W czwartkowy poranek, Marisa, otworzyła oczy kilka minut po
godzinie dziewiątej. Miała wrażenie, że z salonu docierają do niej głosy Clarissy
i Terrenzio, który zapewne przygotowywał młodszej siostrze śniadanie. Brunetka
na samo wspomnienie poprzedniego dnia, cicho jęknęła, wtulając twarz w poduszkę.
Po poprzednim dniu pełnym kłótni oraz niedomówień, sądziła, iż nie zmruży ani
na chwilę oka. Jednakże po pewnym czasie udało jej się zasnąć, choć jej umysł
wciąż wracał do relacji Vivienne, Terrenzio i jej samej, a przede wszystkim
spotkania w cztery oczy z Mattem Wainwright.
Wizyta ta nie
należała do komfortowych, ponieważ postawa Amerykanina wyraźnie nastawiona była
walecznie. Marisę bynajmniej ten fakt nie zdziwił, gdyż spotkanie po wielu
latach mężczyzny, który bezwzględnie uwiódł ukochaną nie było wymarzonym.
Niestety okoliczności sprawiły, że Matthew zamiast spędzać czas wolny z
małżonką w Atlancie, postanowił najwcześniejszym lotem udać się do Europy, aby
bezzwłocznie wyjaśnić całą zaistniałą sytuację. Sama Victoria Wainwright
musiała pozostać w Stanach Zjednoczonych ze względu na sprawy zawodowe w
stolicy Georgii.
O, tyle co dla
jej rodziny niezapowiedziana wizyta amerykańskiego prawnika była kłopotliwa, o
tyle Vivienne poprawiła fatalny humor i sprawiła, że stała się nieco bardziej
odprężoną odkąd ujrzała Matta i Chrisa w progu domu.
Powoli
przekręciła się na łóżku, wpatrując w błękitną ścianę pokoju. Nagle w jej
myślach zawitał Davide, z którym od dłuższego czasu nie spędziła więcej niż
dwadzieścia minut. Szczerze przed sobą przyznała, że nie miała bladego pojęcia,
co działo się z jej przyjacielem. Dlaczego przestał się odzywać? Czy przez
tegoroczne wakacje wszystko ulegnie zmianom? Przecież dawniej ich przyjaźń była
stawiana na pierwszym miejscu, Davide opowiadał jej dosłownie wszystko, nie
pomijając życia osobistego. Czy przestała mu być potrzebna? A może straciła bratnią
duszę?
Wtem
uświadomiła sobie, iż nawet Fabrizio od poprzedniego dnia ani razu się do niej
nie odezwał. Czy stwierdził, że wszystko, co wydarzyło się wczoraj było błędem?
Błędem, który nieodwracalnie zaważy na dalszej przyjaźni? Teraz zapewne nie
będzie tak jak kiedyś; między nią, Fabrizio, a nawet Davidem. Czy zgrane trio,
jakie niegdyś tworzyli rozpadnie się, jak za dotknięciem magicznej różdżki? Ta
myśl ją przygnębiła.
– Życie jest
piękne – rzekła sarkastycznie, uderzając dłonią w materac.
Tymczasem
jedną z najsłynniejszych ulic Mediolanu, prowadzącą od zamku Sforzów do Piazza
Cardusio, w całkowitej ciszy zmierzali Matthew i Vivienne, której od
poprzedniego wieczoru na krok nie odstępował Christopher. Chłopiec wsunąwszy wolną
dłoń w ciepłą rękę siostry, obserwował uważnie zmieniające się otoczenie,
podczas gdy równolegle zajadał się wielką porcją truskawkowo-waniliowych lodów
zakupionych w przydrożnej cukierni.
Duża ilość
sklepów w tej części Mediolanu była jeszcze zamknięta, ale w większości z nich
i tak nie postawiłaby stopy – butiki z używaną odzieżą, kilka z nowymi,
włoskimi ciuchami: spódnicami i bluzkami odpowiednimi raczej dla jej mamy, do
tego Burger King i McDonald. Wśród budynków dostrzegła także hotel, kilka
ekskluzywnych restauracji oraz barów i to było mniej więcej wszystko. W sumie
jedyne ciekawe miejsca stanowiły sklep muzyczny oraz oldskulowa knajpka, gdzie
mogłaby posiedzieć ze znajomymi.
– Całkiem
ładnie tutaj – rzucił nagle Matt w ojczystym języku. Zresztą oprócz angielskiego
oraz podstaw francuskiego nie władał żadnym innym.
Vivienne
przeniosła spojrzenie na ojca, doskonale wiedząc, że nie potrafi powiedzieć
wprost, tego, co ma na myśli. Zawsze unikał trudnych tematów, lecz poprzedniego
wieczoru, była mu za to wdzięczna. Dzięki temu nie musiała prowadzić dyskusji,
na którą wówczas nie miała najmniejszej ochoty.
– Uhm. Nie
uważam, by było tu ładnie – mruknęła, skrzywiając się nieznacznie. Nie miała
pojęcia, czy słowa, jakie wydobyły się z jej ust, spowodowane były zdarzeniami,
które zastały ją w tym miejscu, czy autentycznym odczuciami. – Według mnie
wygląda tu jak na jednym z tych ponurych, wiktoriańskich obrazów – dorzuciła od
niechcenia.
– Być może
„ładnie”, nie jest odpowiednim słowem, aby opisać to miejsce. – Zgodził się,
Matthew, jakoby czytał w jej myślach. – Ale sądzę, że atmosfera tego miejsca
przemawia do większości ludzi – dodał prawnik. – Czuć tu magię.
Dotarli do
jakiegoś murku, gdzie Vivienne ostrożnie posadziła sześcioletniego blondyna na
szerokiej zaporze. Sama natomiast wsparła się łokciami o górną część
cyklopowego muru, splatając ściśle palce tuż za plecami brata i obserwowała
przebieg wydarzeń, rozstrzygający się przed nią. Matt nie otrzymując
odpowiedzi, westchnął, przybierając podobną pozycję.
– Tato, nie
wyszliśmy po to, aby podziwiać scenerię – stwierdziła Viv. – Cóż… Chcę tylko
się dowiedzieć, dlaczego nigdy nie powiedzieliście mi prawdy.
– Tak mi
przykro, kochanie – odpowiedział, przenosząc brązowe spojrzenie na Vivienne. –
Od samych twoich narodzin wychowywałem cię jak swoje własne dziecko, pokochałem
i nie interesowało mnie to, że nie jestem twoim biologicznym ojcem – wyjaśnił,
śmiało patrząc w jej lazurowe tęczówki. – Wiesz, czego najbardziej się
obawiałem? – Pokręciła głową, wsłuchując się w każde jego wypowiedziane słowo.
– Że pewnego dnia, jak się dowiesz o wszystkim, niespodziewanie odejdziesz
chcąc poznać prawdziwego ojca.
Zauważyła
nagle jak Matt wyprostował się i kurczowo uchwycił murku.
– Kiedy
zadzwoniłaś do nas i powiedziałaś, że już wszystko wiesz nie miałem pojęcia jak
się zachować. – Zmrużył powieki, obserwując rozpościerający się widok przed
nimi. – To musiał być dla ciebie szok. – Blondynka skinęła lekko głową,
aczkolwiek nie była pewna, czy Matt to dostrzegł. – Nie jestem dumny z tego, co
zrobiłem, Vivienne. Ale pomyśl, przez co przeszedłem. – Ponownie zwrócił ku
niej swoją twarz.
Zerkając na
mężczyznę, posłała mu nieznaczny, dodający otuchy uśmiech.
– Poznałem
twoją matkę w Nowym Jorku w osiemdziesiątym szóstym roku. Zakochałem się bez
pamięci i oboje wiedzieliśmy, że to nie był jakiś tam wakacyjny romans –
kontynuował, a Vivienne w tym czasie wpatrywała się w każdą fałdę na jego
zmarszczonym czole. Wciąż nie mogła uwierzyć, że nie był jej ojcem. – Gdy
skończyłem studia prawnicze, postanowiłem oświadczyć się Victorii. Przyjęła je,
ale po kilku dniach musiałem pilnie powrócić do Miami. – Wspominał Matthew, a
Vivienne poczuła się niczym intruz w osobistych wspomnieniach mężczyzny. –
Twoja… To znaczy moja matka, Katherine… – zaczął nerwowo.
– Babcia Kathy – wtrąciła uśmiechając się
ciepło, bowiem wiele dobrego słyszała na temat tej kobiety. Choć nigdy nie było
jej dane poznać babki, miała niesamowite przeczucie, iż była wspaniałą osobą.
Tak jak Matt.
– Tak, twoja
babcia. – Uśmiechnął się, zerkając przelotnie na jasnowłosą. – Zachorowała, a
potem zmarła i musiałem zostać dłużej w Miami niżeli przepuszczałem – wyjaśnił.
– Po niecałych trzech tygodniach, gdy przyjechałem do twojej matki, oczywiście
bez zapowiedzi, bo chciałem zrobić jej niespodziankę, była jakaś spięta.
Pamiętam to jak dziś. – Pokręcił głową, a blondynka odniosła wrażenie, że głos
mu zadrżał. – Niedługo potem okazało się, że Vicky spodziewała się dziecka. I
pewnym stało się, że to dziecko nie było moje. – Matt podrapał się w głowę, tak
jakby odczuwał tam ból. Bez problemu zauważyła jak cierpiał, dlatego położyła
rękę na jego ramieniu czując jak zgromadzony gniew pomału opadał. – Nie mogłem
mieć dzieci, byłem w tracie leczenia – wyjaśnił, a Viv łatwo wydedukowała,
dlaczego istniała taka różnica wiekowa pomiędzy nią a Chrisem. Ojciec
westchnął, po czym dodał: – Victoria w końcu przyznała się, że mnie zdradziła. Twój
ojciec miał inny styl bycia, mówienia, inaczej wyglądał, lubił z nią
rozmawiać i nie odważył się krytykować, bo przecież dopiero, co zaczęli
znajomość. Co z tego, że miał narzeczoną w Mediolanie, a Vicky zawsze brzydziła
się facetami, którzy zdradzają swoich partnerów – fuknął przeciągle. – Co z
tego, że wcale nie był bogaty i może nawet nie był szczególnie
przystojny?
– Tato –
przerwała mu, ignorując określenie, jakimi nazwał Terrenzio. Widziała, iż
Mattowi ciężko powracać do przeszłości.
– Postanowiłem
zaryzykować – powiedział, dając tym samym znak, że zamierza kontynuować
opowieść, którą dotąd znali wyłącznie jej rodzice. – Było cholernie ciężko dla
nas obojga. Ciągle walczyłem z własnymi myślami, wyobrażałem sobie ją z tym
drugim, oczami wyobraźni widziałem jak się kochają, przytulają, całują.
Wzbierała się we mnie złość, żal, byłem wściekły, momentami nie chciałem jej
widzieć. Ona płakała, ale cierpliwie to znosiła, wiedziała, że muszę to
wyrzucić z siebie, że gdzieś te emocje muszą ujść – powiedział patrząc na
Chrisa, który również go uważnie obserwował, choć w gruncie rzeczy nie zdawał
sobie sprawy z powagi sytuacji. – Trwało to długo, kilka dni było dobrze, a
potem znów dopadała mnie chandra, wściekłość, poczucie upokorzenia – powiedział
ciszej, przenosząc wzrok na Vivienne, która wpatrywała się w niego z otwartymi
ustami. – Kiedy jednak zawiozłem Vicky na badania kontrolne i zobaczyłem ciebie
na ekranie… Chyba właśnie wtedy uświadomiłem sobie, że ja… Ja chciałem to
dziecko. Chociaż biologicznie nie należało do mnie.
„To dziecko”, powtórzyła w myślach,
przecież tym dzieckiem była ona!
– Wiesz, co
było najgorsze? – spytał retorycznie, ponieważ żadnej odpowiedzi nie żądał. –
Często napadały mnie myśli, że skoro ona mogła mnie zdradzić to dlaczego ja nie
mogę. Chciałem przyjąć taką formę odwetu albo zwyczajnie odbudować zranioną
dumę – wyjaśnił widząc nadal zdziwiony wzrok blondynki. – Posłuchaj, mimo, że
nie byłaś moją córką, pokochałem cię, zanim jeszcze się urodziłaś. Wtedy
postanowiłem powalczyć o Victorię, dać jej szansę… Dać szansę nam. Ciągle nie
była mi obojętna. Ciągle ją kochałem.
Vivie niespodziewanie poczuła, jak jej oczy naszły łzami.
– Jak miałem
powiedzieć coś takiego dziecku, Vivienne? – spytał bezradnie, a w jego głosie
usłyszała chrapliwy szloch. – Kiedy dowiedziałem się, że jedziesz do
biologicznego ojca, zupełnie straciłem grunt pod nogami, a gdy tylko o tym
myślałem, serce mi pękało. Sądziłem, że zdołam powstrzymać Victorię przed tym szalonym pomysłem, ale nie udało
mi się – kontynuował, drążącym głosem. – Mój Boże, Vivienne, przepraszam, nie
chcieliśmy, aby tak wyszło. Naprawdę…
– Wiem tato,
wiem. – Odezwała się, wtulając się ufnie w jego ramiona.
– Od teraz
zrobię wszystko, co w mojej mocy, by naprawić błędy. Tylko daj mi szansę. – Pogłaskał
ją po plecach, tak jak to zawsze robił. – Postaraj się nie obwiniać mamy.
Robiła wszystko, aby cię chronić, ponieważ też cię kocha. Gdy zaszła w ciążę
miała dopiero dwadzieścia jeden lat. Nie wiedziała, co robić. Miała swoje plany
i marzenia, a dziecko mogło wszystko pokrzyżować – Matt nic więcej nie mówiąc
pozwolił jej się wypłakać, a następnie dodał: – Wracajmy już do hotelu. Jutro z
samego rana mamy samolot powrotny.
– Już jutro? –
spytała, a ocierając łzy, zerknęła na twarz ojca. – Zanim stąd wyjadę, muszę
załatwić, jeszcze jedną bardzo ważną sprawę.
Nie pytając
nawet o ów rzecz, skinął głową. Jasnowłosa wzięła ojca pod ramię, a w ciszy
obserwując dumnie maszerującego brata, kilka kroków przed nimi, odetchnęła z
ulgą. W pewnym sensie poznanie całej prawdy, pozwoliło odzyskać utracony
spokój. Ponadto niezmiernie ucieszyła się, że pomimo niewierności Victorii,
Matt pozwolił odbudować zaprzepaszczony związek.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz