Noc dyskretnie owinęła drobną sylwetkę jasnowłosej dziewczyny,
przykrywając płaszczem mroku. Wiatr wnikając przez uchylone okno sypialni,
rozkosznie skradał się wokół niej i głaskał gołe ramiona słodkimi szeptami.
Vivienne oparłszy się o miękkie poduszki oraz szczelnie owinąwszy nagie ciało,
obserwowała drzwi łazienki, za którymi zniknął Davide.
Ewidentnie
emanował z niej absolutny spokój, lecz z jakiegoś powodu nie potrafiła pozbyć
się dręczącego uczucia lęku. Choć sam akt był podniecający i przepełniony czułością,
mimo woli zastanawiała się, czy nie było w nim odrobiny desperacji, jakby oboje
kurczowo trzymali się nadziei, że to podtrzyma ich relacje niezależnie od tego,
co przyniesie przyszłość.
– Wiesz?
Marisa cały dzień dziwnie się zachowywała – powiedziała. – Była nadzwyczaj
uprzejma, co w gruncie rzeczy jest podejrzane – kontynuowała nie słysząc
odzewu, po czym uważnym wzrokiem zerknęła na pomalowane czerwonym lakierem
paznokcie. – Miałam wrażenie jakby badała moje zachowanie, a potem je
analizowała. W sumie nadawałaby się na agenta FBI – stwierdziła z lekkim
uśmiechem, ponownie wędrując spojrzeniem do rozświetlonej łazienki. – Davide? –
Odezwała się po chwili ciszy. – Dade? Żyjesz tam? – zapytała ostatecznie,
mrużąc powieki. – Wszystko gra?
W przeciągu
następnych kilku sekund zza drzwi pomieszczenia wyłoniła się sylwetka piłkarza,
owinięta białym ręcznikiem wokół bioder. Skupiony i skoncentrowany wyraz twarzy
Włocha przywodził mieszane uczucia, dlatego też nie kryła zaskoczenia.
– Coś nie tak?
– Zerknęła na niego, wyczuwając dziwny strach.
– Uhm, tak
myślę – mruknął, ściągając wyraziście brwi. – Wydaje mi się, że mieliśmy małą
awarię. – W nikłym zakłopotaniu zgryzł wargę. – Pękła. – Wyjaśnił krótko, ale na
tyle treściwe i wyczerpująco, że pojęła.
– Chwila… –
zaczęła niespokojnym tonem, a cichym prychnięciem zdradziła wewnętrzny
niepokój. – Takie rzeczy zdarzają się w filmach, ale… – Powoli wstając, nerwowo
pociągnęła błękitną tkaninę za sobą. – Kiedy to się stało? – jęknęła, próbując
pozbyć się natarczywej myśli o wizerunku siebie samej jako rozlazłej i grubej ciężarnej.
– Nie wiem. – Uniósł
łokieć na wysokość czoła i złapał się za kark.
– Jak to nie
wiesz? – Stanęła mu naprzeciw, obserwując bacznie ruch jego ciemnych oczu. –
Była w ogóle prawdziwa? – Zironizowała, odnosząc wrażenie, iż temperatura jej
ciała niespodziewanie wzrosła, a przed oczyma dostrzega smolistą mgłę. – Może
było trzeba nie kupować najtańszej prezerwatywy.
– Vivie… – Powoli
położył ciepłe dłonie na jej ramionach i spróbował rozluźnić.
– O, Boże –
mruknęła, a kiedy łagodnie musnął palcem jej szyję, prężnie odwróciła się i
odszukała wzrokiem swoich ubrań. – Co we mnie wstąpiło? Jak pierwsza lepsza
wskoczyłam ci do łóżka. – Mówiła, czując narastającą złość na samą siebie. –
Czy ja pierwsza ci uległam? – kontynuowała, energicznie podnosząc czarne
leginsy z podłogi.
– Oczywiście,
że nie – odparł, lecz zanim zdał sobie sprawę z faktu, jak musiało to
zabrzmieć, sylwetka dziewczyny niespodziewanie znieruchomiała.
– Ouch –
mruknęła pod nosem, spoglądając niepewnie na piłkarza. – No tak, oczywiście,
mogłam się domyślić. Każdej dziewczynie mówisz to samo? Te wszystkie słowa,
które tak wiele znaczą, a potem… – Ucięła, gdyż nie była w stanie dokończyć
myśli. – Ty w ogóle…
– Nie. – Przerwał
jej. – Chodziło o to… Viv, nie kłamałem.
– Uhm. – Skinęła
prowizorycznie głową. – Muszę iść do łazienki.
– Vivienne…
Nic nie mówiąc
wyminęła chłopaka, a następnie znikła za ścianami łazienki, przekręcając
srebrny kluczyk w zamku. Pozwoliwszy upaść piernacie na jasne płytki,
pośpiesznie podeszła do szerokiego lustra, spoglądając niechętnie na szklaną
powierzchnię. Złotawo-blond włosy sprawiały wrażenie potarganych, kremowa
skóra, przywodząca na myśl łabędzi puch lub alabaster była bledsza niżeli
dotychczas, a jej spojrzenie emanowało niezwykłą pustką.
Czyżby
pierwsze wrażenie, jakie wywarł w niej na samym początku Santon, dopiero teraz
okazało się prawdziwym? Dlaczego każda wyjątkowa znajomość, która przeradza się
w zakochanie, musi zakończyć się wielkim rozczarowaniem? To niedorzeczne, aby
każdy facet był taki sam. Wobec tego, czemu ów mniemanie doprowadziło ją do
obawy o przyszłość?
Cicho
westchnąwszy, pospiesznie włożyła na siebie ubrania, po czym niepewnym krokiem
wyszła z pomieszczenia. Davide siedział na łóżku, lecz gdy ją dostrzegł
momentalnie powstał.
– Viv, rozumiem,
że się denerwujesz. To zrozumiałe – rzekł, gdy raźnym krokiem podszedł do niej.
– Dałem ciała, ale…
– Wcale się
nie denerwuję – odparła z nikłym uśmiechem, zaczesując kosmyk włosów za ucho. –
Muszę wracać. Nie powiedziałam, kiedy wrócę.
Z
powątpiewaniem skinął głową, a wszystkie mięśnie ciała
dziewczyny zastygły w bezruchu, gdy pochylił się, aby delikatnie musnąć ustami
jej wargi.
– Wszystko w
porządku, Davide. – Zapewniła, kiedy ujął dłońmi jej twarz i spojrzał nań
badawczym wzrokiem. – Naprawdę.
– Na pewno? – Potwierdziła
ruchem głowy, a odsunąwszy się od niego, złapała torebkę. – Poczekaj. Odwiozę
cię. Nie pójdziesz przecież sama. Na dworze jest…
– Nie trzeba –
odpowiedziała twardo. – To znaczy piłeś, więc nie możesz prowadzić. – Jednym
ruchem wskazała nadal otwarte wino stojące na stoliku w salonie. – Znam drogę.
– Skłamała.
Nie wiedząc,
czemu poczuła potrzebę pobyć sama z własnymi rozterkami, z którymi przyszło jej
się zmierzyć w najmniej oczekiwanym momencie. Niestety myśli dziewczyny galopowały szybko jak tabun
dzikich koni, a nawet chłodny wiatr wiejący na zewnątrz nie zdołał sprowadzić Amerykanki
do rzeczywistości.
Zerkając
przelotem na apartamentowiec, spostrzegła, że pomieszczenia należące do Santona,
nadal pozostawały rozświetlone ostrym światłem. Lekko pokręciwszy głową,
delikatnie zgryzła dolną wargę, a gdy uważnie rozejrzała się dookoła, szczerze
przed sobą przyznała, iż nie miała bladego pojęcia, jak wrócić do domu.
Wiedziała tyle,
że mieszkanie piłkarza znajdowało niecałe dziesięć minut drogi piechotą od
stadionu Giuseppe Meazza’y, natomiast osiem minut samochodem od Via Sesto
Calende. Wypuszczając ze świstem powietrze naciągnęła na dłonie rękawy
bladoróżowego sweterka, po czym czujnie obserwując niedaleko siedzącą grupkę,
ruszyła wzdłuż ulicy w kierunku widocznej potężnej konstrukcji stadionu.
Wskazówki
zegara wyznaczały kilka minut po godzinie dwudziestej drugiej, podczas gdy
bezwzględny mrok zawładnął wschodnią półkulą ziemi. Niewielki pokój przy Via
Sesto Calende wypełniała delikatna poświata światła wywodząca się z kinkietu,
przymocowanego do ściany nad łóżkiem. Poprzez szeroko rozpostarte okno
przenikał zgiełk, który wywoływała zapewne młodzież siedząca na niewielkim
terenie porośniętym trawą rozpościerającym się naprzeciw posesji Passante.
Marisa
poprawiając zwiewną sukienkę, bezszelestnie zamknęła drzwi sypialni Clarissy, a
następnie raźnym krokiem pomaszerowała w kierunku błękitnego pokoju, gdzie
Fabrizio Falcone, swobodnie leżał na jej łóżku, przeglądając jeden z kolorowych
magazynów.
– Dopiero
zasnęła. – Uśmiechnęła się lekko. Przysiadając na brzegu łóżka, wyciągnęła z
jego dłoni gazetę. – Możemy teraz porozmawiać – oświadczyła.
Z czystej
ciekawości zerknęła na stronę z wysokimi, szczupłymi i niezwykle urodziwymi
modelkami prezentującymi skąpe stroje kąpielowe. Mrużąc delikatnie powieki
zamknęła czasopismo, po czym energicznym, acz niedbałym ruchem odrzuciła je na
blat biurka. Przeniosła znaczące spojrzenie na chłopaka, który niespiesznie
przewrócił swą sylwetkę na bok i podparł głowę na dłoni.
– No, co? –
spytał z wyraźnym rozbawieniem.
– Nic –
mruknęła z półuśmiechem. – Hm. Tak jak powiedziałeś, nic nie wskazuje na to,
żeby o czymś wiedziała…
Wtłoczyła się
na łóżko, a przysiadając na piętach zaczęła skubać bawełnianą pościel. Przez
cały dzień walczyła z niewyobrażalną chęcią wypytania Wainwright, na przykład o
to, co sądzi o Terrenzio. Jednakże znając swą niefrasobliwość, nie było łatwo
zacząć rozmowy.
– Trzeba, więc
będzie poczekać na powrót twoich rodziców, żeby wyklarować sytuację. – Uciął
Fabrizio. – Powiedz mi, jak Terrenzio może być ojcem tej dziewczyny? Urodziła
się niedługo przed tobą, prawda?
– Pół roku. – Zgryzła
dolną wargę, próbując ułożyć wszystkie myśli w niepozbawioną sensu, jednolitą
całość. – Urodziła się w maju, a ja w grudniu. Rodzice opowiadali mi, że tata
wyjechał na sześć miesięcy do Nowego Jorku, tuż przed ślubem.
– Czyli jakaś
przygoda z czasów studiów. Nie ma innego wyjaśnienia – rzekł zamyślony brunet.
– W każdym razie mam przeczucie, że twoja mama wiedziała o tym od niedawna i to
tłumaczyłoby jej zmianę humoru – dodał błyskotliwie.
– Masz rację –
stwierdziła, a wykonawszy nieznaczny obrót opadła plecami na miękki materac
łóżka tuż obok chłopaka. – Jestem ciekawa, czy tata wiedział o trzecim dziecku
od początku, czy może poznał prawdę w grudniu, podczas wystawy europejskich
architektów w USA – oznajmiła, a unosząc jedną rękę, wplotła palec wskazujący w
wiszący sznurek bluzy Włocha. – Jakkolwiek by było, jej matka musi być
kompletnie stuknięta, żeby wysyłać córkę do prawdziwego ojca, nie mówiąc jej
wcześniej prawdy – dodała.
– Rodzice was
obu byli bardzo nie w porządku, przemilczając tę sprawę.
Skinęła głową,
po czym niespodziewanie przypomniała sobie, jak Concetta pewnego dnia powiedziała
jej, że wolność polega na rozważaniu możliwości wyborów i zdecydowaniu, w którą
stronę się zwrócić. Marisa pomyślała, iż w obecnej sytuacji ma tylko dwie
możliwości – wyrzucić Vivienne za drzwi, odrzucić ją jako przyrodnią siostrę i
nigdy więcej jej nie zobaczyć, albo na odwrót, zaakceptować i przyjąć wszystko,
co się z tym wiąże. Po chwili rozważnie stwierdziła, iż pierwsza możliwość
właściwie dość jej odpowiadała, biorąc pod uwagę, że w dalszym ciągu nie
darzyła wielką sympatią tej małej flirciary i z pewnością nie byłoby trudno o
niej zapomnieć.
Przymknęła na
chwilę powieki, licząc na pozbycie się myśli, które dręczyły jej głowę od wielu
godzin. Z drugiej strony skoro wolność polegała na tym, aby rozpatrywać każdą
sytuację, w jaką wpakuje człowieka życie, czy nie powinna pójść za radą Liviany
i wziąć wszelkie sprawy we własne ręce?
Uchyliła oczy,
aby skierować ciemnobrunatne oczy na twarz Fabsa. Częstokroć odnosiła wrażenie,
że łączyło ich uczucie, którego jeszcze nie doświadczyła w swoich związkach.
Owszem, miała chłopaków, ale jeszcze nigdy się prawdziwie nie zakochała i w
momencie, gdy zaczynała wątpić, że to w ogóle nastąpi, całkowicie zauroczyła
się w swoim przyjacielu, który bezustannie był tak blisko. Ale co będzie, gdy
powie Fabrizio, co czuje i okaże się, że on nie podziela jej uczuć?
Będzie
okropnie upokorzona i straci najlepszego przyjaciela. Żarty, przekomarzanie się
i zwierzenia bezpowrotnie odejdą w przeszłość. A jeśli zaczną się spotykać, a
ich związek zakończyłby się tak jak poprzednie? Nie było żadnej gwarancji, że ich
miłość przetrwa, a wówczas nie dość, że miałaby złamane serce to utraciłaby to,
co liczyło się dla niej najbardziej na świecie.
Doskonale też wiedziała,
iż Fabrizio miał w pamięci świeży zawód miłosny. Przed zakończeniem liceum,
związany był z pewną panną o nazwisku Natalia Scozzari. Mogłoby się rzec, że
córka właściciela firmy produkującej dżemy była jego pierwszą, prawdziwą
dziewczyną, chociaż trwało to zaledwie kilka miesięcy. Tuż przed wakacjami oraz
balem maturalnym, gdzie mieli udać się wspólnie, porzuciła Fabrizio dla
dwudziestodwuletniego chłopaka, który miał na imię Emilio i pracował jako
mechanik w warsztacie ojca.
Z tego, co
Risa pamiętała, główną zaletą Emilio był fakt, że miał naprawdę fajny samochód.
Często ubrany w czarną skórę z camelem w ustach opierał się nonszalancko o
maskę połyskującego BMW i stojąc pod budynkiem szkoły, triumfalnie wyczekiwał
swej ukochanej. Wówczas, Marisa, pomimo olbrzymiej chęci przywalenia prosto w
twarz młodej Włoszce, musiała wielokrotnie interweniować, aby Fabrizio zachował
wewnętrzny rozsądek i przechodząc obok Emilio nie zrobił czegoś, czego mógł
następnie żałować.
Gdy uchyliła
usta z zamiarem rozpoczęcia sensownej rozmowy, nagle całe pomieszczenie
wypełnił dźwięk starego, ale ulubionego kawałka Falcone’a – „Adagio For Strings”
DJ Tiësto. Fabrizio zerwał się, a wyciągając rękę do przodu sięgnął telefon z szafki
nocnej.
– Vivienne?… –
W głosie chłopaka dało się wyczuć nutkę zaskoczenia. – Jak to? Gdzie? –
powiedział, zerkając na zdziwioną Marisę. – OK., za dziesięć minut będę… Poczekaj,
nie ruszaj się stamtąd. Już wychodzę. – Zakończył połączenie.
Niespełna siedemnastoletnia
brunetka od dwudziestu pięciu minut krzątała się po kuchni, nieustannie
zerkając w okno. W dalszym ciągu nie potrafiła pojąć, dlaczego jej amerykańska
rówieśniczka, zatelefonowała do Fabrizio, prosząc o pomoc. Przecież wychodząc
przed kilkoma godzinami z domu, oznajmiła, iż wybiera się do Davide i nie ma za
nią czekać.
Na same
wspomnienie Santona gdzieś w głębi poczuła, że w pewnym stopniu nadal żywiła rozgoryczenie
do jego osoby, ponieważ dał się wciągnąć w tą głupią grę Vivienne – przecież
ona w końcu wyjedzie i co? Ale także wiedziała, że chłopcy niekoniecznie
zakochują się w dziewczynie, lecz tylko „głupieją” dla niej, a następnie
„głupieją” dla innej. Najbardziej w tym wszystkim denerwował ją fakt, iż Davide
właśnie zaliczał się do tej grupy.
Nabierając powoli
powietrza do płuc, niespodziewanie usłyszała, że drzwi frontowe się otwierają.
Z wolna ruszyła w stronę łuku, za którym ciągnął się korytarz, po czym
nonszalancko oparła się ramieniem o drewnianą framugę. Zmrużyła powieki
obserwując jak do wewnątrz domu weszli Fabrizio z Vivienne, otuloną karmazynową
bluzą chłopaka.
– Czuję się
wykończona – odezwała się w końcu jasnowłosa, spoglądając napuchniętymi oczyma
na Marisę. – Źle się czuję. Będę długo spała – dodała.
Myśli
ciemnookiej galopowały, porządkując fakty, aż poczuła, że gniew wybucha w niej
jak ognista lawa.
– Nic dziwnego,
skoro tak się do wszystkich lepisz…
– Lepisz? – Powtórzyła
zażenowana blondynka, ściągając brwi.
– Myślisz, że
to takie sprytne? Kleisz się najpierw, do Davide, a teraz… – zaczęła, lecz
dostrzegając srogi wzrok przyjaciela przerwała wypowiedź. Vivienne wzruszyła
ramionami, a gdy zrobiła krok w stronę schodów, łańcuszek słów spadł naraz: – W
takim razie będziesz się tłumaczyć swojemu
ojcu, kiedy wróci.
Vivienne
rozpinając czerwoną bluzę, odwróciła się powoli.
–
Why? – spytała z kpiącym uśmiechem, acz spostrzegłszy jak Fabrizio
zastygł w miejscu z kamienną miną, dodała: – Przecież mój tata jest…
–
Twojemu ojcu! – Marisa podniosła
głos, odnosząc wrażenie, iż znajduje się na skraju histerii. – Twojemu
prawdziwemu ojcu! – kontynuowała, ignorując nieme gesty i prośby Fabrizio zza
pleców Amerykanki. – Your real father.
–
What? – zapytała Vivienne, której oczy zrobiły się wielkie niemal jak
talerzyki. – What? Real father?
Matt?
– No! Terrenzio is your father – wyjaśniła. – Your real
father. Do you understand?
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz