Rozdział 15


O siedemnastej stacja metra należała do równie zatłoczonych, jak w godzinach szczytu. Ciemnowłosa wysiadłszy ze śnieżnobiałego wagonu, ociężałym krokiem ruszyła w stronę schodów, prowadzących do wyjścia z podziemi.
Z delikatnie rysującym się uśmiechem na ustach, opuściła zatłoczony peron i pomaszerowała rozgrzanym, popołudniowym słońcem chodnikiem. Wielogodzinna przechadzka alejami centrum handlowego z Livianą, należała do udanych i choć teraz odczuwała niewiarygodne przemęczanie, nie żałowała spotkania z przyjaciółką. Na szczęście, podczas drogi powrotnej, otrzymała wiadomość od Fabrizio. Wyjaśnił, iż najzwyczajniej nie był w stanie wcześniej zadzwonić bądź napisać, ponieważ od samego rana znajdował się w rozjeździe, a telefon przypadkiem zostawił w domu.
Po około ośmiu minutach spaceru, zatrzymała się na wąskim chodniczku, wyłożonym szarą kostką brukową, przy Via Sesto Calende. Ze zdziwieniem spojrzała znad ciemnych okularów w kierunku porośniętego zielenią trawnika. Dostrzegła znaną, niziutką szatynkę, a tuż obok czarnowłosą, korpulentnej budowy dziesięcioletnią córkę sąsiadów. Obydwie majsterkowały coś z dwoma grubymi sznurami i kilkoma palikami, a nieopodal leżała sterta przeróżnych gadżetów.
– Cóż to za wynalazek tworzycie? – spytała w końcu, a Clarissa wyprostowała się raptownie, uważnie zerkając na siostrę. – Ach, już rozumiem. Bawicie się w małych geniuszy?
– Idiotka! – Warknęła Clarissa z oburzeniem krzyżując ramiona. – Ty nigdy nic nie rozumiesz! – dodała. – Czekamy na Vivienne.
– Vivienne? – powtórzyła wyraźnie zaskoczona Risa.
– Sama widzisz: ciągle udajesz idiotkę. – Uśmiechnęła się wścibsko, Clarissa. – Przynajmniej ona obiecała się z nami pobawić, gdy tylko skończy naukę z tatą.
– Jeszcze się uczy?! – Ściągnęła z nosa okulary.
– Ano tak. Nie rozumie jak układa się słowa z zdaniu pytającym, więc tata powiedział, że przerobią to jeszcze raz. – Przechwyciła kolejny palik, podchodząc do Patrizii.
– No nie, im chyba odbiło! Ta dziewczyna jest stuknięta, pracuje cały dzień! – mruknęła poirytowana, ruszając wielkimi krokami w stronę schodków.
– To żeby zrobić przyjemność tacie, który zaprosił ją do Włoch! – krzyknęła za nią Clarissa, jednakże starsza siostra nawet się raczyła się zatrzymać. Dziewięciolatka wzruszając ramionami, powróciła do bezwzględnie przerwanej zabawy.
Marisa weszła do domu zamykając głośno za sobą drzwi. Nie rozumiała, dlaczego wszyscy tak skrupulatnie bronili tej dziewczyny. Rozpoczęło się od najlepszych przyjaciół, poprzez rodziców a zakończyło na młodszym rodzeństwie. A może popadała w absurd?
– Czy te lekcje włoskiego dają jakieś rezultaty? – zapytała z przekąsem, kiedy zasiadła przy stole z talerzem pełnym risotto.
Twarz Concetty, która dotychczas skupiona była na czarnych literkach w gazecie, od razu spochmurniała.
– Nie mam pojęcia – odpowiedziała ostrym tonem. – Można tylko powiedzieć, że twój ojciec bierze sobie swoją rolę bardzo do serca…
– Tak? – spytała unosząc wysoko brwi, zaskoczona brzmieniem głosu rodzicielki. – Tata nie ma dosyć? Przecież lekcje to nie jest coś, za czym przepada. – Pokręciła bezradnie głową.
– O mnie mowa? – spytał Terry, idąc do kuchni z brudnymi naczyniami. Następnie z szafki wyciągnął torebkę nadziewanych ciasteczek. – Wiecie, co? Nigdy nie widziałem tak sumiennej dziewczyny. Chciałbym Mariso, żebyś brała z niej przykład. Nie da się ukryć, twój angielski nie sięga pięt jej włoskiemu. – Rozerwał worek, wysypując zawartość na talerz.
– Nic nie szkodzi. – Wzruszyła ramionami. – Tak czy siak nie mam zamiaru posługiwać się w przyszłości angielskim. W ogóle nie zamierzam opuszczać Włoch – dodała.
– Wiesz przecież, że nauka języków obcych jest bardzo ważna, by nie rzecz zasadnicza w naszym społeczeństwie. – Nalegał wpatrując się w córkę. – Popatrz na swoją siostrę. Nauczyła się masy słówek w zwykłych zabawach czy podczas słuchania piosenek…
– No i zaczęło się – mruknęła Marisa, wywracając teatralnie oczyma. – Nie możesz zostawić mnie w spokoju? Zawsze porównujesz to, co robi Clarissa z tym, co ja robiłam, kiedy miałam dziewięć lat. Bardzo mi przykro, ale ja wchodziłam w stan surowy. Ona ma o wiele lepsze warunki! Ach, jeszcze jedno – dodała, zeskakując ze stołka, a przed oczami nagle stanął jej wizerunek Amerykanki i przyjaciela. – Daj mi przystojnego nauczyciela na lato, a gwarantuję, że zrobię postępy!
Czując kolejną przeszywającą wskroś falę złości, zlustrowała oniemiałym wzrokiem naprężoną twarz Terrenzio. Nie wiedziała, dlaczego ojciec nieustannie zestawiał zachowanie dziewięcioletniej siostry z jej postępowaniem. Czyżby nadal żywił urazę, iż nie podziela zainteresowania architekturą? Niestety ta sztuka nie była jej pisana, dlatego wybrała zwykłą, ogólnokształcącą szkołę.
Przeniosła spojrzenie na Vivienne, która nagle stanęła w progu drzwi balkonowych. Wyraz jej twarzy był nijaki, niewyrażający jakichkolwiek emocji i uczuć. Risa zmrużyła srogo powieki, usiłując opanować kolejny wybuch złości. Zaciskając mocno pięści, przeszła obok Terrenzio cała zesztywniała z miną stwardniałą z gniewu.
Wściekle wchodząc do błękitnej sypialni trzasnęła mocno drzwiami. Położyła się na niepościelonym łóżku, stwierdzając, iż dobrze zrobiła, stawiając ojcu sprawę jasno. Miała dość bezpodstawnych zaczepek oraz porównywania do kogokolwiek. Przecież każdy był inny, posiadał coś wyjątkowego i niepowtarzalnego.
Dlaczego mężczyźni, muszą być tacy beznadziejni? Dlaczego Terrenzio wciąż bronił tej dziewczyny? Dlaczego, do jasnej cholery, tak mu na niej zależy?, pomyślała.
Energicznie uniosła głowę znad puchowej poduszki, obserwując czarnego kruka, spokojnie siedzącego na zewnętrznej części parapetu. Pomału analizując własne myśli, wszystko wydało jej się niewyobrażalnie skomplikowane.
Gniew matki rozpoczął się w dniu zapowiedzi przyjazdu Vivienne do Włoch. Wzburzenie Conci miało swe źródło ściśle związane z Amerykanką. W jednym momencie, uświadomiła sobie, że musi poznać wszelkie szczegóły związane z tajemniczą blondynką.

Rozchylając powieki późnym, niedzielnym porankiem, próbowała nie wstać lewą nogą i choć nie wierzyła w tego typu zabobony, wolała uniknąć czyhających nieszczęść za progiem domu. Wciągnąwszy na siebie stare, wysłużone szorty i modną, kwiaciastą bokserkę z najnowszej kolekcji, zadecydowała nie odezwać się do nikogo z rodziny.
Następnie zatelefonowała do Fabrizio, a kiedy Terrenzio zniknął za drzwiami łazienki, z nikłym uśmiechem na ustach, weszła do salonu. Na szerokiej sofie siedziała Concetta, a na dywanie roześmiana Clarissa w towarzystwie Vivie i gromady zabawek. Rzucając blondynce srogie spojrzenie, oznajmiła matce, że resztę dnia spędzi poza domem i nie ma czekać na nią z obiadem. O dziwo, Concetta nie zareagowała, a popijając ciepłą kawę ponownie pogrążyła w nurt programu kobiecego.
Godzinę później, machając płóciennym plecakiem w rytm swoich niespokojnych kroków, przemierzała jedną z alei parku Sempione. Rozglądając się uważnie za przyjacielem, obserwowała młodzież kopiącą piłkę a nawet małe dzieci biegające wzdłuż ścieżek, ganiając wszelkiego rodzaju ptactwo. Marisa na twarzy przybrała delikatny uśmiech, wspomnieniami wracając do czasów, gdy Clarissa była pełnym niespożytkowanej energii brzdącem, wolącym prowadzić własny wózek, niźli w nim siedzieć.
Usiadłszy samotnie pod dużym dębem oparła plecy o twardy pień. Intensywnie zielone liście szumiały, opowiadając historie, podczas gdy wiatr był dla nich partnerem w tańcu i muzyką zarazem. Między koronami, malutkie ptaki przelatywały z gałęzi na gałąź, poćwierkując wesołą melodię. Wszystko to mieszało się ze sobą tworząc piękną pieśń.
Wtem ktoś odciął promienie słoneczne, pogrążając twarz Marisy w słodkim cieniu. Poczuła długie kosmyki włosów, łaskoczące policzki, a równocześnie z delikatnym muśnięciem męskich ust prawego lica. Jej nozdrza wypełnił przyjemny i ujmujący zapach winogron. Całe ciało dziewczyny przeszył lekki dreszcz, a uśmiech wkradł się zdobiąc buzię.
– Pomyślałem, że zgłodniejesz, więc kupiłem po drodze. – Fabrizio szeroko uśmiechnął się uwydatniając proste, śnieżnobiałe zęby oraz urocze dołeczki w policzkach. Usiadł koło niej, układając na kolanach dziewczyny przezroczystą siateczkę pełną zielonych owoców.
– Jakiś ty wspaniałomyślny. – Zerknęła kątem oka na czarnowłosego, wyciągając z torebeczki niedużą kiść. – Może winogronka? – spytała, mrugając żwawo oczami.
– Nie. – Z nikłym uśmiechem pokręcił głową, obserwując spod zmrużonych powiek grupkę młodzików grających w piłkę nożną. – No i co? Chciałaś pogadać, prawda? – Oparł plecy o pniak, wyciągając i krzyżując nogi przed sobą.
– Chodzi o Vivienne – rzekła bez wahania.
– Spodziewałem się, ale co jeszcze? – Westchnął głośno, unosząc wzrok
– O Vivienne i mojego tatę – powiedziała ledwo słyszalnie, odkładając siatkę owoców na trawnik. – Ojciec być może nie zdaje sobie z tego sprawy, ale zaczynam dostrzegać przyczynę wszystkich nieporozumień w domu – rzekła na jednym wydechu, zauważając jak oczy Fabrizio o kolorze mlecznej czekolady z zainteresowaniem badały jej rumianą twarz. – Sam popatrz. Tata wrócił ze Stanów Zjednoczonych w grudniu ubiegłego roku, a wtedy wszystko nagle się posypało. Mama jest wiecznie nieszczęśliwa lub rozgniewana, a gdy przebywają w jednym pomieszczeniu, o mało, co się nie pozagryzają. – Zaczęła wymieniać, unosząc odpowiednio palce lewej ręki w górę.
– Do czego zmierzasz? – Falcone ściągnął brwi.
– Jak to, do czego? Gniew mamy wywołany jest przez tę dziewczynę. – Przysiadła na piętach układając ciepłe dłonie na udach. – Mojemu ojcu i Vivienne wczoraj kompletnie odbiło. Przesiedzieli cały boży dzień na balkonie ucząc się włoskiego – kontynuowała, ignorując obojętny wzrok Fabrizio. – Nie mam pojęcia, jak wytłumaczyć temu bezmózgiemu stworzeniu, że kręcenie się wokół żonatych facetów, jest nie na miejscu.
Pokręcił głową, kładąc rękę na jej splecionych dłoniach.
– Ej, Marisa to nie to. Zapewniam cię, że się mylisz – zacisnął palce na drobnej dłoni ciemnookiej. – Vivienne nie jest do tego zdolna. Nie w jej stylu, zresztą na poziomie twojego ojca też nie. – Uśmiechnął się, mając nadzieję, że pozbawi dziewczynę dziwacznych podejrzeń. – W takim razie wytłumacz mi, po jaką cholerę miałaby tak lepić się do Davide?
– Ale ja ich widziałam. – Upierała się Risa, puszczając ostatnią uwagę bruneta mimo uszu.
– Widziałaś ich przy nauce. To wszystko – kontynuował nieugięcie.
– Uczyć się? Cały długi dzień?! – Załamany głos i chaotyczne gesty zdradziły rozpacz Marisy, lecz Fab nie zamierzał ani trochę współczuć.
– Przesadzasz – stwierdził zdawkowym tonem. – Nie możesz na nią patrzeć, bo zabrała ci dwa tygodnie wakacji, trochę twoich rodziców i Clarissy, trochę Dade oraz trochę mnie. – Mocno zacisnął dłoń na ręce dziewczyny, czując, iż próbuje mu się wyrwać. Nie miał najmniejszego zamiaru po raz kolejny kłócić się z Marisą. – Wiesz, co? Davide ma do ciebie żal. Moglibyśmy spotkać się we czwórkę i…
– Mam ich głęboko gdzieś – przerwała rozjuszona, z trudem uwalniając rękę ze stalowego uścisku Fabrizio. Dynamicznie powstała chwytając woreczek winogron. – Mam dosyć Vivienne i tego całego zamieszania wokół niej. Powinniśmy mieć ją w nosie i tyle, rozumiesz? – krzyknęła. – I w końcu przestań się tak o nią martwić, bo ma już wystarczająco obrońców.
Nie wiedziała jak mogła cokolwiek jeszcze ocalić z wakacji, które całkowicie zrujnował przyjazd rówieśniczki z Miami. Przecież kończył się dopiero pierwszy tydzień pobytu Vivienne we Włoszech, a do wyjazdu na Florydę pozostało siedem dni. Najgorszy stawał się fakt, iż nawet po wyjeździe blondynki, Davide i Fabrizio na pewno zachowają w pamięci to koszmarne wrażenie, jakie w nich wywoływała jej przesadna zazdrość. Paskudna skaza na przyjaźni – a tak wyśmienicie porozumiewali się w poprzednich latach.
Nieoczekiwanie nawiedziła ją myśl: co zrobi, jeżeli Terrenzio zaproponuje Vivienne, żeby została dłużej mając nadzieję, że dziewczyny w końcu się zaprzyjaźnią? Albo jeżeli Vivienne ze względu na Davide, postanowi studiować w Mediolanie? Pokręciła intensywnie głową, usiłując powstrzymać gromadzące się łzy pod powiekami. Odwróciła się na pięcie i przecierając policzek wierzchem dłoni, ruszyła w kierunku bram wyjściowych z parku.
– Marisa, poczekaj! – Usłyszała za sobą błagalny ton Fabrizio. – Nie chciałem, żebyś to w ten sposób odebrała. Nie to miałem na myśli – kontynuował, gdy zatrzymała się.
Nim zdołała cokolwiek odpowiedzieć, objął ją, mocno przytulając do swego torsu. Marisa pewnie wtuliła się w ciało Fabrizio, które delikatnie zadrżało tak samo jak jej. Chłopak wyczuwszy splecione dłonie na swoich plecach i rozpierające znajome uczucie, uśmiechnął się delikatnie. Potarłszy jej czoło grzbietem nosa, zanurzył dłoń w miękkich, hebanowych włosach.
– Na mnie możesz zawsze liczyć, więc jeśli tylko zechcesz, pomogę ci wszystko wyjaśnić – zapewnił. – Musisz mi tylko obiecać, że zaczniesz myśleć racjonalnie.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz