Rozdział 19


Noc dyskretnie owinęła drobną sylwetkę jasnowłosej dziewczyny, przykrywając płaszczem mroku. Wiatr wnikając przez uchylone okno sypialni, rozkosznie skradał się wokół niej i głaskał gołe ramiona słodkimi szeptami. Vivienne oparłszy się o miękkie poduszki oraz szczelnie owinąwszy nagie ciało, obserwowała drzwi łazienki, za którymi zniknął Davide.
Ewidentnie emanował z niej absolutny spokój, lecz z jakiegoś powodu nie potrafiła pozbyć się dręczącego uczucia lęku. Choć sam akt był podniecający i przepełniony czułością, mimo woli zastanawiała się, czy nie było w nim odrobiny desperacji, jakby oboje kurczowo trzymali się nadziei, że to podtrzyma ich relacje niezależnie od tego, co przyniesie przyszłość.
– Wiesz? Marisa cały dzień dziwnie się zachowywała – powiedziała. – Była nadzwyczaj uprzejma, co w gruncie rzeczy jest podejrzane – kontynuowała nie słysząc odzewu, po czym uważnym wzrokiem zerknęła na pomalowane czerwonym lakierem paznokcie. – Miałam wrażenie jakby badała moje zachowanie, a potem je analizowała. W sumie nadawałaby się na agenta FBI – stwierdziła z lekkim uśmiechem, ponownie wędrując spojrzeniem do rozświetlonej łazienki. – Davide? – Odezwała się po chwili ciszy. – Dade? Żyjesz tam? – zapytała ostatecznie, mrużąc powieki. – Wszystko gra?
W przeciągu następnych kilku sekund zza drzwi pomieszczenia wyłoniła się sylwetka piłkarza, owinięta białym ręcznikiem wokół bioder. Skupiony i skoncentrowany wyraz twarzy Włocha przywodził mieszane uczucia, dlatego też nie kryła zaskoczenia.
– Coś nie tak? – Zerknęła na niego, wyczuwając dziwny strach.
– Uhm, tak myślę – mruknął, ściągając wyraziście brwi. – Wydaje mi się, że mieliśmy małą awarię. – W nikłym zakłopotaniu zgryzł wargę. – Pękła. – Wyjaśnił krótko, ale na tyle treściwe i wyczerpująco, że pojęła.
– Chwila… – zaczęła niespokojnym tonem, a cichym prychnięciem zdradziła wewnętrzny niepokój. – Takie rzeczy zdarzają się w filmach, ale… – Powoli wstając, nerwowo pociągnęła błękitną tkaninę za sobą. – Kiedy to się stało? – jęknęła, próbując pozbyć się natarczywej myśli o wizerunku siebie samej jako rozlazłej i grubej ciężarnej.
– Nie wiem. – Uniósł łokieć na wysokość czoła i złapał się za kark.
– Jak to nie wiesz? – Stanęła mu naprzeciw, obserwując bacznie ruch jego ciemnych oczu. – Była w ogóle prawdziwa? – Zironizowała, odnosząc wrażenie, iż temperatura jej ciała niespodziewanie wzrosła, a przed oczyma dostrzega smolistą mgłę. – Może było trzeba nie kupować najtańszej prezerwatywy.
– Vivie… – Powoli położył ciepłe dłonie na jej ramionach i spróbował rozluźnić.
– O, Boże – mruknęła, a kiedy łagodnie musnął palcem jej szyję, prężnie odwróciła się i odszukała wzrokiem swoich ubrań. – Co we mnie wstąpiło? Jak pierwsza lepsza wskoczyłam ci do łóżka. – Mówiła, czując narastającą złość na samą siebie. – Czy ja pierwsza ci uległam? – kontynuowała, energicznie podnosząc czarne leginsy z podłogi.
– Oczywiście, że nie – odparł, lecz zanim zdał sobie sprawę z faktu, jak musiało to zabrzmieć, sylwetka dziewczyny niespodziewanie znieruchomiała.
– Ouch – mruknęła pod nosem, spoglądając niepewnie na piłkarza. – No tak, oczywiście, mogłam się domyślić. Każdej dziewczynie mówisz to samo? Te wszystkie słowa, które tak wiele znaczą, a potem… – Ucięła, gdyż nie była w stanie dokończyć myśli. – Ty w ogóle…
– Nie. – Przerwał jej. – Chodziło o to… Viv, nie kłamałem.
– Uhm. – Skinęła prowizorycznie głową. – Muszę iść do łazienki.
– Vivienne…
Nic nie mówiąc wyminęła chłopaka, a następnie znikła za ścianami łazienki, przekręcając srebrny kluczyk w zamku. Pozwoliwszy upaść piernacie na jasne płytki, pośpiesznie podeszła do szerokiego lustra, spoglądając niechętnie na szklaną powierzchnię. Złotawo-blond włosy sprawiały wrażenie potarganych, kremowa skóra, przywodząca na myśl łabędzi puch lub alabaster była bledsza niżeli dotychczas, a jej spojrzenie emanowało niezwykłą pustką.
Czyżby pierwsze wrażenie, jakie wywarł w niej na samym początku Santon, dopiero teraz okazało się prawdziwym? Dlaczego każda wyjątkowa znajomość, która przeradza się w zakochanie, musi zakończyć się wielkim rozczarowaniem? To niedorzeczne, aby każdy facet był taki sam. Wobec tego, czemu ów mniemanie doprowadziło ją do obawy o przyszłość?
Cicho westchnąwszy, pospiesznie włożyła na siebie ubrania, po czym niepewnym krokiem wyszła z pomieszczenia. Davide siedział na łóżku, lecz gdy ją dostrzegł momentalnie powstał.
– Viv, rozumiem, że się denerwujesz. To zrozumiałe – rzekł, gdy raźnym krokiem podszedł do niej. – Dałem ciała, ale…
– Wcale się nie denerwuję – odparła z nikłym uśmiechem, zaczesując kosmyk włosów za ucho. – Muszę wracać. Nie powiedziałam, kiedy wrócę.
Z powątpiewaniem skinął głową, a wszystkie mięśnie ciała dziewczyny zastygły w bezruchu, gdy pochylił się, aby delikatnie musnąć ustami jej wargi.
– Wszystko w porządku, Davide. – Zapewniła, kiedy ujął dłońmi jej twarz i spojrzał nań badawczym wzrokiem. – Naprawdę.
– Na pewno? – Potwierdziła ruchem głowy, a odsunąwszy się od niego, złapała torebkę. – Poczekaj. Odwiozę cię. Nie pójdziesz przecież sama. Na dworze jest…
– Nie trzeba – odpowiedziała twardo. – To znaczy piłeś, więc nie możesz prowadzić. – Jednym ruchem wskazała nadal otwarte wino stojące na stoliku w salonie. – Znam drogę. – Skłamała.
Nie wiedząc, czemu poczuła potrzebę pobyć sama z własnymi rozterkami, z którymi przyszło jej się zmierzyć w najmniej oczekiwanym momencie. Niestety myśli dziewczyny galopowały szybko jak tabun dzikich koni, a nawet chłodny wiatr wiejący na zewnątrz nie zdołał sprowadzić Amerykanki do rzeczywistości.
Zerkając przelotem na apartamentowiec, spostrzegła, że pomieszczenia należące do Santona, nadal pozostawały rozświetlone ostrym światłem. Lekko pokręciwszy głową, delikatnie zgryzła dolną wargę, a gdy uważnie rozejrzała się dookoła, szczerze przed sobą przyznała, iż nie miała bladego pojęcia, jak wrócić do domu.
Wiedziała tyle, że mieszkanie piłkarza znajdowało niecałe dziesięć minut drogi piechotą od stadionu Giuseppe Meazza’y, natomiast osiem minut samochodem od Via Sesto Calende. Wypuszczając ze świstem powietrze naciągnęła na dłonie rękawy bladoróżowego sweterka, po czym czujnie obserwując niedaleko siedzącą grupkę, ruszyła wzdłuż ulicy w kierunku widocznej potężnej konstrukcji stadionu.

Wskazówki zegara wyznaczały kilka minut po godzinie dwudziestej drugiej, podczas gdy bezwzględny mrok zawładnął wschodnią półkulą ziemi. Niewielki pokój przy Via Sesto Calende wypełniała delikatna poświata światła wywodząca się z kinkietu, przymocowanego do ściany nad łóżkiem. Poprzez szeroko rozpostarte okno przenikał zgiełk, który wywoływała zapewne młodzież siedząca na niewielkim terenie porośniętym trawą rozpościerającym się naprzeciw posesji Passante.
Marisa poprawiając zwiewną sukienkę, bezszelestnie zamknęła drzwi sypialni Clarissy, a następnie raźnym krokiem pomaszerowała w kierunku błękitnego pokoju, gdzie Fabrizio Falcone, swobodnie leżał na jej łóżku, przeglądając jeden z kolorowych magazynów.
– Dopiero zasnęła. – Uśmiechnęła się lekko. Przysiadając na brzegu łóżka, wyciągnęła z jego dłoni gazetę. – Możemy teraz porozmawiać – oświadczyła.
Z czystej ciekawości zerknęła na stronę z wysokimi, szczupłymi i niezwykle urodziwymi modelkami prezentującymi skąpe stroje kąpielowe. Mrużąc delikatnie powieki zamknęła czasopismo, po czym energicznym, acz niedbałym ruchem odrzuciła je na blat biurka. Przeniosła znaczące spojrzenie na chłopaka, który niespiesznie przewrócił swą sylwetkę na bok i podparł głowę na dłoni.
– No, co? – spytał z wyraźnym rozbawieniem.
– Nic – mruknęła z półuśmiechem. – Hm. Tak jak powiedziałeś, nic nie wskazuje na to, żeby o czymś wiedziała…
Wtłoczyła się na łóżko, a przysiadając na piętach zaczęła skubać bawełnianą pościel. Przez cały dzień walczyła z niewyobrażalną chęcią wypytania Wainwright, na przykład o to, co sądzi o Terrenzio. Jednakże znając swą niefrasobliwość, nie było łatwo zacząć rozmowy.
– Trzeba, więc będzie poczekać na powrót twoich rodziców, żeby wyklarować sytuację. – Uciął Fabrizio. – Powiedz mi, jak Terrenzio może być ojcem tej dziewczyny? Urodziła się niedługo przed tobą, prawda?
– Pół roku. – Zgryzła dolną wargę, próbując ułożyć wszystkie myśli w niepozbawioną sensu, jednolitą całość. – Urodziła się w maju, a ja w grudniu. Rodzice opowiadali mi, że tata wyjechał na sześć miesięcy do Nowego Jorku, tuż przed ślubem.
– Czyli jakaś przygoda z czasów studiów. Nie ma innego wyjaśnienia – rzekł zamyślony brunet. – W każdym razie mam przeczucie, że twoja mama wiedziała o tym od niedawna i to tłumaczyłoby jej zmianę humoru – dodał błyskotliwie.
– Masz rację – stwierdziła, a wykonawszy nieznaczny obrót opadła plecami na miękki materac łóżka tuż obok chłopaka. – Jestem ciekawa, czy tata wiedział o trzecim dziecku od początku, czy może poznał prawdę w grudniu, podczas wystawy europejskich architektów w USA – oznajmiła, a unosząc jedną rękę, wplotła palec wskazujący w wiszący sznurek bluzy Włocha. – Jakkolwiek by było, jej matka musi być kompletnie stuknięta, żeby wysyłać córkę do prawdziwego ojca, nie mówiąc jej wcześniej prawdy – dodała.
– Rodzice was obu byli bardzo nie w porządku, przemilczając tę sprawę.
Skinęła głową, po czym niespodziewanie przypomniała sobie, jak Concetta pewnego dnia powiedziała jej, że wolność polega na rozważaniu możliwości wyborów i zdecydowaniu, w którą stronę się zwrócić. Marisa pomyślała, iż w obecnej sytuacji ma tylko dwie możliwości – wyrzucić Vivienne za drzwi, odrzucić ją jako przyrodnią siostrę i nigdy więcej jej nie zobaczyć, albo na odwrót, zaakceptować i przyjąć wszystko, co się z tym wiąże. Po chwili rozważnie stwierdziła, iż pierwsza możliwość właściwie dość jej odpowiadała, biorąc pod uwagę, że w dalszym ciągu nie darzyła wielką sympatią tej małej flirciary i z pewnością nie byłoby trudno o niej zapomnieć.
Przymknęła na chwilę powieki, licząc na pozbycie się myśli, które dręczyły jej głowę od wielu godzin. Z drugiej strony skoro wolność polegała na tym, aby rozpatrywać każdą sytuację, w jaką wpakuje człowieka życie, czy nie powinna pójść za radą Liviany i wziąć wszelkie sprawy we własne ręce?
Uchyliła oczy, aby skierować ciemnobrunatne oczy na twarz Fabsa. Częstokroć odnosiła wrażenie, że łączyło ich uczucie, którego jeszcze nie doświadczyła w swoich związkach. Owszem, miała chłopaków, ale jesz­cze nigdy się prawdziwie nie zakochała i w momencie, gdy zaczynała wątpić, że to w ogó­le nastąpi, całkowicie zauroczyła się w swoim przyjacielu, który bezustannie był tak blisko. Ale co będzie, gdy powie Fabrizio, co czuje i okaże się, że on nie podziela jej uczuć?
Będzie okropnie upokorzona i straci najlepszego przyjaciela. Żarty, przekomarzanie się i zwierzenia bezpowrotnie odejdą w przeszłość. A jeśli zaczną się spotykać, a ich związek zakończyłby się tak jak poprzednie? Nie było żadnej gwarancji, że ich miłość przetrwa, a wówczas nie dość, że miałaby złamane serce to utraciłaby to, co liczyło się dla niej najbardziej na świecie.
Doskonale też wiedziała, iż Fabrizio miał w pamięci świeży zawód miłosny. Przed zakończeniem liceum, związany był z pewną panną o nazwisku Natalia Scozzari. Mogłoby się rzec, że córka właściciela firmy produkującej dżemy była jego pierwszą, prawdziwą dziewczyną, chociaż trwało to zaledwie kilka miesięcy. Tuż przed wakacjami oraz balem maturalnym, gdzie mieli udać się wspólnie, porzuciła Fabrizio dla dwudziestodwuletniego chłopaka, który miał na imię Emilio i pracował jako mechanik w warsztacie ojca.
Z tego, co Risa pamiętała, główną zaletą Emilio był fakt, że miał naprawdę fajny samochód. Często ubrany w czarną skórę z camelem w ustach opierał się nonszalancko o maskę połyskującego BMW i stojąc pod budynkiem szkoły, triumfalnie wyczekiwał swej ukochanej. Wówczas, Marisa, pomimo olbrzymiej chęci przywalenia prosto w twarz młodej Włoszce, musiała wielokrotnie interweniować, aby Fabrizio zachował wewnętrzny rozsądek i przechodząc obok Emilio nie zrobił czegoś, czego mógł następnie żałować.
Gdy uchyliła usta z zamiarem rozpoczęcia sensownej rozmowy, nagle całe pomieszczenie wypełnił dźwięk starego, ale ulubionego kawałka Falcone’a – „Adagio For Strings” DJ Tiësto. Fabrizio zerwał się, a wyciągając rękę do przodu sięgnął telefon z szafki nocnej.
– Vivienne?… – W głosie chłopaka dało się wyczuć nutkę zaskoczenia. – Jak to? Gdzie? – powiedział, zerkając na zdziwioną Marisę. – OK., za dziesięć minut będę… Poczekaj, nie ruszaj się stamtąd. Już wychodzę. – Zakończył połączenie.

Niespełna siedemnastoletnia brunetka od dwudziestu pięciu minut krzątała się po kuchni, nieustannie zerkając w okno. W dalszym ciągu nie potrafiła pojąć, dlaczego jej amerykańska rówieśniczka, zatelefonowała do Fabrizio, prosząc o pomoc. Przecież wychodząc przed kilkoma godzinami z domu, oznajmiła, iż wybiera się do Davide i nie ma za nią czekać.
Na same wspomnienie Santona gdzieś w głębi poczuła, że w pewnym stopniu nadal żywiła rozgoryczenie do jego osoby, ponieważ dał się wciągnąć w tą głupią grę Vivienne – przecież ona w końcu wyjedzie i co? Ale także wiedziała, że chłopcy niekoniecznie zakochują się w dziewczynie, lecz tylko „głupieją” dla niej, a następnie „głupieją” dla innej. Najbardziej w tym wszystkim denerwował ją fakt, iż Davide właśnie zaliczał się do tej grupy.
Nabierając powoli powietrza do płuc, niespodziewanie usłyszała, że drzwi frontowe się otwierają. Z wolna ruszyła w stronę łuku, za którym ciągnął się korytarz, po czym nonszalancko oparła się ramieniem o drewnianą framugę. Zmrużyła powieki obserwując jak do wewnątrz domu weszli Fabrizio z Vivienne, otuloną karmazynową bluzą chłopaka.
– Czuję się wykończona – odezwała się w końcu jasnowłosa, spoglądając napuchniętymi oczyma na Marisę. – Źle się czuję. Będę długo spała – dodała.
Myśli ciemnookiej galopowały, porządkując fakty, aż poczuła, że gniew wybucha w niej jak ognista lawa.
– Nic dziwnego, skoro tak się do wszystkich lepisz…
– Lepisz? – Powtórzyła zażenowana blondynka, ściągając brwi.
– Myślisz, że to takie sprytne? Kleisz się najpierw, do Davide, a teraz… – zaczęła, lecz dostrzegając srogi wzrok przyjaciela przerwała wypowiedź. Vivienne wzruszyła ramionami, a gdy zrobiła krok w stronę schodów, łańcuszek słów spadł naraz: – W takim razie będziesz się tłumaczyć swojemu ojcu, kiedy wróci.
Vivienne rozpinając czerwoną bluzę, odwróciła się powoli.
Why? – spytała z kpiącym uśmiechem, acz spostrzegłszy jak Fabrizio zastygł w miejscu z kamienną miną, dodała: – Przecież mój tata jest…
Twojemu ojcu! – Marisa podniosła głos, odnosząc wrażenie, iż znajduje się na skraju histerii. – Twojemu prawdziwemu ojcu! – kontynuowała, ignorując nieme gesty i prośby Fabrizio zza pleców Amerykanki. – Your real father.
What? – zapytała Vivienne, której oczy zrobiły się wielkie niemal jak talerzyki. – What? Real father? Matt?
No! Terrenzio is your father – wyjaśniła. – Your real father. Do you understand?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz