Rozdział 1


Vivienne Wainwright przyglądając się swemu lustrzanemu odbiciu zmarszczyła delikatnie czoło. W bladym świetle wiszącej lampy, częściowo przymknięte, niebieskie oczy sprawiały wrażenie bardzo dużych, patrzących z naiwnością na świat. Twarz o regularnych i łagodnych rysach, współgrała z malinowym kolorem wąskich ust. Długie, jasne loki swobodnie opadały na jej ramiona, a wygodna tunika w połączeniu z czarnymi leginsami nadawały swoisty styl. Świeżo nałożony błyszczyk, wizualnie powiększający wargi, połyskiwał w lustrze, gdy czekała, aż umyte dłonie wyschną pod podmuchem suszarki.
Doza niepewności towarzyszyła Vivie od momentu opuszczenia rodzinnej posiadłości, położonej przy Star Island Drive w Miami Beach. Od kilku minut posiadała bezsprzeczną intuicję, aby opuścić budynek lotniska i nigdy do niego nie wrócić. Za dokładnie trzynaście godzin powinna wylądować w obcym kraju – mało tego kontynencie, o którym krocie słyszała.
We Włoszech mieszkał Terrenzio Passante, ceniony architekt, którego Victoria, matka Vivie, znała z czasów uniwersyteckich, a dokładnie od momentu, gdy spędził w Stanach Zjednoczonych pół roku, tuż przed ślubem z obecną współmałżonką. Po powrocie Terrenzio do ojczystego kraju, stracili ze sobą kontakt, a odnaleźli najzupełniej przypadkowo, podczas wystawy poświęconej pracom europejskich architektów w Nowym Jorku, w grudniu ubiegłego roku. Wówczas uzgodnili między sobą, iż podczas letnich wakacji, Vivienne mogłaby poznać Włochy, dzięki pomocy Passante.
Vicky nie była złą matką. Utknęła jednak w dziwnej pętli czasowej, w której dzieci nie dorastają, a ona musiała podejmować za nich decyzję. Vivie niejednokrotnie żałowała, iż nie urodziła się rok wcześniej. W maju, dwa miesiące temu, skończyłaby osiemnaście – zamiast siedemnaście – lat i pod względem prawnym byłaby na tyle dorosła, żeby decydować o sobie.
To nie tak, że nie chciała jechać do Europy. Zawsze ten moment wyobrażała sobie inaczej – w towarzystwie Penny, jej najlepszej przyjaciółki, wynajmując drogi hotel i bawiąc się całą noc. Zatrzymując się w domu Passante nie będzie miała tej swawoli. Mimo wszystko jednym z jej największych marzeń był wyjazd do Włoch, dlatego jedyne, czego pragnęła to tego, aby Mediolan sprostał wygórowanym oczekiwaniom.
Z drugiej strony zawsze marzyła, aby spędzić choćby jeden dzień w zupełnie innym świecie – bez wygody oraz czyjejkolwiek pomocy. Zatem dlaczego, gdy przychylność losu sprawia, że taki przełom następuje, że dzięki uprzejmości Terrenzio ma szansę poznania tamtejszej kultury, czuła obawy przed tym, iż robi to w niewłaściwy sposób.
Cicho westchnąwszy, ostatni raz spojrzała na szklaną powierzchnię. Delikatnie uśmiechając się, szybkim ruchem dłoni poprawiła fryzurę, aby następnie ruszyć w stronę metalowych drzwi.
Miami International Airport był miejscem zawsze zatłoczononym setkami podróżujących ludzi, pragnących zaznać spokoju w dalekich wycieczkach. Najczęściej całymi rodzinami chodzili z jednego terminalu do drugiego, jakby nie potrafili odnaleźć się w tym wieloaspektowym labiryncie. Niestety czasami napięcie przerastało nawet człowieka.
W zasięgu wzroku odnalazła niską kobietę o wąskiej talii, jasnych włosach opadających równomiernie na twarz i częściowo ją zasłaniając. Victoria Wainwright stała w miejscu z olbrzymią torbą u nóg a wolną dłonią ściskała drobną rączkę niskiego chłopczyka. Dziecko wyrażało zaciekawienie pobliskimi kawiarenkami, natomiast niespokojny ruch oliwkowych tęczówek kobiety, wskazywał na zainteresowanie barierkami oddzielającymi turystów terminalu Pirs H od tunelu łączącego samolot lotu Miami-Mediolan.
– Jestem – powiedziała Vivie, zatrzymując się naprzeciw Victorii.
– Zaraz twoja kolej. – Vicky z niesłychaną powagą, skinęła głową.
Nie wiedząc, dlaczego, od dłuższego czasu odnosiła dziwne wrażenie, jakoby matka chciała jej coś ważnego przekazać, aczkolwiek miała ku temu spore wątpliwości. Z drugiej jednak strony, pod żadnym pozorem, nie zamierzała naciskać na matkę, gdyż doskonale wiedziała, że jeżeli zechce to sama podejmie rozmowę.
– Vivienne, nie jedź, proszę… – Niespodziewanie sześcioletnie oczko w głowie państwa Wainwright, o imieniu Christopher, pociągnął ją za koszulkę. – Będę cię tak trzymał, żebyś nie mogła odjechać – kontynuował, jednocześnie przytulając do jej nogi.
Czując jak pod powiekami zbierają się gorzkie łzy, rzuciła krnąbrne spojrzenie Vicky, mając jej za złe, iż przyprowadziła ze sobą młodszego brata. Wcześniejsze pożegnanie z maluchem okazało się najcięższym elementem wyjazdu, a teraz, gdy została zmuszona, by to powtórzyć, ze strachem myślała o zrobieniu z siebie publicznie idiotki.
Powoli pochyliła się, układając chłopczykowi dłonie na ramionach.
– Chris, to nie koniec świata. Lecę tylko na dwa tygodnie. Obiecuję ci, że niedługo wrócę. – Opuszkiem palca, musnęła jego policzek.
– Dlaczego nie mogę jechać z tobą? – dopytywał chłopiec.
– Ponieważ jesteś za mały – skwitowała, zerkając w stronę barierek.
– Ty też, bo tatuś cały czas na ciebie się złości – stwierdził, mierząc blondynkę podejrzliwym wzrokiem.
– Christopher – wtrąciła upominająco Victoria. – Nie mów tak.
Viv wyprostowała się, krzyżując dłonie na wysokości piersi. Wbrew wszelkim słowom matki, młodszy brat miał rację. Matthew Wainwright od samego początku nie pałał entuzjazmem na wieść o wyjeździe córki do Mediolanu. Mimo wszystko w głębi duszy oczekiwała, że w końcu się zgodzi – albo chociaż odprowadzi ją na lotnisko, aby upewnić się, że wszystko jest w porządku, a nie zostawi tego tylko Victorii, która zwykła trzymać się z dala od jej utarczek z Mattem. Nie żeby było ich wiele, gdyż żadna wcześniejsza nie była na tyle poważna. Matt zazwyczaj długo tłumaczył jej własny punkt widzenia, by w końcu pozwolić jej podjąć decyzję samej. Jak się nad tym zastanowić, przeważnie się z nim zgadzała. Lecz nie tym razem.
Nieco osłupiały wzrok utkwiła na jasnej cerze, współgrającej z delikatnym makijażem, pani Wainwright.
– Kochanie, jeżeli znajdziesz się w kłopotach, na litość boską, zadzwoń. – Przełamała się w końcu Vicky, obejmując ramionami córkę. – Pamiętaj, że z ojcem zawsze ci pomożemy. Chyba nie wymagam zbyt wiele, prawda? Nie chcę kontrolować cię, niczym małe dziecko…
Ukryła oczy pod cienką warstwą powiek, pragnąc nie uronić żadnej łzy. Nie miała pojęcia, czemu Victoria tak się zamartwiała. Zdecydowanie nie było to zachowanie, jakim, na co dzień, reprezentowała tę szanowaną architektkę.
– Będę dzwonić – obiecała Vivie, posyłając matce pogodny uśmiech.
– Dziękuję – zerknęła na twarz córki. – Do zobaczenia. Kocham cię.
– Ja ciebie też, mamo – powiedziała słabym głosem.
Po nużących oczekiwaniach na swoją kolej do odprawy bagażowo-celnej i paszportowej, nastał w końcu moment, w którym swobodnie ruszyła tunelem dzielącym ją od kadłuba samolotu.
Idąc przed siebie z walącym sercem we wnętrzu klatki, ostatni raz zerknęła przez ramię. Posiadała złudne nadzieje, iż Matthew Wainwright się pojawi. Dosłownie cierpiała, rozstając się z nim w taki sposób.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz