Rozdział 17


Mediolan od kilku godzin tonął w ciemnościach. Szarość nocy dawno wkroczyła w życie mieszkańców, a promienie słońca muskające powierzchnię ziemi odeszły w efemeryczną niepamięć. Najjaśniejsza gwiazda kryła swój urok przed światem, przykrywając planetę miękką poduszką mroku. Tylko gdzieniegdzie subtelny blask z okien domów wypływał na ulice, podczas gdy spokojną ciszę zakłócał warkot przejeżdżających samochodów.
Klub położony w centrum miasta, rozbrzmiewał głośną mieszanką zmiksowanych hitów. Niepowtarzalne wnętrze w połączeniu ze starannie dobraną selekcją alkoholi i kolorowym oświetleniem, sprawiało, iż lokal wieczorną porą przyciągał niejednego osobnika pragnącego dobrej zabawy.
– Mango z jabłkiem i trzy razy martini, proszę.
– Pełnoletni? Mogę zobaczyć dokument? – spytał zdawkowo barman, łypiąc podejrzliwym wzrokiem na młodego piłkarza. Davide Santon ciężko westchnął, a wszelkimi siłami powstrzymując się od rzucenia w mężczyznę wiązanką przekleństw, sięgnął dłonią do portfela. – Dziękuję, coś jeszcze? – zapytał, gdy postawił zamówienie na ladę.
– Nie. To wystarczy – odpowiedział, kładąc na kontuarze banknoty. – Reszty nie trzeba – mruknął, przechwytując wszystkie trunki.
Zacisnąwszy dłonie na szklankach, zaczął przepychać się wśród tańczących i przytulonych par. Nie mogło go spotkać nic gorszego, niż błądzenie pomiędzy oparami alkoholu, bądź gryzącego dymu tytoniowego. Nie należało to do najprzyjemniejszych doświadczeń.
– Gdzie podziałyście Fabrizio? – spytał zdziwiony, dostrzegając brak chłopaka przy stoliku, przy którym zastał wyłącznie Vivienne i Marisę. – Myślałem, że świetnie się bawiliście – dodał, spoglądając znacząco na przyjaciółkę.
– Nie, aż tak – odparła Marisa i natychmiast zorientowała się, że połknęła haczyk. – Ale jeśli o niego pytasz to zauważył jakiegoś kolegę i razem zniknęli mi z oczu.
Brunet odruchowo rozejrzał się po klubie.
– Wiesz, co, Dade? Jest tu strasznie gorąco. – Odezwała się w końcu jasnowłosa. – Weźmy drinki i wyjdźmy na zewnątrz. – Wstając z czerwonej sofy, wplotła swoje drobne palce w dłoń piłkarza. – Marisa, idziesz z nami?
– Nie. – Pokręciła delikatnie głową. – Idźcie sami. Ja zostanę i poczekam za Fabrizio. Pewnie zaraz wróci. – Uśmiechnęła się nikle, uciekając wzrokiem w okolice parkietu.
Nieco zawiedzionym spojrzeniem odprowadziła przyjaciela i Vivienne w kierunku drzwi wyjściowych. Lśniące, płowe włosy dziewczyny wyróżniały się wśród włoskiej populacji, zarazem energicznie podrygiwały w takt spokojnych kroków, gdy narzucała na odsłonięte ramiona skórzaną kurtkę.
Marisa postanowiła zachowywać spokój i pozorną grzeczność, wyłącznie, dlatego, aby móc wyjaśnić z Davide zaistniały konflikt. Nie chciała stracić przyjaźni w tak niedojrzały sposób, bowiem uświadomiła sobie, iż w ten sposób nie wpłynie na relacje tej dwójki. Zresztą Santon wydawał się być szczęśliwy w towarzystwie Amerykanki, więc dlaczego miałaby niszczyć czyjąś radość? Ponadto zastanawiała się, czy z dniem wyjazdu blondynki na słoneczną Florydę, relacje Dade i Vivie nie ulegną zmianom.

Srebrny księżyc zawisł wysoko na lipcowym, usianym miliardem gwiazd, niebie. W powietrzu unosił się przyjemny zapach letniego powietrza, a drobne napięcie udzielało się niespokojnie poruszającym po niebie obłokom i drzewom rozkołysanym przez wzbierający na sile wiatr. Ulice miasta pomału pustoszały, a ruch drogowy nie był tak wzmożony jak za dnia.
Davide Santon sącząc zakupiony niedawno koktajl, zerknął przelotnie na siedzącą na niewysokim murku blondynkę. Czuł się naprawdę wyśmienicie w jej towarzystwie, lecz tegoroczne lato mijało zbyt szybko. Im bliżej było końca lipca, coraz bardziej niepokoiła go myśl, że Wainwright za kilka dni wróci do Miami, a on pozostanie w tym samym, bezbarwnym Mediolanie.
Poniekąd Vivienne stała się częścią jego życia, pod wieloma względami tą najlepszą. Nie znał doskonale wartości tych uczuć, ale śmiało mógł rzec, że przywykł do jej obecności i bliskości. Ta dziewczyna była jak wulkan energii a jednocześnie spokojny ocean – nie potrafił do końca jej rozgryźć. W najmniej oczekiwanym momencie, stała się kimś wyjątkowo bliskim, choć ich dość krótka znajomość posiadała charakter na wpół oficjalny.
Nie miał pojęcia, co się z nimi stanie za sześć dni. Niestety jednego był pewien: wszystko ulegnie zmianom. Dotychczas całokształt opierał się na codziennych spotkaniach i nawet nie potrafił sobie wyobrazić, jak będą się porozumiewać przez telefon czy za pośrednictwem smsów. Były jeszcze inne możliwości, na przykład rozmowa przez skype’a, ale w najmniejszym stopniu nie łudził się, że jakiekolwiek komunikatory mogą zastąpić obecny kontakt.
Czyli to oznaczało, że… Co? Wszystko miało ujrzeć koniec szybciej niż myśli? Mieli pozostać tylko małoważnym wspomnieniem w pamięci drugiego? Nie, nie mogą pozwolić, aby ta silnie wytworzona więź została ot tak zerwana.
– Przegapimy imprezę – stwierdził wymijająco, próbując odgonić natarczywe myśli. Nie słysząc jakiegokolwiek odzewu, usiadł beztrosko koło niej. – Viv, słuchasz mnie? – Zerknął na blondwłosą, wpatrzoną w jeden, bliżej nieokreślony, punkt.
– Tak. – Potrząsnęła głową, obdarzając Davide powłóczystym spojrzeniem błękitnych oczu, przywodzących na myśl otchłań oceanu. – Impreza dobrze radzi sobie bez nas. – Uśmiechnęła się lekko, zatapiając usta w szklaneczce wypełnionej alkoholem.
– Co jest? – spytał, odsuwając jasne włosy z jej twarzy.
Wyczuł, że coś jest nie tak. Od momentu opuszczenia budynku kręgielni wydawała się jakby nieobecna. Pomimo, że wspólnie wybrali klubową imprezę odniósł wrażenie, że Viv nie miała najmniejszej ochoty na zabawę. Nie wiedział, dlaczego, ale dręczyło go przeczucie, iż za wszystkim stała rozmowa, którą przebyła z Marisą.
– Powiedz mi – powiedział niemal szeptem. – Co z tym wszystkim będzie? Z tobą i ze mną?
– Nie wiem, co masz na myśli – odparł marszcząc czoło.
– Wiesz. – Kiedy ciężko westchnął, zorientowała się, że zrozumiał. – To już prawie koniec – zgryzła dolną wargę ponownie wypatrując czegoś w ciemnościach, a wzdłuż pleców Włocha przebiegł nieprzyjemny dreszcz. – Jednego jestem pewna; będę za tobą tęskniła.
– Vivienne. – Pośpiesznie ujął jej podbródek, zmuszając by spojrzała mu w oczy. – Posłuchaj… To jeszcze nie jest żaden koniec…
– Już tak – przerwała. – Niedługo wyjeżdżam. A ty…
– Myślisz, że ja o tym nie myślę? – spytał. Przysunął swoją twarz do twarzy dziewczyny, przechwytując jej spojrzenie. – Wiem doskonale i nie boję się tego.
Strach niszczył nadzieję i uczucia zrodzone w sercu człowieka.
– Dlaczego wszystko tak łatwo ci przychodzi? – zapytała, zaczesując nerwowo włosy. – Dla ciebie wszystko jest takie proste.
– Dać ci na to prostą odpowiedź? – spytał pewnie.
– Słucham? – Zwróciła wyraźnie twarz ku niemu.
– Bo… – Zawahał się, lecz ściągnąwszy mocno brwi, uważnie analizował ruch jej oczu. – Bo bardzo cię lubię, Vivie, i nie chcę, aby to wszystko się skończyło. – Zbliżył powoli swoje usta do jej, po czym złączyły się w pocałunku

Ciepłe promienie słoneczne przedzierały się poprzez lekko rozchylone okno, by skończyć wędrówkę na twarzy siedemnastoletniej dziewczyny. Vivienne niechętnie uchyliła powieki czując szalenie łomoczące serce w piersi, a przed oczami dostrzegając tańczące finezyjnie wzory. W głowie blondynki szumiało niemal jak na morzu, gdzie właśnie zerwał się potężny sztorm, natomiast to, co działo się z żołądkiem to nic innego jak mały tajfun powstały z mieszanki ginu, amerykańskiego bourbonu, taniego piwa oraz pikantnej sałatki z Mc’Donalds. Wszystko to razem próbowało wydostać się na zewnątrz pędząc jedno przez drugie, na szczęście jednak skończyło się na potężnym czknięciu i gorzko-słodkawym smaku w ustach.
Przez kilka chwil próbowała doprowadzić swoją świadomość do stanu umożliwiającego, choć trochę logiczne myślenie, jednakże po kilku nieudanych próbach dała za wygraną. Mała kuźnia w tylnej części czaszki z nieznanych przyczyn otwierał ogień za każdym razem, kiedy Vivienne próbowała się poruszyć.
W momencie, gdy ponownie zaczęła poddawać się błogiej senności, niespodziewanie do jej uszu dotarł podniesiony ton dochodzący zza drzwi. Walcząc z uciążliwym bólem sięgnęła po telefon komórkowy, gdzie wyświetlacz wskazywał kilka minut po godzinie jedenastej. Oprócz tego spostrzegła trzy nieodebrane połączenia ze Stanów Zjednoczonych, dwie od matki i jedną od Penny oraz nieodczytaną wiadomość od Davide. Odpisawszy na smsa, postanowiła, że zadzwoni do Miami wieczorem, gdyż aktualnie w rodzinnym mieście dopiero wybiła piąta nad ranem.
Starannie naciągnąwszy biały podkoszulek na ciało, wyszła z pokoju, a następnie skierowała się schodami w dół, gdzie spostrzegła znikającego Terrenzio za frontowymi drzwiami domu. Ani trochę nie kryjąc zdziwienia skierowała się do salonu, gdzie zastała równie zaspaną Marisę. Brunetka przecierając oczy, ujrzała stojące pod ścianą dwie skórzane torby, jakie Concetta zabierała na krótkie wyjazdy.
– Co się tu znowu dzieje? – zapytała głośno Risa.
– Jadą sobie! Jadą sobie – zawołała Clarissa, wbiegając do salonu i z rozentuzjazmowaniem obserwowała dziewczyny będące w zaskoczeniu.
– Kto taki? – spytała po chwili jej starsza siostra.
– Tata i mama jadą do Genui do państwa Moretti.
– Jak to? Tak nagle? Co ich ugryzło? – spytała.
Unosząc wysoko brwi rzuciła okiem w głąb kuchni, ale nie było tam nikogo. Następnie wzrokiem uciekła na zdumioną twarz Vivienne, stojącą nieruchomo w progu pokoju Clarissy.
– Państwo Moretti chcą, żeby tata zbudował im dom – oznajmiła delikatnym tonem dziewięciolatka, miętosząc wierzch różowej piżamy.
– Och, przecież już mają dom – rzuciła szorstko Marisa.
– Ale nie zbudowany przez tatę – odpowiedziała najmłodsza z rodziny Passante, mrużąc srogo powieki i krzyżując ramiona. – Przeprowadzają się i chcą projektu taty.
– Ach, tak, rozumiem. – Ucięła brunetka podchodząc do rozpostartych drzwi wejściowych i wyglądając na podwórko. – Gdzie są mama i tata?
– Mama poszła powiadomić panią Luisę, a tata znosi torby.
– Dobra – mruknęła Marisa, odwracając się w stronę siostry i Vivienne, która z uwagą przysłuchiwała się ich wymianie zdań. – Kiedy wyjeżdżają?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz