Mediolan
od kilku godzin tonął w ciemnościach. Szarość nocy dawno wkroczyła w życie
mieszkańców, a promienie słońca muskające powierzchnię ziemi odeszły w
efemeryczną niepamięć. Najjaśniejsza gwiazda kryła swój urok przed światem,
przykrywając planetę miękką poduszką mroku. Tylko gdzieniegdzie subtelny blask
z okien domów wypływał na ulice, podczas gdy spokojną ciszę zakłócał warkot
przejeżdżających samochodów.
Klub położony
w centrum miasta, rozbrzmiewał głośną mieszanką zmiksowanych hitów.
Niepowtarzalne wnętrze w połączeniu ze starannie dobraną selekcją alkoholi i
kolorowym oświetleniem, sprawiało, iż lokal wieczorną porą przyciągał
niejednego osobnika pragnącego dobrej zabawy.
– Mango z
jabłkiem i trzy razy martini, proszę.
– Pełnoletni?
Mogę zobaczyć dokument? – spytał zdawkowo barman, łypiąc podejrzliwym wzrokiem
na młodego piłkarza. Davide Santon ciężko westchnął, a wszelkimi siłami
powstrzymując się od rzucenia w mężczyznę wiązanką przekleństw, sięgnął dłonią
do portfela. – Dziękuję, coś jeszcze? – zapytał, gdy postawił zamówienie na
ladę.
– Nie. To
wystarczy – odpowiedział, kładąc na kontuarze banknoty. – Reszty nie trzeba –
mruknął, przechwytując wszystkie trunki.
Zacisnąwszy
dłonie na szklankach, zaczął przepychać się wśród tańczących i przytulonych
par. Nie mogło go spotkać nic gorszego, niż błądzenie pomiędzy oparami
alkoholu, bądź gryzącego dymu tytoniowego. Nie należało to do najprzyjemniejszych
doświadczeń.
– Gdzie podziałyście
Fabrizio? – spytał zdziwiony, dostrzegając brak chłopaka przy stoliku, przy
którym zastał wyłącznie Vivienne i Marisę. – Myślałem, że świetnie się
bawiliście – dodał, spoglądając znacząco na przyjaciółkę.
– Nie, aż tak
– odparła Marisa i natychmiast zorientowała się, że połknęła haczyk. – Ale
jeśli o niego pytasz to zauważył jakiegoś kolegę i razem zniknęli mi z oczu.
Brunet
odruchowo rozejrzał się po klubie.
– Wiesz, co,
Dade? Jest tu strasznie gorąco. – Odezwała się w końcu jasnowłosa. – Weźmy drinki
i wyjdźmy na zewnątrz. – Wstając z czerwonej sofy, wplotła swoje drobne palce w
dłoń piłkarza. – Marisa, idziesz z nami?
– Nie. – Pokręciła
delikatnie głową. – Idźcie sami. Ja zostanę i poczekam za Fabrizio. Pewnie
zaraz wróci. – Uśmiechnęła się nikle, uciekając wzrokiem w okolice parkietu.
Nieco
zawiedzionym spojrzeniem odprowadziła przyjaciela i Vivienne w kierunku drzwi
wyjściowych. Lśniące, płowe włosy dziewczyny wyróżniały się wśród włoskiej
populacji, zarazem energicznie podrygiwały w takt spokojnych kroków, gdy
narzucała na odsłonięte ramiona skórzaną kurtkę.
Marisa
postanowiła zachowywać spokój i pozorną grzeczność, wyłącznie, dlatego, aby móc
wyjaśnić z Davide zaistniały konflikt. Nie chciała stracić przyjaźni w tak niedojrzały
sposób, bowiem uświadomiła sobie, iż w ten sposób nie wpłynie na relacje tej
dwójki. Zresztą Santon wydawał się być szczęśliwy w towarzystwie Amerykanki,
więc dlaczego miałaby niszczyć czyjąś radość? Ponadto zastanawiała się, czy z
dniem wyjazdu blondynki na słoneczną Florydę, relacje Dade i Vivie nie ulegną
zmianom.
Srebrny
księżyc zawisł wysoko na lipcowym, usianym miliardem gwiazd, niebie. W
powietrzu unosił się przyjemny zapach letniego powietrza, a drobne napięcie
udzielało się niespokojnie poruszającym po niebie obłokom i drzewom
rozkołysanym przez wzbierający na sile wiatr. Ulice miasta pomału pustoszały, a
ruch drogowy nie był tak wzmożony jak za dnia.
Davide Santon
sącząc zakupiony niedawno koktajl, zerknął przelotnie na siedzącą na niewysokim
murku blondynkę. Czuł się naprawdę wyśmienicie w jej towarzystwie, lecz
tegoroczne lato mijało zbyt szybko. Im bliżej było końca lipca, coraz bardziej
niepokoiła go myśl, że Wainwright za kilka dni wróci do Miami, a on pozostanie
w tym samym, bezbarwnym Mediolanie.
Poniekąd
Vivienne stała się częścią jego życia, pod wieloma względami tą najlepszą. Nie
znał doskonale wartości tych uczuć, ale śmiało mógł rzec, że przywykł do jej
obecności i bliskości. Ta dziewczyna była jak wulkan energii a jednocześnie
spokojny ocean – nie potrafił do końca jej rozgryźć. W najmniej oczekiwanym
momencie, stała się kimś wyjątkowo bliskim, choć ich dość krótka znajomość
posiadała charakter na wpół oficjalny.
Nie miał
pojęcia, co się z nimi stanie za sześć dni. Niestety jednego był pewien:
wszystko ulegnie zmianom. Dotychczas całokształt opierał się na codziennych
spotkaniach i nawet nie potrafił sobie wyobrazić, jak będą się porozumiewać
przez telefon czy za pośrednictwem smsów. Były jeszcze inne możliwości, na
przykład rozmowa przez skype’a, ale w najmniejszym stopniu nie łudził się, że
jakiekolwiek komunikatory mogą zastąpić obecny kontakt.
Czyli to
oznaczało, że… Co? Wszystko miało ujrzeć koniec szybciej niż myśli? Mieli
pozostać tylko małoważnym wspomnieniem w pamięci drugiego? Nie, nie mogą
pozwolić, aby ta silnie wytworzona więź została ot tak zerwana.
– Przegapimy
imprezę – stwierdził wymijająco, próbując odgonić natarczywe myśli. Nie słysząc
jakiegokolwiek odzewu, usiadł beztrosko koło niej. – Viv, słuchasz mnie? – Zerknął
na blondwłosą, wpatrzoną w jeden, bliżej nieokreślony, punkt.
– Tak. – Potrząsnęła
głową, obdarzając Davide powłóczystym spojrzeniem błękitnych oczu, przywodzących
na myśl otchłań oceanu. – Impreza dobrze radzi sobie bez nas. – Uśmiechnęła się
lekko, zatapiając usta w szklaneczce wypełnionej alkoholem.
– Co jest? –
spytał, odsuwając jasne włosy z jej twarzy.
Wyczuł, że coś
jest nie tak. Od momentu opuszczenia budynku kręgielni wydawała się jakby
nieobecna. Pomimo, że wspólnie wybrali klubową imprezę odniósł wrażenie, że Viv
nie miała najmniejszej ochoty na zabawę. Nie wiedział, dlaczego, ale dręczyło
go przeczucie, iż za wszystkim stała rozmowa, którą przebyła z Marisą.
– Powiedz mi –
powiedział niemal szeptem. – Co z tym
wszystkim będzie? Z tobą i ze mną?
– Nie wiem, co
masz na myśli – odparł marszcząc czoło.
– Wiesz. – Kiedy
ciężko westchnął, zorientowała się, że zrozumiał. – To już prawie koniec –
zgryzła dolną wargę ponownie wypatrując czegoś w ciemnościach, a wzdłuż pleców
Włocha przebiegł nieprzyjemny dreszcz. – Jednego jestem pewna; będę za tobą
tęskniła.
– Vivienne. – Pośpiesznie
ujął jej podbródek, zmuszając by spojrzała mu w oczy. – Posłuchaj… To jeszcze
nie jest żaden koniec…
– Już tak –
przerwała. – Niedługo wyjeżdżam. A ty…
– Myślisz, że ja
o tym nie myślę? – spytał. Przysunął swoją twarz do twarzy dziewczyny,
przechwytując jej spojrzenie. – Wiem doskonale i nie boję się tego.
Strach
niszczył nadzieję i uczucia zrodzone w sercu człowieka.
– Dlaczego
wszystko tak łatwo ci przychodzi? – zapytała, zaczesując nerwowo włosy. – Dla
ciebie wszystko jest takie proste.
– Dać ci na to
prostą odpowiedź? – spytał pewnie.
– Słucham? –
Zwróciła wyraźnie twarz ku niemu.
– Bo… – Zawahał
się, lecz ściągnąwszy mocno brwi, uważnie analizował ruch jej oczu. – Bo bardzo
cię lubię, Vivie, i nie chcę, aby to wszystko się skończyło. – Zbliżył powoli swoje
usta do jej, po czym złączyły się w pocałunku
Ciepłe
promienie słoneczne przedzierały się poprzez lekko
rozchylone okno, by skończyć wędrówkę na twarzy siedemnastoletniej
dziewczyny. Vivienne niechętnie uchyliła powieki czując szalenie łomoczące
serce w piersi, a przed oczami dostrzegając tańczące finezyjnie wzory. W głowie
blondynki szumiało niemal jak na morzu, gdzie właśnie zerwał się potężny
sztorm, natomiast to, co działo się z żołądkiem to nic innego jak mały tajfun
powstały z mieszanki ginu, amerykańskiego bourbonu, taniego piwa oraz pikantnej
sałatki z Mc’Donalds. Wszystko to razem próbowało wydostać się na zewnątrz
pędząc jedno przez drugie, na szczęście jednak skończyło się na potężnym
czknięciu i gorzko-słodkawym smaku w ustach.
Przez kilka
chwil próbowała doprowadzić swoją świadomość do stanu umożliwiającego, choć
trochę logiczne myślenie, jednakże po kilku nieudanych próbach dała za wygraną.
Mała kuźnia w tylnej części czaszki z nieznanych przyczyn otwierał ogień za
każdym razem, kiedy Vivienne próbowała się poruszyć.
W momencie,
gdy ponownie zaczęła poddawać się błogiej senności, niespodziewanie do jej uszu
dotarł podniesiony ton dochodzący zza drzwi. Walcząc z uciążliwym bólem
sięgnęła po telefon komórkowy, gdzie wyświetlacz wskazywał kilka minut po
godzinie jedenastej. Oprócz tego spostrzegła trzy nieodebrane połączenia ze
Stanów Zjednoczonych, dwie od matki i jedną od Penny oraz nieodczytaną
wiadomość od Davide. Odpisawszy na smsa, postanowiła, że zadzwoni do Miami
wieczorem, gdyż aktualnie w rodzinnym mieście dopiero wybiła piąta nad ranem.
Starannie
naciągnąwszy biały podkoszulek na ciało, wyszła z pokoju, a następnie
skierowała się schodami w dół, gdzie spostrzegła znikającego Terrenzio za frontowymi
drzwiami domu. Ani trochę nie kryjąc zdziwienia skierowała się do salonu, gdzie
zastała równie zaspaną Marisę. Brunetka przecierając oczy, ujrzała stojące pod
ścianą dwie skórzane torby, jakie Concetta zabierała na krótkie wyjazdy.
– Co się tu znowu
dzieje? – zapytała głośno Risa.
– Jadą sobie!
Jadą sobie – zawołała Clarissa, wbiegając do salonu i z rozentuzjazmowaniem
obserwowała dziewczyny będące w zaskoczeniu.
– Kto taki? –
spytała po chwili jej starsza siostra.
– Tata i mama
jadą do Genui do państwa Moretti.
– Jak to? Tak
nagle? Co ich ugryzło? – spytała.
Unosząc wysoko
brwi rzuciła okiem w głąb kuchni, ale nie było tam nikogo. Następnie wzrokiem
uciekła na zdumioną twarz Vivienne, stojącą nieruchomo w progu pokoju Clarissy.
– Państwo
Moretti chcą, żeby tata zbudował im dom – oznajmiła delikatnym tonem dziewięciolatka,
miętosząc wierzch różowej piżamy.
– Och,
przecież już mają dom – rzuciła szorstko Marisa.
– Ale nie
zbudowany przez tatę – odpowiedziała najmłodsza z rodziny Passante, mrużąc
srogo powieki i krzyżując ramiona. – Przeprowadzają się i chcą projektu taty.
– Ach, tak,
rozumiem. – Ucięła brunetka podchodząc do rozpostartych drzwi wejściowych i
wyglądając na podwórko. – Gdzie są mama i tata?
– Mama poszła
powiadomić panią Luisę, a tata znosi torby.
– Dobra –
mruknęła Marisa, odwracając się w stronę siostry i Vivienne, która z uwagą
przysłuchiwała się ich wymianie zdań. – Kiedy wyjeżdżają?
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz