W
niewielką ulicę pomału wjechał żółty samochód. Młody kierowca wystawiając migacz,
wykonał skręt spokojnie parkując pojazd tuż za czerwonym Mercedesem. Wyłączywszy
lampy i silnik, Fab smętnym spojrzeniem zerknął na dziewczynę, siedzącą na
fotelu pasażera.
Nie wiedząc,
czemu, wzrok brunetki wskazywał niezmierne zainteresowanie wymieszane ze wzburzeniem.
Podążając za spojrzeniem Marisy spostrzegł stojącego nieopodal srebrnego Opla,
należącego do Santona. Sylwetkę przyjaciela ujrzał opartą o boczną ścianę wozu,
a Vivienne, zerkającą niepewnie w ich stronę. Zdołał wywnioskować, iż coś
powiedziała, gdyż w następnej sekundzie, ciemne tęczówki włoskiego piłkarza
padły na wściekle wysiadającą Marisę.
Fabrizio
pośpiesznie odpiął pas, a z przerażeniem wypisanym na twarzy spojrzał na
nieświadomą blondynkę oraz spiętego Dade, którego mina świadczyła, że nagle uświadomił
sobie parę istotnych spraw. Na końcu zlustrował rozjuszoną Marisę, rzucającą groźne
spojrzenie w kierunku Davide i Vivienne.
– Marisa! –
krzyknął Fabrizio, zatrzaskując drzwi. – Risa!
Ta zignorowała
nawoływanie przyjaciela, w dalszym ciągu, pośpiesznym krokiem kierując się w
stronę metalowej furtki. Westchnąwszy łypnął na piłkarza, który na znak
zrozumienia uniósł znacząco dłoń w górę. Mrucząc coś pośpiesznie i
niezrozumiałego do niebieskookiej, ruszył żwawym krokiem przed siebie.
– What’s going on? – Fab usłyszał
przenikliwy głos siedemnastolatki, podczas gdy jej intensywnie morskiego koloru
tęczówki, podążyły na jego opaloną twarz.
– Lepiej nie
pytaj. – Fabrizio pośpiesznie
doskoczył do blondynki, kiedy ta ruszyła do przodu. Z rozwagą i wyczuwalną
ostrożnością schwycił dziewczynę za łokieć. – Poczekaj chwilę, Vivienne. Oni
muszą sobie coś wytłumaczyć – dodał,
mówiąc ciągle w jej ojczystym języku.
Viv ściągnęła
mocno brwi, a z lekko uchylonymi wargami zbadała twarz chłopaka. Na twarzy dziewiętnastolatka
gościła poważna mina i nie znajdowało się w niej nic nijakiego.
– Marisa! –
zawołał kolejny raz Santon, jednakże brunetka nie zamierzała, ani na chwilę
wstrzymać chodu. – Mariso, pozwól sobie wszystko wyjaśnić!
Podbiegł prędko
do dziewczyny i złapał ją na pierwszym stopniu prowadzących do drzwi
frontowych, po czym zacisnął palce na jej ramieniu, gwałtownie odwracając w
swoją stronę. Otaksował wzrokiem rozeźloną twarz, odnajdując tym samym niesamowitą
ilość gniewu.
– Myślałam, że
chcesz się z nami spotkać – mruknęła szorstko. Czuła jak przemawiał przez nią
żal, nasilający się od dłuższego okresu. – Jak widać grubo się pomyliłam!
– Nawaliłem. Wiem
o tym doskonale – zaczął spokojnym tonem, gorączkowo myśląc jak wybrnąć z
opresji. – Zanim wyszedłem z mieszkania, przysięgam, pamiętałem o naszej
rozmowie. Jednak pojechałam do baru, gdzie zastałem Vivienne z Gaią. Poszliśmy na
spacer i straciłem rachubę – kontynuował, czując jak wyrywa się z uścisku. – Przepraszam.
– Tak, bardzo
sprytnie! Brawo! Zapewne nie nudziliście się w swoim towarzystwie – rzuciła wzrokiem
na Fabrizio, tłumaczącego coś Amerykance. Na sam widok, poczuła zbierający na
sile gniew. – W każdym razie moi kumple wyraźnie zidiocieli! Pojawia się ładna
mordka i staję się niewidzialna. – Pokręciła głową, zaciskając dłonie w pięści.
– Pewnie jest z siebie dumna, co? Nie wiem, jak, ale nawet Falcone’a zdołała
omamić. – Odwracając się na pięcie, znów ruszyła w kierunku drzwi.
Santon odruchowo
zerknął przez ramię na wspomnianą dwójkę. Bezzwłocznie spostrzegł, że
czarnowłosy okazawszy się zdecydowanie szybszym, przytrzymywał blondynkę w
łokciu, delikatnie przyciągając drobna sylwetkę w swoją stronę.
Westchnąwszy,
nabrał powietrza do ust, po czym ruszył za Risą.
– Poczekaj! – Podniósł głos, doganiając
brunetkę, zanim zdołała złapać klamkę. Nie interesował się nawet czy ktoś ich
usłyszy, gdyż za cel postawił sobie, wyjaśnienie zaistniałego sporu z
przyjaciółką. – Jeszcze raz, przepraszam. Głupio wyszło, ale nie miałem tego na
celu, rozumiesz? – Podszedł bliżej, opierając dłoń na oliwkowego koloru
ścianie, tuż przy głowie Marisy.
– Obudź się,
kolego. Ona niedługo wyjedzie, kumasz? – Pod presją, przycisnęła plecy do
ściany, ostentacyjnie pstrykając palcami tuż przed twarzą Włocha. – I co wtedy?
Będę pod ręką, a dla was to praktyczne – kontynuowała ochryple, unosząc wysoko
brwi. – Po tym jak wyjedzie, odzyskam siły, tak? – prychnęła.
– Marisa! – Westchnął
urażony, układając dłonie na ramionach dziewczyny i delikatnie zaciskając. Jedyne,
czego zapragnął to tego, aby w końcu ochłonęła, przestając wygadywać wyssane z
palca rzeczy. – To nie tak jak myślisz. Fabrizio i ja…
– Ouch… – Weszła
mu w słowo, kręcąc delikatnie głową. – Nie pieprz teraz wstawkami o dobrym
wychowaniu. – Chwyciła mocno przedramiona piłkarza, tym samym zsuwając
napierające dłonie ze swoich barków. – Kultura to akurat ostatnia rzecz, o której
mogłabym z tobą rozmawiać! Dobrze wiem, że twój typ to dziewczyna, która bez
oporów mówi: „jasne Davide, prześpię się z tobą”. – Zmiękczyła głos
urozmaicając go nutką kpiny i sarkazmu. Korzystając z okazji wykonała kilka
kroków w bok, łapiąc za srebrną klamkę.
– No dobra, trochę
w tym prawdy. – Przyznał niechętnie, krzyżując ręce na torsie i łypiąc chmurnie
na zdenerwowaną przyjaciółkę. – Ale co to ma do rzeczy?
– Ta „trochę”. – Wywróciła teatralnie oczyma.
– Wiesz, co? Jestem wręcz pewna, że Vivienne nie należy do grona cnotek pragnących
zachować dziewictwo do ślubu. Tak, więc do dzieła, Casanovo – dodała
ironicznie, klepiąc Włocha poufale po ramieniu.
– Nie
przesadzasz czasem? – spytał, z szeroko otwartymi oczyma.
– Nie – odparła,
rzucając krótkie spojrzenie przyjacielowi. – Do zobaczenia – mruknęła od
niechcenia.
Brunetka odczuwając
natarczywie przeszywające dreszcze i napady złość, weszła do domu, głośno
zatrzaskując drzwi. Opierając ciało o wysokiej jakości drewno, zacisnęła pięści
boleśnie wbijając paznokcie w warstwę skóry. Myśląc o Dade i Viv, ogarnął ją
wewnętrzny gniew i nienawiść, a w pewnym stopniu strach oraz obawa przed
straceniem przyjaciela.
Do nozdrzy
dziewczyny dotarł przyjemny zapach świeżo upieczonych babeczek, a uszy wypełnił
piszczący, acz potulny śmiech młodszej siostry. Wykonując kilka wdechów i
wydechów zrzuciła ze stóp sportowe obuwie, próbując ukryć zawiść, smutek pod
powłoką uśmiechu oraz spokoju. Optymizmem nie napawała wizja przewlekle,
poważnej rozmowy z Concettą, gdyż od pewnego czasu nie potrafiła nawet dogadać
się z rodzicami.
– Wróciłam –
rzuciła, próbując opanować drżenie głosu. Wślizgnęła się do kuchni, wcześniej
nawet nie ugaszczając spojrzeniem, osób siedzących w salonie.
– Czy
słyszałem krzyki? – Doskonale znany baryton wypełnił przestrzeń. – Głosy łudząco
przypominały twój i Davide.
Przechwytując
leżącą w wiklinowym koszyku nektarynę, pomaszerowała do salonu, gdzie zaskoczone
spojrzenie utkwiła w Terrenzio wygodnie rozpartym na sofie. Na jego udach siedziała
Clarissa, czule obejmująca ojca za szyję a na fotelu, przy niskiej ławie,
Concetta, z filiżanką kawy. Przybrała na twarzy serdeczny, lecz wymuszony
uśmiech.
– Ekhm –
chrząknęła, przecierając bluzką owoc. – To nic takiego.
Czterdziestojednoletni
mężczyzna sprawnym ruchem podniósł Clarissę i posadził obok. Sam natomiast
wstał z kanapy, a ruszywszy w kierunku starszej córki objął ją czule ramionami.
Mrużąc oczy ułożyła delikatnie jedną dłoń na plecach ojca, a wzrokiem powędrowała
na tęgą minę matki. Jedyne, o czym w tym momencie zdołała pomyśleć, to to, czy
zdążyli się już pokłócić, od powrotu ojca do Lombardii.
– Gdzie jest
Vivienne? Myślałem, że wyszła z tobą. – Zerknął na jej markotną minę. – Mama
mówiła… Pokłóciłyście się? – Spojrzał wyczekująco w ciemne tęczówki córki,
oczekując szczerej odpowiedzi.
Niestety
zawsze potrafił poznać, gdy coś ją męczyło.
– Tato,
uważam, że to nie był dobry pomysł z jej przyjazdem – powiedziała w końcu
patrząc w oczy ojca. – Może powinniśmy…
Nagle drzwi do
korytarza otworzyły się z cichym łoskotem. Marisa ze złością usiadła na sofie
obok Clarissy, chwyciła ciemny pilot, przełączyła komedię romantyczną na kanał rozrywkowy
i wgryzła się w słodką nektarynkę.
– Dobry
wieczór, Vivienne. – Usłyszała serdeczny ton Terrenzio, gdy blondynka stanęła w
progu salonu. – Witaj. – Kątem oka zauważyła, iż architekt delikatnie objął
smukłą sylwetkę Amerykanki, a następnie ucałował na powitanie.
Czy wszyscy
nagle zmówili się przeciwko niej?
Najpierw
przyjaciele a teraz własny ojciec?
Tego było z
pewnością za wiele.
Tymczasem Davide
i Fabizio ciągle tkwili przy Via Sesto Calende. Odprowadziwszy wzrokiem
sylwetkę Wainwright do wnętrza budynku, wymienili między sobą krótkie
spojrzenia. Wyprowadzony z równowagi piłkarz, usiadł na masce Audi, obserwując
postać przyjaciela, zawzięcie kopiącego kamyki.
– Możesz mi
wyjaśnić, o co dokładnie chodzi, Marisie? – spytał Davide, układając obie
dłonie na masce. – Zaczynam pomału nie ogarniać jej toku myślenia.
– Sądzę, że
przechodzi gorsze dni. – Fabrizio, stanął w lekkim rozkroku, wsuwając dłonie do
jasnych spodni. – Przemawia przez nią zazdrość – wyjaśnił, widząc ponaglający
wzrok przyjaciela. – Kobiety to skomplikowane stworzenia. – Wzruszył ramionami.
– Chcesz
powiedzieć, że niby z powodu Vivienne? – zapytał.
– Ano tak –
odpowiedział, choć był nieomalże pewien, iż Santon zdał sobie z tego sprawę już
jakiś czas temu. – Przypuszczam, że powinieneś się wycofać, zanim będzie za
późno. –Ściągnął brwi czekając na reakcję przyjaciela.
– Tak owszem,
chciałem – rzekł przekonującym głosem, zerkając przelotnie w okna
rozświetlonego domu rodziny Passante. – Ale to było przed tym jak ją
pocałowałem.
– Ouch, stary.
– Twarz Fabrizio rozpromieniała w szerokim uśmiechu. – Gdzie? – Przymknął w
połowie powieki, spoglądając wyczekująco na Dade.
– Jak to
gdzie? – spytał, ześlizgując się z maski. – Na spacerze.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz