, wszelkimi siłami powstrzymywała się od wykrzyczenia mu w twarz słów: „A ja?! Wiesz, w jakim ja jestem stanie?”. Poczuła niewyobrażalny żal, ponieważ od przyjazdu tej dziewczyny do Włoch, wszyscy niespodziewanie przestali liczyć się z jej uczuciami.
– Och – mruknęła wyłącznie, siadając z powrotem na sofie.
– Na wypadek gdybyś jeszcze tego nie zauważyła: potrafisz być okropna, jak się zaweźmiesz – stwierdził opanowanym tonem, przysiadając obok niej. – Nie rozumiem w ogóle, czemu opowiedziałaś jej o tym.
– Dlaczego sama miałam przeżuwać tę informację? Ona sobie ze mnie ciągle kpiła, jeśli chcesz wiedzieć – odpowiedziała, zerkając odważnie mu w oczy. – Nie ma powodu, żeby moje wakacje były popsute, a jej nie.
– Ale mogłaś poczekać, aż wrócą twoi rodzice. Prawda?
– Słuchaj, powiedziałam coś głupiego. Przepraszam, bo obiecałam poczekać – rzekła spokojniej. – Naprawdę się o to złościsz? Fabrizio, znasz mnie. Często ponoszą mnie emocje, mówię bez zastanowienia, a potem muszę przepraszać. Ale tym razem nie mogę niczego cofnąć, po prostu stało się. – Złączyła nerwowo palce, a łokcie oparła na kolanach. – Nie rozumiem, co się dzieje. To wszystko zaczyna mnie przerastać… – mruknęła.
– Nie jestem zły. – Zgryzając dolną wargę, zerknął na nią niepewnie. – Wiem jedno, Viv nie czuje się zbyt dobrze i sądzę, że potrzebuje teraz pobyć sama – powiedział obejmując Marisę ramieniem, a po chwili niezręcznej ciszy, dodał: – Wiesz, próbowała skontaktować się ze swoją rodziną w Ameryce. Z tego, co zrozumiałem, nie było ich w domu i dowiedziała się, że spędzają cudownie czas w Georgii – oznajmił z przekąsem, marszcząc czoło. – Przepuszczam, że ta wiadomość wyprowadziła ją absolutnie z równowagi.
– Ale dlaczego? – zapytała. – Chce wracać do siebie? Na Florydę?
– Nic mi konkretnego nie powiedziała. – Uniósł wysoko brwi, przyglądając się badawczo przyjaciółce. Cicho westchnął, po czym dodał niepewnym tonem: – To nie wszystko. Liczyła coś w kalendarzu i… Obawia się, że wpadła.
– Przepraszam, że co? O jakiej wpadce mowa?

Nazajutrz niebo ukazało się bladoszare bez śladu złotego światła. Dochodziła godzina ósma trzydzieści nad ranem, gdy Wainwright wyglądając uważnie przez okno, ujrzała kłębowisko popychanych wiatrem chmur, gromadzących się nad drzewami. Pomimo bardzo wczesnej godziny oraz praktycznie nie przespanej nocy, czuła się całkiem przytomna. Westchnąwszy cicho z powrotem usiadła na leżance, przez której oparcie przewieszony został amarantowy podkoszulek.
Ogarnęło ją dziwne uczucie, które śmiało mogła przyrównać do strachu lub przerażenia. Przetarłszy twarz spojrzała uważnie na olbrzymich rozmiarów walizkę leżącą na środku pokoju oraz zarzuconą na łóżko sportową torbę. Jedyne, o czym aktualnie marzyła to wyrwać się jak najszybciej z Mediolanu, ponieważ tegorocznych wakacji nie mogła zakwalifikować do udanych. Wtem uniosła wysoko brwi, stwierdzając, że nawet po powrocie do ojczyzny, zapewne nie będzie jej łatwo wybaczyć rodzicom skrywanej tajemnicy, a co dopiero zapomnieć fakt, iż przez osiemnaście lat była okłamywana.
Nader wszystko od poprzedniego wieczoru, kiedy to odbyła niecodzienną, krótką i antypatyczną rozmowę z Victorią, nie kontaktowała się z nikim innym. Potrzebowała absolutnego spokoju, dlatego iPhone, całkowicie wyciszony, ulokowany został pod jedną z puchowych poduszek. Jednakże teraz, zgryzając delikatnie dolną wargę i cicho wzdychając, sięgnęła po ukryty aparat.
Viv, to znowu ja. – Usłyszała męski, doskonale znany akcent, gdy tylko połączyła się z pocztą głosową. – Ja tylko… Chcę porozmawiać z tobą. Oddzwonisz? Proszę. – Cicho prychnęła, oczekując kolejnej nagranej wiadomości. – Hej Vivie tu Penny. Pod którym kamieniem się chowasz? Nie mam z tobą kontaktu. Jeżeli jesteś zła za to, co powiedziałam w poniedziałek to naprawdę przepraszam. Oddzwoń. – Zacisnęła usta w wąską linię, żałując, iż w takiej sytuacji, zabrakło właśnie wsparcia Chambers. Przeczesując wolną dłonią proste, blond włosy, zaczęła wsłuchiwać się w drżący głos, Victorii: – Vivienne? Skarbie? Dlaczego nie mogę się z tobą skontaktować? Musimy sobie wszystko wyjaśnić. Nie chciałam, aby tak wyszło. Wybacz mi! – Twarz blondynki wyraźnie zbladła. – Viv. Tu Davide…
Niewiele myśląc pośpiesznie wstała, a uważając na porozstawiany bagaż, skierowała kroki w stronę wyjścia z pokoju, a następnie schodząc po schodach, chwyciła czarną kurtkę z wieszaka i ruszyła do drzwi. W całym domu panowała cisza i spokój, a więc bez zbędnych tłumaczeń mogła opuścić budynek wykonując telefon do Gai. Czuła, iż musi z kimś jak najszybciej porozmawiać, a Marisa, czy nawet Fabrizio nie byli najlepszymi kandydatami.
Ku uciesze blondynki Lazzarini po niespełna czterdziestu minutach cierpliwie czekała w niedalekim parku. Gęste, ciemnobrunatne, mocno podkręcone włosy siedemnastolatki rozwiewał chłodny wiatr, który tego dnia nawiedził północno-zachodnią część kraju.
– Gaia! – Uśmiechnęła się przytulając szatynkę. – Dziękuję, że przyszłaś.
– Oczywiście, że przyszłam – odpowiedziała niemal od razu.
Vivienne przysiadając na zielonej ławeczce, szczerze odetchnęła z ulgą. Nawet nie czekając na jakiekolwiek pozwolenie zaczęła opowiadać dziewczynie o dziwnym uczuciu, które towarzyszyło jej, kiedy samolot z nią na pokładzie opuszczał płytę lotniska w Miami. Wówczas liczyła, że Matthew przyjdzie się pożegnać, jednakże na złudnych nadziejach się skończyło. Napomknęła także o wszystkim, co w momencie zapoznania się z prawdą nabrało sensu: złości Matta zapoczątkowana wieścią, iż miała spędzić dwa tygodnie we Włoszech u rodziny Passante, dwojakie zachowanie rodzicielki na lotnisku tuż przed odlotem z Miami, niezwykle dziwne rozchwianie emocjonalne Concetty oraz podejrzane, a momentami wręcz ojcowskie, postępowanie Terrenzio. Nawet opowieści włoskiego architekta idealnie wkomponowały się w całą historię.
– Słuchaj… Jeśli nie wiem, kim jest mój ojciec, nie wiem też kim ja jestem.
– Ty jesteś sobą, Vivie. – Szatynka ułożyła dłoń na jej ramieniu. – Twój biologiczny ojciec wyłącznie przyczynił się do twoich narodzin, ale także na tym jego rola się skończyła. To przecież Matt zawsze był przy tobie, prawda?
Miała rację. Matthew pod każdym względem ją rozumiał, zawsze mogła do niego zwrócić się po radę, a gdy było jej naprawdę źle, potrafił pocieszyć oraz zrozumieć jak nikt inny. Zawsze doskonale wiedział, co było dla niej ważne, a jeśli tylko jej wybory, bądź decyzje były niesłuszne, sprowadzał ją na dobrą drogę. Zawsze mogła mu się zwierzyć, nawet z tych rzeczy, które były kłopotliwe. Kiedy tylko płakała, to właśnie on stawał się tym, kto znał sposoby, aby ją pocieszyć. Matt był nadzwyczajny i mimo wszystko go kochała.
– W takim razie, kim była moja mama przez ten cały okres? – Te słowa wypowiedziała niemal piskliwym głosem, po czym wyczekująco zerknęła na Gaię. – I nagle nawet tego nie wiem. Wydawało mi się, że znam ją bardzo dobrze. – Wzruszyła ramionami, wpatrując się przed siebie. – Teraz mam wrażenie jakby stała się dla mnie kimś obcym.
– To musi być bolesne – odparła, a zaciskając usta w wąską linię przytuliła dziewczynę. – Chciałabym być starsza – dodała widząc nachodzące łzami oczy blondynki. – Tak się boję, że powiem coś głupiego i wszystko pogorszę.

Dochodziła godzina dziewiętnasta, gdy Marisa z Fabrizio przemierzali jedną z ulic miasta, kierując się powoli w stronę Via Sesto Calende. We dwoje zdołali przetrząsnąć niemal pół dzielnicy, lecz nigdzie nawet nie natknęli się na Amerykankę.
Marisa o poranku w przypływie paniki, kiedy to ujrzała opustoszały pokój swej rówieśniczki, zatelefonowała z prośbą do Fabrizio, a następnie poinformowała rodziców, co takiego zaszło podczas ich nieobecności. Po tonie głosu Terrenzio mogła łatwo wywnioskować, iż mężczyzna ani trochę nie był zadowolony z takiego obrotu spraw.
Tymczasem Marisa obejmując dłońmi łokcie maszerowała przy boku Fabrizio, powtarzając, że to, co się stało było po części z jej winy. Nieomalże jak w transie, mówiła, że nie powinna w taki sposób zaatakować Vivienne, ale sama przeżyła prawie tak samo mocny szok. Twierdziła, iż jej rodzice na pewno się rozstaną po tej historii, bo jej mama się zmieniła, oraz że nawet, jeśli Wainwright wróci do Miami, nie da się już nic zrobić, nie da się jej zwyczajnie wymazać, zostanie córką, Terrenzio, niezatartym śladem, który Concettcie, trudno będzie wybaczyć. Stwierdziła nawet, że dla niej też jest to trudne do wyobrażenia, że w przyszłości, kiedy ktokolwiek ją zapyta, czy ma rodzeństwo będzie musiała się zastanowić i odpowiedzieć: „mam dwie siostry”.
Bełkotała w tym stylu przez dłuższą chwilę, podczas gdy Fabrizio gorączkowo zastanawiał się, w jaki sposób powinien zareagować.
– Marisa, proszę cię, zamknij się w końcu – powiedział, przechwytując dziewczynę za ramię i sprawiając, iż gwałtownie się zatrzymała.
– Miałeś rację, Fab – mruknęła zmęczona, patrząc odważnie w brązowe oczy chłopaka. – Jestem okropną, wstrętną i samolubną osobą – wyjaśniła widząc jego pytające spojrzenie. – Ale przysięgam ci, że pracuję nad tym.
– Możemy do tego nie wracać? – Uniósł brwi, kładąc dłonie na jej barkach.
– Myślisz, że jakikolwiek facet pokocha taką snobkę jak ja? – spytała, puszczając mimo uszu uwagę przyjaciela. – Odpowiedz szczerze, Fabrizio. – Ponagliła go, ignorując zakłopotanie, w które go wprawiła.
– Głupie pytanie – odparł po chwili zastanowienia.
– Ouch… Bo sądzisz, że to niemożliwe? – zapytała ze smutkiem w głosie.
– Nie, Risa, nie w tym rzecz. Jestem święcie przekonany, że jest, co najmniej tysiąc facetów, którzy zakochaliby się w tobie, bez opamiętania – rzekł rozważnie, a kąciki ust dziewczyny mimowolnie powędrowały ku górze. – Zresztą facet naprawdę musiałby mieć nie po kolei w głowie, żeby się w tobie nie zakochać. – Uśmiechnął się delikatnie.
– Naprawdę… – Zacięła się, czując niespodziewany ucisk w żołądku. – Naprawdę tak myślisz? – Skinął lekko głową. – I co ja bym bez ciebie zrobiła?
– A co ja bym bez ciebie zrobił? – odpowiedział pytaniem na pytanie, a mrużąc powieki uśmiechnął się ciepło do brunetki.
– Pewnie żył byś spokojniej i bezstresowo. – Skrzyżowała ramiona.
Spokojnie może i tak, beztrosko pewnie też, ale co mi po tym?
Gdy odwzajemniła lekki uśmiech, nagle zbliżył się o krok, przysunął usta niebezpiecznie blisko jej warg; powoli i spokojnie, dając jej czas, by mogła się jeszcze wycofać. Marisa jednak zamiast się szybko odsunąć, przymknęła z ufnością powieki, kiedy to delikatnie musnął jej wargi swoimi. Czując jak wsunął palce w jej włosy, wczepiła się w jego popielatą bluzę, powoli łącząc się w czułym pocałunku. W jednym momencie odrzuciła wszystko w niepamięć, pozwalając trwać chwili, w której wydawało jej się, że są połówkami całości.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz