Rozdział 14


W sobotnie przedpołudnie, Marisa Passante, bezczynnie leżała w wygodnym łóżku, w ciszy analizując postępowanie ubiegłego dnia. Dopiero teraz wszystkie negatywne emocje, masowo kumulujące się w minionym okresie czasu, spokojnie odpuszczały pozostawiając przy tym mętlik w głowie. Nie miała najmniejszego pojęcia, co ją opętało, iż przejawiła się w niej skłonność do wypowiedzenia na głos tylu niegustownych słów. Z cichym jękiem zakryła twarz dłońmi, czując poniekąd żal do samej siebie. Mogła porozmawiać z Davide spokojniej, nie urządzając scen niczym rozkapryszona małolata.
Mając dość wylegiwania się, skierowała kroki w stronę kuchni. Zastając obwiązaną białym fartuszkiem w talii, Concettę, ze ściągniętymi kruczoczarnymi włosami w wysokiego kuca na wierzchu głowy i niesfornie opadającymi kosmykami grzywki na rumianą twarz, przysiadła na wysokim krześle przy wysepce kuchennej.
– Dzień dobry. – Przywitała się obserwując szczupłą sylwetkę kobiety. – Co Vivienne robi z tatą na tarasie? – spytała podejrzliwie.
Pomimo deszczowej, burzliwej nocy powietrze należało do ciężkich i nieco dusznych, a rozparte na oścież drzwi balkonowe w salonie nie przynosiły ukojenia. Od pewnego czasu marzyła o klimatyzacji, aczkolwiek rodzice w bezlitosny sposób pozbawili ją złudzeń, kategorycznie mówiąc „nie” pomysłowi.
– Terrenzio udziela lekcji gramatyki włoskiej – oznajmiła Concetta, płucząc dłonie. – Na ten głupi pomysł wpadł wczoraj wieczorem i zwróciłam mu grzecznie uwagę, że skoro wymyślił coś tak absurdalnego, byłoby naturalne, gdyby sam się tym zajął. – Chwyciła szmaciany ręczniczek starannie, wycierając zimne kropelki ze skóry. – Ech, teraz powiedz, co naprawdę wczoraj zaszło. Nigdy nie wróciłaś do domu w takim stanie. – Kobieta odrzuciła materiał, stając naprzeciwko córki.
– Mamo, wiem, że się martwisz, ale… – Spuściła wzrok na pomalowane czarnym lakierem paznokcie. Westchnąwszy uświadomiła sobie, że kolejny raz w ciągu tego miesiąca próbuje minąć się z prawdą. – Przysięgam, że nie wytrzymam jeszcze tygodnia z tą idiotką – mruknęła, podpierając podbródek na otwartej dłoni. – Wkurza mnie jak nikt inny.
– A mnie to myślisz, bawi? – spytała ściszając zdecydowanie głos. – Musimy ją tolerować. Trzeba to jakoś przecierpieć, rozumiesz? – Jakby chcąc dodać otuchy musnęła wierzchem dłoni jej policzek.
– Poczekaj, bo czegoś chyba nie zrozumiałam – oznajmiła, starając się zachować łagodny ton. – To, że mama tej dziewczyny jest dawną koleżanką taty ze studiów to jeszcze nie powód, żebyśmy musiały się z nią użerać. – Uniosła wysoko brwi, oczekując odpowiedzi.
– Jest – ucięła krótko, aczkolwiek twardo.
– Jak to „jest”? – spytała zaskoczona Marisa, wstając na równe nogi. Wyjrzała zza łuku w kierunku balkonu, gdzie siedział Terrenzio otulony ciepłym, bawełnianym swetrem oraz Vivienne w grubej wiosennej bluzie. – Wyjaśnisz mi w końcu łaskawie, co tu się dzieje?
– Kochanie, nic się nie dzieje – odpowiedziała pani Passante, usiłując zachować spokojny i lekki ton. – Pamiętaj: to jeszcze tylko siedem dni…
– Nie dam rady! Uprzedzam – rzekła wyzywająco Marisa, krzyżując ręce na wysokości klatki piersiowej. – Do szczęścia nam nie jest potrzebna.
– A jednak będziesz musiała dać radę. – Concetta gorączkowo się odwróciła, powracając do przyprawiania mięsa.

Za piętnaście trzynasta, Marisa Passante, siedziała na marmurowej fontannie w środku centrum handlowego. Sobotnie popołudnie należało do tłocznych. Setki nóg przemierzało szerokie aleje galerii tylko po to, aby móc nacieszyć wzrok widokiem skrupulatnie wyeksponowanych wystaw sklepowych.
Brunetka bezczynnie wpatrzona w ekran czerwono-czarnego telefonu komórkowego, wydawała się pochłonięta własnymi myślami. Komórka milczała od poprzedniego wieczoru i nie miała bladego pojęcia, dlaczego żaden z przyjaciół nie odpisywał na jej wiadomości
Czuła wzbierające na sile poczucie winy, a zarazem bezsilność i zdruzgotanie. Choćby na chwilę chciałaby spotkać Fabrizio i Davide, aby przeprosić za niepotrzebny naskok, lecz w gruncie rzeczy miała dość, tego, że starzy przyjaciele ot tak odsunęli ją na dalszy plan.
Niespodziewanie poczuła na twarzy pojedyncze kropelki lodowatej wody. Zmrużyła oczy, przenosząc wściekłe spojrzenie na siedzącą obok dziewczynę. Liviana Rossi to wysoka, zgrabna siedemnastolatka o wyjątkowo silnym charakterze. Zawsze potrafiąca wybronić własnego zdania, asertywna Włoszka z portugalskimi korzeniami. Jednak pomimo tego nie wyzbyła się dziewczęcego uroku, potrafiącego przyciągnąć niejednego osobnika płci męskiej.
– Czy chłopcy głupieją tak na długo? – spytała Risa, chowając telefon do kieszeni jasnych dżinsów. Z malującym się zawodem w oczach, zerknęła na ciemną cerę Liv.
– Obawiam się, że tak – odpowiedziała bez uśmiechu.
– Jeśli myślisz o tym swoim żołnierzu to jeszcze się z nim spotkasz – powiedziała Marisa, szturchając zaczepnie Livię ramieniem. Rossi wdała się w wakacyjny romans z dwudziestotrzyletnim włoskim wojskowym przebywającym u rodziny na dwutygodniowej przepustce. – No rozchmurz się, zobaczysz go prędzej, niż myślisz.
– Niestety miłość bywa bezlitosną suką. – Pokręciła głową, zgryzając dolną wargę. – Lepiej opowiadaj, co tam u uprzykrzającej życie przyjaciółeczki?
– Och, nie żartuj sobie. – Jęknęła, podciągając kolana pod brodę. – Pojawiła się nie wiadomo skąd i sieje zamęt. Na dodatek Fabrizio i Davide zgłupieli na jej widok!
– Jestem pewna, że masz w sobie więcej uroku, zatem głowa do góry. Zresztą… Zdziwiłabym się, gdyby Fabrizio nie był tego samego zdania. – Rozpromieniła się Liviana, szczypiąc brunetkę w przedramię. – Poza tym w ostatni weekend przed rozpoczęciem nowego oku szkolnego organizuję imprezę. Zrób pierwszy krok! Zaproś go.
Risa roześmiała się, kręcąc delikatnie głową. Liviana, miała rację. Może zamiast zgrywać niedostępną i wieczne zazdrosną pannę, powinna przystąpić do ataku?

Vivienne Wainwright śledząc wzrokiem kolejny ciąg wyrazów, wypisanych starannym pismem w zeszycie, zaczesała pasmo prostych włosów za ucho. Wspólną naukę z Terrenzio mogła zaliczyć do udanych. W przeciągu kilkunastu godzin, zdołała zrozumieć wiele istotnych rzeczy, które nieudolnie próbował przekazać nauczyciel włoskiego w liceum.
Westchnąwszy cicho, dyskretnie przeniosła wzrok na Włocha, siedzącego swobodnie w ogrodowym krześle, wykonanym z drewna eukaliptusa. W prawej dłoni przytrzymywał uszko białej filiżanki, a spojrzeniem błądził po zielonym, rozkwitniętym ogrodzie.
Zmrużyła mocno oczy, bowiem od paru chwil nie potrafiła skupić całkowitej uwagi na przyswajaniu nowych wiadomości. Myśli zaprzątała sobie Davide. Nie bardzo wiedziała, w jaki sposób poprzedniego wieczoru doszło do pocałunku, ale jednak podobało jej się to. Ku zdziwieniu – nawet bardzo.
Z drugiej strony nie miała pojęcia, dlaczego Santon ją lubił. Nasuwające się pytanie nurtowało ją od kilku chwil, a sama myśl należała częściowo do zdumiewających.
Ponadto nie potrafiła zinterpretować własnych myśli. Niezłomnie zaprzeczały same sobie. Powtarzała sobie, iż do Włoszech nie przyjechała dla głupiego, letniego romansu i powinna zakończyć wszystko jak najszybciej. Natomiast druga strona mówiła, że z każdej, nawet najgorszej sytuacji, jest jakieś wyjście. I tym razem również takie istnieje.
Ponownie szczerze ubolewała nad nieobecnością, Penelope Chambers. Nagle pomyślała, żeby zadzwonić do przyjaciółki, lecz po chwili zdała sobie sprawę, iż to nie byłoby tym samym. Zresztą nie wiedziała, w jaki sposób wszystko precyzyjnie streścić.
– Masz jakiś problem, Vivienne? – Usłyszała ciepły głos Terrenzio, który odkładając filiżankę na krokiewny stół, zajrzał w jej notatki. – A może zmęczona jesteś? W końcu siedzimy tutaj od poranka – dodał, nadal mówiąc w języku angielskim.
– Nie, nie mam. – Zaprzeczyła, nerwowo zgryzając długopis.
– Martwisz się czymś. Widzę to. – Ujrzała delikatny uśmiech mężczyzny, co doprowadziło do cichego westchnięcia. Czasami zwyczajnie nie potrafiła ukryć emocji. – Concetta ostatnio powiedziała mi, że zbliżyłaś się do Davide – zaczął niepewnie, dostrzegając nieco zdziwione i zakłopotane spojrzenie blondynki. – Nie uważasz, że będzie dla was obojga lepiej, jeżeli zaczniecie widywać się rzadziej? Trochę się obawiam, do czego to może doprowadzić. Znasz go dopiero od tygodnia.
– Myślałam, że go pan lubi. – Zauważyła, mrużąc delikatnie oczy. W ogóle nie rozumiała, dlaczego poruszał temat jej relacji z piłkarzem.
– Owszem, lubię. Nawet bardzo. – Potwierdził entuzjastycznym skinięciem głowy, patrząc na nią podejrzliwym wzrokiem. – Tylko jesteście oboje tacy młodzi. Niejednokrotnie słyszę o dziewczynach w twoim wieku, zakochanych w chłopaku, które rujnują sobie edukację. Rozumiesz… Zwykle wysoką cenę za to płaci kobieta, ale Davide to przyzwoity chłopak. On również by cierpiał – stwierdził ostatecznie, masując dłonią tył karku. – Vivienne, zwyczajnie nie chce, abyś wyjechała stąd smutna lub zawiedziona.
Spięła się nieznacznie, gdyż nikt nie wiedział, co czuła. Sytuacja, w której tkwiła, zapewne nie należała do łatwych, bowiem wymagała dorosłych oraz przede wszystkim przemyślanych rozwiązań. A może powinna złapać, czym prędzej za słuchawkę i zatelefonować do Miami, oznajmiając o wcześniejszym wylocie z Półwyspu Apenińskiego?
Tak z pewnością byłoby łatwiej, ale czy lepiej?
– Skoro już o tym mowa, powiedz mi, czy masz jakieś plany na przyszłość? – Zmienił temat, najwyraźniej wyczuwając niechęć do rozmowy.
– Po skończeniu liceum chcę pójść do Florida International University – odpowiedziała, słysząc dźwięki muzyki z lat osiemdziesiątych, które docierały z wieży stereofonicznej w salonie. – Architektura.
– Powinno być fajnie. – Zauważył, unosząc delikatnie kąciki ust. – Nie myślałaś nigdy o studiach w Nowym Jorku? Twoja mama ukończyła architektonikę na Uniwersytecie Columbia. Uczelnia należy do Ivy League.
– Tak, to świetna szkoła z przepięknym campusem. – Wyrecytowała sztucznie, przypominając sobie natarczywe namowy Vicky. – Faktycznie ma niewiarygodny program studiów, ale nie chcę robić zawsze tego, co chce mama – oznajmiła, stanowczym głosem.
Wyjazd do Włoch był pomysłem Victorii. Nie chciała zawieść rodzicielki, dlatego z dobrej, aczkolwiek nieco przymuszonej woli, postanowiła spakować walizki wyruszając w dwutygodniową podróż. Natomiast uczelnie chciała wybrać samodzielnie.
– Nie wydajesz się szczególnie podekscytowana. – Terrenzio przybrał na jasnej twarzy delikatny uśmiech, w którym było coś dodającego otuchy i odwagi.
Wzruszyła ramionami, a przewlekłą ciszę w dalszym ciągu przeszywała melodia piosenki Led Zeppelin. Niezręczne milczenie wykorzystała na szczegółowe zbadanie twarzy Włocha, zawieszając na dłużej wnikliwy wzrok w prawej części buzi mężczyzny. Zmrużyła powieki, a myśli wypełniła kolejna fala niedyskretnych pytań.
– Czy mogę zadać panu pytanie? – spytała, naciągając rękawy popielatej bluzy na dłonie, wyczuwszy nieprzyjemny powiew chłodnego wiatru. Skinął głową. – Skąd ma pan bliznę? – Wskazała palcem prawą skroń.
– Tę? – spytał z niepewnym uśmiechem, dotykając owego miejsca. – Och, walka na noże, siedemnaście lat temu. – Wzrokiem uważnie śledził jej zachowanie. – Miałem dwudzieste trzecie urodziny. Byliśmy kompletnie pijani i wieczorem odprowadzałem twoją matkę. Nowy Jork to koszmarnie niebezpieczne miasto, ale niestety wtedy o tym nie pomyślałem. Zaczepiła nas banda rzezimieszków. Chroniłem Victorię i gość drasnął mnie koło oka.
– To straszne! – Zaskoczona, zakryła dłońmi usta.
Wprawdzie słyszała wiele dramatycznych i przerażających historii na temat nowojorskich dzielnic, ale opowieść Passante z pewnością ją zszokowała. Przez moment zastanawiała się, gdzie w tym samym momencie był jej ojciec. Opowieści rodzicielki wskazały, iż Matta poznała będąc w przedostatniej klasie liceum, gdy studiował prawo na nowojorskim uniwersytecie.
– Dlaczego straszne? – spytał, przerywając natłok myśli. Przybrał na twarzy wesoły uśmiech. – Celował w oko. Gdyby nie chybił oboje wiemy, jakie byłyby tego skutki.
Uśmiechnęła się ledwo dostrzegalnie, zastanawiając się, dlaczego Victoria opowiadając o młodości nigdy nie wspomniała o Terrenzio. Pomimo silnej chęci dowiedzenia się czegoś więcej o feralnym wieczorze, spuściła wzrok na swoje notatki.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz