W sobotnie
przedpołudnie, Marisa Passante, bezczynnie leżała w wygodnym łóżku, w ciszy
analizując postępowanie ubiegłego dnia. Dopiero teraz wszystkie negatywne
emocje, masowo kumulujące się w minionym okresie czasu, spokojnie odpuszczały pozostawiając
przy tym mętlik w głowie. Nie miała najmniejszego pojęcia, co ją opętało, iż
przejawiła się w niej skłonność do wypowiedzenia na głos tylu niegustownych
słów. Z cichym jękiem zakryła twarz dłońmi, czując poniekąd żal do samej siebie.
Mogła porozmawiać z Davide spokojniej, nie urządzając scen niczym rozkapryszona
małolata.
Mając dość wylegiwania
się, skierowała kroki w stronę kuchni. Zastając obwiązaną białym fartuszkiem w
talii, Concettę, ze ściągniętymi kruczoczarnymi włosami w wysokiego kuca na
wierzchu głowy i niesfornie opadającymi kosmykami grzywki na rumianą twarz,
przysiadła na wysokim krześle przy wysepce kuchennej.
– Dzień dobry.
– Przywitała się obserwując szczupłą sylwetkę kobiety. – Co Vivienne robi z
tatą na tarasie? – spytała podejrzliwie.
Pomimo
deszczowej, burzliwej nocy powietrze należało do ciężkich i nieco dusznych, a
rozparte na oścież drzwi balkonowe w salonie nie przynosiły ukojenia. Od pewnego
czasu marzyła o klimatyzacji, aczkolwiek rodzice w bezlitosny sposób pozbawili
ją złudzeń, kategorycznie mówiąc „nie” pomysłowi.
– Terrenzio
udziela lekcji gramatyki włoskiej – oznajmiła Concetta, płucząc dłonie. – Na
ten głupi pomysł wpadł wczoraj wieczorem i zwróciłam mu grzecznie uwagę, że
skoro wymyślił coś tak absurdalnego, byłoby naturalne, gdyby sam się tym zajął.
– Chwyciła szmaciany ręczniczek starannie, wycierając zimne kropelki ze skóry.
– Ech, teraz powiedz, co naprawdę wczoraj zaszło. Nigdy nie wróciłaś do domu w
takim stanie. – Kobieta odrzuciła materiał, stając naprzeciwko córki.
– Mamo, wiem,
że się martwisz, ale… – Spuściła wzrok na pomalowane czarnym lakierem
paznokcie. Westchnąwszy uświadomiła sobie, że kolejny raz w ciągu tego miesiąca
próbuje minąć się z prawdą. – Przysięgam, że nie wytrzymam jeszcze tygodnia z
tą idiotką – mruknęła, podpierając podbródek na otwartej dłoni. – Wkurza mnie
jak nikt inny.
– A mnie to
myślisz, bawi? – spytała ściszając zdecydowanie głos. – Musimy ją tolerować.
Trzeba to jakoś przecierpieć, rozumiesz? – Jakby chcąc dodać otuchy musnęła wierzchem
dłoni jej policzek.
– Poczekaj, bo
czegoś chyba nie zrozumiałam – oznajmiła, starając się zachować łagodny ton. –
To, że mama tej dziewczyny jest dawną koleżanką taty ze studiów to jeszcze nie
powód, żebyśmy musiały się z nią użerać. – Uniosła wysoko brwi, oczekując
odpowiedzi.
– Jest –
ucięła krótko, aczkolwiek twardo.
– Jak to
„jest”? – spytała zaskoczona Marisa, wstając na równe nogi. Wyjrzała zza łuku w
kierunku balkonu, gdzie siedział Terrenzio otulony ciepłym, bawełnianym swetrem
oraz Vivienne w grubej wiosennej bluzie. – Wyjaśnisz mi w końcu łaskawie, co tu
się dzieje?
– Kochanie,
nic się nie dzieje – odpowiedziała pani Passante, usiłując zachować spokojny i
lekki ton. – Pamiętaj: to jeszcze tylko siedem dni…
– Nie dam
rady! Uprzedzam – rzekła wyzywająco Marisa, krzyżując ręce na wysokości klatki
piersiowej. – Do szczęścia nam nie jest potrzebna.
– A jednak
będziesz musiała dać radę. – Concetta gorączkowo się odwróciła, powracając do
przyprawiania mięsa.
Za piętnaście
trzynasta, Marisa Passante, siedziała na marmurowej fontannie w środku centrum
handlowego. Sobotnie popołudnie należało do tłocznych. Setki nóg przemierzało
szerokie aleje galerii tylko po to, aby móc nacieszyć wzrok widokiem
skrupulatnie wyeksponowanych wystaw sklepowych.
Brunetka
bezczynnie wpatrzona w ekran czerwono-czarnego telefonu komórkowego, wydawała
się pochłonięta własnymi myślami. Komórka milczała od poprzedniego wieczoru i
nie miała bladego pojęcia, dlaczego żaden z przyjaciół nie odpisywał na jej
wiadomości
Czuła
wzbierające na sile poczucie winy, a zarazem bezsilność i zdruzgotanie. Choćby
na chwilę chciałaby spotkać Fabrizio i Davide, aby przeprosić za niepotrzebny
naskok, lecz w gruncie rzeczy miała dość, tego, że starzy przyjaciele ot tak
odsunęli ją na dalszy plan.
Niespodziewanie
poczuła na twarzy pojedyncze kropelki lodowatej wody. Zmrużyła oczy, przenosząc
wściekłe spojrzenie na siedzącą obok dziewczynę. Liviana Rossi to wysoka,
zgrabna siedemnastolatka o wyjątkowo silnym charakterze. Zawsze potrafiąca
wybronić własnego zdania, asertywna Włoszka z portugalskimi korzeniami. Jednak
pomimo tego nie wyzbyła się dziewczęcego uroku, potrafiącego przyciągnąć
niejednego osobnika płci męskiej.
– Czy chłopcy
głupieją tak na długo? – spytała Risa, chowając telefon do kieszeni jasnych
dżinsów. Z malującym się zawodem w oczach, zerknęła na ciemną cerę Liv.
– Obawiam się,
że tak – odpowiedziała bez uśmiechu.
– Jeśli
myślisz o tym swoim żołnierzu to jeszcze się z nim spotkasz – powiedziała
Marisa, szturchając zaczepnie Livię ramieniem. Rossi wdała się w wakacyjny
romans z dwudziestotrzyletnim włoskim wojskowym przebywającym u rodziny na
dwutygodniowej przepustce. – No rozchmurz się, zobaczysz go prędzej, niż
myślisz.
– Niestety
miłość bywa bezlitosną suką. – Pokręciła głową, zgryzając dolną wargę. – Lepiej
opowiadaj, co tam u uprzykrzającej życie przyjaciółeczki?
– Och, nie
żartuj sobie. – Jęknęła, podciągając kolana pod brodę. – Pojawiła się nie
wiadomo skąd i sieje zamęt. Na dodatek Fabrizio i Davide zgłupieli na jej widok!
– Jestem
pewna, że masz w sobie więcej uroku, zatem głowa do góry. Zresztą… Zdziwiłabym
się, gdyby Fabrizio nie był tego samego zdania. – Rozpromieniła się Liviana,
szczypiąc brunetkę w przedramię. – Poza tym w ostatni weekend przed
rozpoczęciem nowego oku szkolnego organizuję imprezę. Zrób pierwszy krok!
Zaproś go.
Risa roześmiała
się, kręcąc delikatnie głową. Liviana, miała rację. Może zamiast zgrywać
niedostępną i wieczne zazdrosną pannę, powinna przystąpić do ataku?
Vivienne Wainwright
śledząc wzrokiem kolejny ciąg wyrazów, wypisanych starannym pismem w zeszycie,
zaczesała pasmo prostych włosów za ucho. Wspólną naukę z Terrenzio mogła
zaliczyć do udanych. W przeciągu kilkunastu godzin, zdołała zrozumieć wiele
istotnych rzeczy, które nieudolnie próbował przekazać nauczyciel włoskiego w
liceum.
Westchnąwszy
cicho, dyskretnie przeniosła wzrok na Włocha, siedzącego swobodnie w ogrodowym
krześle, wykonanym z drewna eukaliptusa. W prawej dłoni przytrzymywał uszko
białej filiżanki, a spojrzeniem błądził po zielonym, rozkwitniętym ogrodzie.
Zmrużyła mocno
oczy, bowiem od paru chwil nie potrafiła skupić całkowitej uwagi na
przyswajaniu nowych wiadomości. Myśli zaprzątała sobie Davide. Nie bardzo wiedziała,
w jaki sposób poprzedniego wieczoru doszło do pocałunku, ale jednak podobało
jej się to. Ku zdziwieniu – nawet bardzo.
Z drugiej
strony nie miała pojęcia, dlaczego Santon ją lubił. Nasuwające się pytanie
nurtowało ją od kilku chwil, a sama myśl należała częściowo do zdumiewających.
Ponadto nie
potrafiła zinterpretować własnych myśli. Niezłomnie zaprzeczały same sobie.
Powtarzała sobie, iż do Włoszech nie przyjechała dla głupiego, letniego romansu
i powinna zakończyć wszystko jak najszybciej. Natomiast druga strona mówiła, że
z każdej, nawet najgorszej sytuacji, jest jakieś wyjście. I tym razem również
takie istnieje.
Ponownie
szczerze ubolewała nad nieobecnością, Penelope Chambers. Nagle pomyślała, żeby
zadzwonić do przyjaciółki, lecz po chwili zdała sobie sprawę, iż to nie byłoby
tym samym. Zresztą nie wiedziała, w jaki sposób wszystko precyzyjnie streścić.
– Masz jakiś
problem, Vivienne? – Usłyszała ciepły głos Terrenzio, który odkładając
filiżankę na krokiewny stół, zajrzał w jej notatki. – A może zmęczona jesteś? W
końcu siedzimy tutaj od poranka – dodał, nadal mówiąc w języku angielskim.
– Nie, nie mam.
– Zaprzeczyła, nerwowo zgryzając długopis.
– Martwisz się
czymś. Widzę to. – Ujrzała delikatny uśmiech mężczyzny, co doprowadziło do
cichego westchnięcia. Czasami zwyczajnie nie potrafiła ukryć emocji. – Concetta
ostatnio powiedziała mi, że zbliżyłaś się do Davide – zaczął niepewnie,
dostrzegając nieco zdziwione i zakłopotane spojrzenie blondynki. – Nie uważasz,
że będzie dla was obojga lepiej, jeżeli zaczniecie widywać się rzadziej? Trochę
się obawiam, do czego to może doprowadzić. Znasz go dopiero od tygodnia.
– Myślałam, że
go pan lubi. – Zauważyła, mrużąc delikatnie oczy. W ogóle nie rozumiała,
dlaczego poruszał temat jej relacji z piłkarzem.
– Owszem,
lubię. Nawet bardzo. – Potwierdził entuzjastycznym skinięciem głowy, patrząc na
nią podejrzliwym wzrokiem. – Tylko jesteście oboje tacy młodzi. Niejednokrotnie
słyszę o dziewczynach w twoim wieku, zakochanych w chłopaku, które rujnują
sobie edukację. Rozumiesz… Zwykle wysoką cenę za to płaci kobieta, ale Davide
to przyzwoity chłopak. On również by cierpiał – stwierdził ostatecznie, masując
dłonią tył karku. – Vivienne, zwyczajnie nie chce, abyś wyjechała stąd smutna
lub zawiedziona.
Spięła się
nieznacznie, gdyż nikt nie wiedział, co czuła. Sytuacja, w której tkwiła,
zapewne nie należała do łatwych, bowiem wymagała dorosłych oraz przede
wszystkim przemyślanych rozwiązań. A może powinna złapać, czym prędzej za
słuchawkę i zatelefonować do Miami, oznajmiając o wcześniejszym wylocie z
Półwyspu Apenińskiego?
Tak z
pewnością byłoby łatwiej, ale czy lepiej?
– Skoro już o
tym mowa, powiedz mi, czy masz jakieś plany na przyszłość? – Zmienił temat,
najwyraźniej wyczuwając niechęć do rozmowy.
– Po
skończeniu liceum chcę pójść do Florida International University –
odpowiedziała, słysząc dźwięki muzyki z lat osiemdziesiątych, które docierały z
wieży stereofonicznej w salonie. – Architektura.
– Powinno być
fajnie. – Zauważył, unosząc delikatnie kąciki ust. – Nie myślałaś nigdy o studiach
w Nowym Jorku? Twoja mama ukończyła architektonikę na Uniwersytecie Columbia.
Uczelnia należy do Ivy League.
– Tak, to
świetna szkoła z przepięknym campusem. – Wyrecytowała sztucznie, przypominając
sobie natarczywe namowy Vicky. – Faktycznie ma niewiarygodny program studiów,
ale nie chcę robić zawsze tego, co chce mama – oznajmiła, stanowczym głosem.
Wyjazd do Włoch
był pomysłem Victorii. Nie chciała zawieść rodzicielki, dlatego z dobrej,
aczkolwiek nieco przymuszonej woli, postanowiła spakować walizki wyruszając w dwutygodniową
podróż. Natomiast uczelnie chciała wybrać samodzielnie.
– Nie wydajesz
się szczególnie podekscytowana. – Terrenzio przybrał na jasnej twarzy delikatny
uśmiech, w którym było coś dodającego otuchy i odwagi.
Wzruszyła
ramionami, a przewlekłą ciszę w dalszym ciągu przeszywała melodia piosenki Led Zeppelin.
Niezręczne milczenie wykorzystała na szczegółowe zbadanie twarzy Włocha,
zawieszając na dłużej wnikliwy wzrok w prawej części buzi mężczyzny. Zmrużyła
powieki, a myśli wypełniła kolejna fala niedyskretnych pytań.
– Czy mogę
zadać panu pytanie? – spytała, naciągając rękawy popielatej bluzy na dłonie,
wyczuwszy nieprzyjemny powiew chłodnego wiatru. Skinął głową. – Skąd ma pan
bliznę? – Wskazała palcem prawą skroń.
– Tę? – spytał
z niepewnym uśmiechem, dotykając owego miejsca. – Och, walka na noże, siedemnaście
lat temu. – Wzrokiem uważnie śledził jej zachowanie. – Miałem dwudzieste trzecie
urodziny. Byliśmy kompletnie pijani i wieczorem odprowadzałem twoją matkę. Nowy
Jork to koszmarnie niebezpieczne miasto, ale niestety wtedy o tym nie
pomyślałem. Zaczepiła nas banda rzezimieszków. Chroniłem Victorię i gość
drasnął mnie koło oka.
– To straszne!
– Zaskoczona, zakryła dłońmi usta.
Wprawdzie
słyszała wiele dramatycznych i przerażających historii na temat nowojorskich
dzielnic, ale opowieść Passante z pewnością ją zszokowała. Przez moment
zastanawiała się, gdzie w tym samym momencie był jej ojciec. Opowieści
rodzicielki wskazały, iż Matta poznała będąc w przedostatniej klasie liceum,
gdy studiował prawo na nowojorskim uniwersytecie.
– Dlaczego
straszne? – spytał, przerywając natłok myśli. Przybrał na twarzy wesoły
uśmiech. – Celował w oko. Gdyby nie chybił oboje wiemy, jakie byłyby tego
skutki.
Uśmiechnęła
się ledwo dostrzegalnie, zastanawiając się, dlaczego Victoria opowiadając o
młodości nigdy nie wspomniała o Terrenzio. Pomimo silnej chęci dowiedzenia się
czegoś więcej o feralnym wieczorze, spuściła wzrok na swoje notatki.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz