O
siedemnastej stacja metra należała do równie zatłoczonych, jak w godzinach
szczytu. Ciemnowłosa wysiadłszy ze śnieżnobiałego wagonu, ociężałym krokiem
ruszyła w stronę schodów, prowadzących do wyjścia z podziemi.
Z delikatnie
rysującym się uśmiechem na ustach, opuściła zatłoczony peron i pomaszerowała
rozgrzanym, popołudniowym słońcem chodnikiem. Wielogodzinna przechadzka alejami
centrum handlowego z Livianą, należała do udanych i choć teraz odczuwała
niewiarygodne przemęczanie, nie żałowała spotkania z przyjaciółką. Na
szczęście, podczas drogi powrotnej, otrzymała wiadomość od Fabrizio. Wyjaśnił,
iż najzwyczajniej nie był w stanie wcześniej zadzwonić bądź napisać, ponieważ
od samego rana znajdował się w rozjeździe, a telefon przypadkiem zostawił w domu.
Po około ośmiu
minutach spaceru, zatrzymała się na wąskim chodniczku, wyłożonym szarą kostką
brukową, przy Via Sesto Calende. Ze zdziwieniem spojrzała znad ciemnych
okularów w kierunku porośniętego zielenią trawnika. Dostrzegła znaną, niziutką szatynkę,
a tuż obok czarnowłosą, korpulentnej budowy dziesięcioletnią córkę sąsiadów.
Obydwie majsterkowały coś z dwoma grubymi sznurami i kilkoma palikami, a
nieopodal leżała sterta przeróżnych gadżetów.
– Cóż to za
wynalazek tworzycie? – spytała w końcu, a Clarissa wyprostowała się raptownie,
uważnie zerkając na siostrę. – Ach, już rozumiem. Bawicie się w małych
geniuszy?
– Idiotka! – Warknęła
Clarissa z oburzeniem krzyżując ramiona. – Ty nigdy nic nie rozumiesz! –
dodała. – Czekamy na Vivienne.
– Vivienne? –
powtórzyła wyraźnie zaskoczona Risa.
– Sama widzisz:
ciągle udajesz idiotkę. – Uśmiechnęła się wścibsko, Clarissa. – Przynajmniej
ona obiecała się z nami pobawić, gdy tylko skończy naukę z tatą.
– Jeszcze się
uczy?! – Ściągnęła z nosa okulary.
– Ano tak. Nie
rozumie jak układa się słowa z zdaniu pytającym, więc tata powiedział, że
przerobią to jeszcze raz. – Przechwyciła kolejny palik, podchodząc do Patrizii.
– No nie, im
chyba odbiło! Ta dziewczyna jest stuknięta, pracuje cały dzień! – mruknęła
poirytowana, ruszając wielkimi krokami w stronę schodków.
– To żeby
zrobić przyjemność tacie, który zaprosił ją do Włoch! – krzyknęła za nią Clarissa,
jednakże starsza siostra nawet się raczyła się zatrzymać. Dziewięciolatka
wzruszając ramionami, powróciła do bezwzględnie przerwanej zabawy.
Marisa weszła
do domu zamykając głośno za sobą drzwi. Nie rozumiała, dlaczego wszyscy tak
skrupulatnie bronili tej dziewczyny. Rozpoczęło się od najlepszych przyjaciół,
poprzez rodziców a zakończyło na młodszym rodzeństwie. A może popadała w
absurd?
– Czy te
lekcje włoskiego dają jakieś rezultaty? – zapytała z przekąsem, kiedy zasiadła
przy stole z talerzem pełnym risotto.
Twarz Concetty,
która dotychczas skupiona była na czarnych literkach w gazecie, od razu spochmurniała.
– Nie mam
pojęcia – odpowiedziała ostrym tonem. – Można tylko powiedzieć, że twój ojciec bierze
sobie swoją rolę bardzo do serca…
– Tak? –
spytała unosząc wysoko brwi, zaskoczona brzmieniem głosu rodzicielki. – Tata
nie ma dosyć? Przecież lekcje to nie jest coś, za czym przepada. – Pokręciła
bezradnie głową.
– O mnie mowa?
– spytał Terry, idąc do kuchni z brudnymi naczyniami. Następnie z szafki
wyciągnął torebkę nadziewanych ciasteczek. – Wiecie, co? Nigdy nie widziałem
tak sumiennej dziewczyny. Chciałbym Mariso, żebyś brała z niej przykład. Nie da
się ukryć, twój angielski nie sięga pięt jej włoskiemu. – Rozerwał worek,
wysypując zawartość na talerz.
– Nic nie
szkodzi. – Wzruszyła ramionami. – Tak czy siak nie mam zamiaru posługiwać się w
przyszłości angielskim. W ogóle nie zamierzam opuszczać Włoch – dodała.
– Wiesz
przecież, że nauka języków obcych jest bardzo ważna, by nie rzecz zasadnicza w
naszym społeczeństwie. – Nalegał wpatrując się w córkę. – Popatrz na swoją
siostrę. Nauczyła się masy słówek w zwykłych zabawach czy podczas słuchania piosenek…
– No i zaczęło
się – mruknęła Marisa, wywracając teatralnie oczyma. – Nie możesz zostawić mnie
w spokoju? Zawsze porównujesz to, co robi Clarissa z tym, co ja robiłam, kiedy
miałam dziewięć lat. Bardzo mi przykro, ale ja wchodziłam w stan surowy. Ona ma
o wiele lepsze warunki! Ach, jeszcze jedno – dodała, zeskakując ze stołka, a
przed oczami nagle stanął jej wizerunek Amerykanki i przyjaciela. – Daj mi
przystojnego nauczyciela na lato, a gwarantuję, że zrobię postępy!
Czując kolejną
przeszywającą wskroś falę złości, zlustrowała oniemiałym wzrokiem naprężoną
twarz Terrenzio. Nie wiedziała, dlaczego ojciec nieustannie zestawiał
zachowanie dziewięcioletniej siostry z jej postępowaniem. Czyżby nadal żywił
urazę, iż nie podziela zainteresowania architekturą? Niestety ta sztuka nie
była jej pisana, dlatego wybrała zwykłą, ogólnokształcącą szkołę.
Przeniosła
spojrzenie na Vivienne, która nagle stanęła w progu drzwi balkonowych. Wyraz
jej twarzy był nijaki, niewyrażający jakichkolwiek emocji i uczuć. Risa zmrużyła
srogo powieki, usiłując opanować kolejny wybuch złości. Zaciskając mocno
pięści, przeszła obok Terrenzio cała zesztywniała z miną stwardniałą z gniewu.
Wściekle wchodząc
do błękitnej sypialni trzasnęła mocno drzwiami. Położyła się na niepościelonym
łóżku, stwierdzając, iż dobrze zrobiła, stawiając ojcu sprawę jasno. Miała dość
bezpodstawnych zaczepek oraz porównywania do kogokolwiek. Przecież każdy był
inny, posiadał coś wyjątkowego i niepowtarzalnego.
Dlaczego
mężczyźni, muszą być tacy beznadziejni? Dlaczego Terrenzio wciąż bronił tej dziewczyny?
Dlaczego, do jasnej cholery, tak mu na niej zależy?, pomyślała.
Energicznie
uniosła głowę znad puchowej poduszki, obserwując czarnego kruka, spokojnie
siedzącego na zewnętrznej części parapetu. Pomału analizując własne myśli,
wszystko wydało jej się niewyobrażalnie skomplikowane.
Gniew matki
rozpoczął się w dniu zapowiedzi przyjazdu Vivienne do Włoch. Wzburzenie Conci
miało swe źródło ściśle związane z Amerykanką. W jednym momencie, uświadomiła
sobie, że musi poznać wszelkie szczegóły związane z tajemniczą blondynką.
Rozchylając
powieki późnym, niedzielnym porankiem, próbowała nie wstać lewą nogą i choć nie
wierzyła w tego typu zabobony, wolała uniknąć czyhających nieszczęść za progiem
domu. Wciągnąwszy na siebie stare, wysłużone szorty i modną, kwiaciastą bokserkę
z najnowszej kolekcji, zadecydowała nie odezwać się do nikogo z rodziny.
Następnie
zatelefonowała do Fabrizio, a kiedy Terrenzio zniknął za drzwiami łazienki, z
nikłym uśmiechem na ustach, weszła do salonu. Na szerokiej sofie siedziała
Concetta, a na dywanie roześmiana Clarissa w towarzystwie Vivie i gromady
zabawek. Rzucając blondynce srogie spojrzenie, oznajmiła matce, że resztę dnia
spędzi poza domem i nie ma czekać na nią z obiadem. O dziwo, Concetta nie zareagowała,
a popijając ciepłą kawę ponownie pogrążyła w nurt programu kobiecego.
Godzinę
później, machając płóciennym plecakiem w rytm swoich niespokojnych kroków, przemierzała
jedną z alei parku Sempione. Rozglądając się uważnie za przyjacielem,
obserwowała młodzież kopiącą piłkę a nawet małe dzieci biegające wzdłuż
ścieżek, ganiając wszelkiego rodzaju ptactwo. Marisa na twarzy przybrała
delikatny uśmiech, wspomnieniami wracając do czasów, gdy Clarissa była pełnym
niespożytkowanej energii brzdącem, wolącym prowadzić własny wózek, niźli w nim
siedzieć.
Usiadłszy
samotnie pod dużym dębem oparła plecy o twardy pień. Intensywnie zielone liście
szumiały, opowiadając historie, podczas gdy wiatr był dla nich partnerem w
tańcu i muzyką zarazem. Między koronami, malutkie ptaki przelatywały z gałęzi
na gałąź, poćwierkując wesołą melodię. Wszystko to mieszało się ze sobą tworząc
piękną pieśń.
Wtem ktoś
odciął promienie słoneczne, pogrążając twarz Marisy w słodkim cieniu. Poczuła
długie kosmyki włosów, łaskoczące policzki, a równocześnie z delikatnym muśnięciem
męskich ust prawego lica. Jej nozdrza wypełnił przyjemny i ujmujący zapach
winogron. Całe ciało dziewczyny przeszył lekki dreszcz, a uśmiech wkradł się
zdobiąc buzię.
– Pomyślałem,
że zgłodniejesz, więc kupiłem po drodze. – Fabrizio szeroko uśmiechnął się
uwydatniając proste, śnieżnobiałe zęby oraz urocze dołeczki w policzkach.
Usiadł koło niej, układając na kolanach dziewczyny przezroczystą siateczkę
pełną zielonych owoców.
– Jakiś ty
wspaniałomyślny. – Zerknęła kątem oka na czarnowłosego, wyciągając z torebeczki
niedużą kiść. – Może winogronka? – spytała, mrugając żwawo oczami.
– Nie. – Z
nikłym uśmiechem pokręcił głową, obserwując spod zmrużonych powiek grupkę
młodzików grających w piłkę nożną. – No i co? Chciałaś pogadać, prawda? – Oparł
plecy o pniak, wyciągając i krzyżując nogi przed sobą.
– Chodzi o
Vivienne – rzekła bez wahania.
– Spodziewałem
się, ale co jeszcze? – Westchnął głośno, unosząc wzrok
– O Vivienne i
mojego tatę – powiedziała ledwo słyszalnie, odkładając siatkę owoców na
trawnik. – Ojciec być może nie zdaje sobie z tego sprawy, ale zaczynam dostrzegać
przyczynę wszystkich nieporozumień w domu – rzekła na jednym wydechu,
zauważając jak oczy Fabrizio o kolorze mlecznej czekolady z zainteresowaniem
badały jej rumianą twarz. – Sam popatrz. Tata wrócił ze Stanów Zjednoczonych w
grudniu ubiegłego roku, a wtedy wszystko nagle się posypało. Mama jest wiecznie
nieszczęśliwa lub rozgniewana, a gdy przebywają w jednym pomieszczeniu, o mało,
co się nie pozagryzają. – Zaczęła wymieniać, unosząc odpowiednio palce lewej
ręki w górę.
– Do czego zmierzasz?
– Falcone ściągnął brwi.
– Jak to, do
czego? Gniew mamy wywołany jest przez tę dziewczynę. – Przysiadła na piętach
układając ciepłe dłonie na udach. – Mojemu ojcu i Vivienne wczoraj kompletnie
odbiło. Przesiedzieli cały boży dzień na balkonie ucząc się włoskiego –
kontynuowała, ignorując obojętny wzrok Fabrizio. – Nie mam pojęcia, jak
wytłumaczyć temu bezmózgiemu stworzeniu, że kręcenie się wokół żonatych
facetów, jest nie na miejscu.
Pokręcił
głową, kładąc rękę na jej splecionych dłoniach.
– Ej, Marisa to
nie to. Zapewniam cię, że się mylisz – zacisnął palce na drobnej dłoni
ciemnookiej. – Vivienne nie jest do tego zdolna. Nie w jej stylu, zresztą na
poziomie twojego ojca też nie. – Uśmiechnął się, mając nadzieję, że pozbawi
dziewczynę dziwacznych podejrzeń. – W takim razie wytłumacz mi, po jaką cholerę
miałaby tak lepić się do Davide?
– Ale ja ich
widziałam. – Upierała się Risa, puszczając ostatnią uwagę bruneta mimo uszu.
– Widziałaś
ich przy nauce. To wszystko – kontynuował nieugięcie.
– Uczyć się?
Cały długi dzień?! – Załamany głos i chaotyczne gesty zdradziły rozpacz Marisy,
lecz Fab nie zamierzał ani trochę współczuć.
– Przesadzasz
– stwierdził zdawkowym tonem. – Nie możesz na nią patrzeć, bo zabrała ci dwa
tygodnie wakacji, trochę twoich rodziców i Clarissy, trochę Dade oraz trochę
mnie. – Mocno zacisnął dłoń na ręce dziewczyny, czując, iż próbuje mu się
wyrwać. Nie miał najmniejszego zamiaru po raz kolejny kłócić się z Marisą. –
Wiesz, co? Davide ma do ciebie żal. Moglibyśmy spotkać się we czwórkę i…
– Mam ich
głęboko gdzieś – przerwała rozjuszona, z trudem uwalniając rękę ze stalowego
uścisku Fabrizio. Dynamicznie powstała chwytając woreczek winogron. – Mam dosyć
Vivienne i tego całego zamieszania wokół niej. Powinniśmy mieć ją w nosie i
tyle, rozumiesz? – krzyknęła. – I w końcu przestań się tak o nią martwić, bo ma
już wystarczająco obrońców.
Nie wiedziała
jak mogła cokolwiek jeszcze ocalić z wakacji, które całkowicie zrujnował przyjazd
rówieśniczki z Miami. Przecież kończył się dopiero pierwszy tydzień pobytu
Vivienne we Włoszech, a do wyjazdu na Florydę pozostało siedem dni. Najgorszy
stawał się fakt, iż nawet po wyjeździe blondynki, Davide i Fabrizio na pewno
zachowają w pamięci to koszmarne wrażenie, jakie w nich wywoływała jej
przesadna zazdrość. Paskudna skaza na przyjaźni – a tak wyśmienicie
porozumiewali się w poprzednich latach.
Nieoczekiwanie
nawiedziła ją myśl: co zrobi, jeżeli Terrenzio zaproponuje Vivienne, żeby
została dłużej mając nadzieję, że dziewczyny w końcu się zaprzyjaźnią? Albo
jeżeli Vivienne ze względu na Davide, postanowi studiować w Mediolanie?
Pokręciła intensywnie głową, usiłując powstrzymać gromadzące się łzy pod
powiekami. Odwróciła się na pięcie i przecierając policzek wierzchem dłoni,
ruszyła w kierunku bram wyjściowych z parku.
– Marisa, poczekaj!
– Usłyszała za sobą błagalny ton Fabrizio. – Nie chciałem, żebyś to w ten
sposób odebrała. Nie to miałem na myśli – kontynuował, gdy zatrzymała się.
Nim zdołała
cokolwiek odpowiedzieć, objął ją, mocno przytulając do swego torsu. Marisa pewnie
wtuliła się w ciało Fabrizio, które delikatnie zadrżało tak samo jak jej.
Chłopak wyczuwszy splecione dłonie na swoich plecach i rozpierające znajome
uczucie, uśmiechnął się delikatnie. Potarłszy jej czoło grzbietem nosa,
zanurzył dłoń w miękkich, hebanowych włosach.
– Na mnie
możesz zawsze liczyć, więc jeśli tylko zechcesz, pomogę ci wszystko wyjaśnić –
zapewnił. – Musisz mi tylko obiecać, że zaczniesz myśleć racjonalnie.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz