Rozdział 13


W niewielką ulicę pomału wjechał żółty samochód. Młody kierowca wystawiając migacz, wykonał skręt spokojnie parkując pojazd tuż za czerwonym Mercedesem. Wyłączywszy lampy i silnik, Fab smętnym spojrzeniem zerknął na dziewczynę, siedzącą na fotelu pasażera.
Nie wiedząc, czemu, wzrok brunetki wskazywał niezmierne zainteresowanie wymieszane ze wzburzeniem. Podążając za spojrzeniem Marisy spostrzegł stojącego nieopodal srebrnego Opla, należącego do Santona. Sylwetkę przyjaciela ujrzał opartą o boczną ścianę wozu, a Vivienne, zerkającą niepewnie w ich stronę. Zdołał wywnioskować, iż coś powiedziała, gdyż w następnej sekundzie, ciemne tęczówki włoskiego piłkarza padły na wściekle wysiadającą Marisę.
Fabrizio pośpiesznie odpiął pas, a z przerażeniem wypisanym na twarzy spojrzał na nieświadomą blondynkę oraz spiętego Dade, którego mina świadczyła, że nagle uświadomił sobie parę istotnych spraw. Na końcu zlustrował rozjuszoną Marisę, rzucającą groźne spojrzenie w kierunku Davide i Vivienne.
– Marisa! – krzyknął Fabrizio, zatrzaskując drzwi. – Risa!
Ta zignorowała nawoływanie przyjaciela, w dalszym ciągu, pośpiesznym krokiem kierując się w stronę metalowej furtki. Westchnąwszy łypnął na piłkarza, który na znak zrozumienia uniósł znacząco dłoń w górę. Mrucząc coś pośpiesznie i niezrozumiałego do niebieskookiej, ruszył żwawym krokiem przed siebie.
What’s going on? – Fab usłyszał przenikliwy głos siedemnastolatki, podczas gdy jej intensywnie morskiego koloru tęczówki, podążyły na jego opaloną twarz.
– Lepiej nie pytaj. – Fabrizio pośpiesznie doskoczył do blondynki, kiedy ta ruszyła do przodu. Z rozwagą i wyczuwalną ostrożnością schwycił dziewczynę za łokieć. – Poczekaj chwilę, Vivienne. Oni muszą sobie coś wytłumaczyć – dodał, mówiąc ciągle w jej ojczystym języku.
Viv ściągnęła mocno brwi, a z lekko uchylonymi wargami zbadała twarz chłopaka. Na twarzy dziewiętnastolatka gościła poważna mina i nie znajdowało się w niej nic nijakiego.

– Marisa! – zawołał kolejny raz Santon, jednakże brunetka nie zamierzała, ani na chwilę wstrzymać chodu. – Mariso, pozwól sobie wszystko wyjaśnić!
Podbiegł prędko do dziewczyny i złapał ją na pierwszym stopniu prowadzących do drzwi frontowych, po czym zacisnął palce na jej ramieniu, gwałtownie odwracając w swoją stronę. Otaksował wzrokiem rozeźloną twarz, odnajdując tym samym niesamowitą ilość gniewu.
– Myślałam, że chcesz się z nami spotkać – mruknęła szorstko. Czuła jak przemawiał przez nią żal, nasilający się od dłuższego okresu. – Jak widać grubo się pomyliłam!
– Nawaliłem. Wiem o tym doskonale – zaczął spokojnym tonem, gorączkowo myśląc jak wybrnąć z opresji. – Zanim wyszedłem z mieszkania, przysięgam, pamiętałem o naszej rozmowie. Jednak pojechałam do baru, gdzie zastałem Vivienne z Gaią. Poszliśmy na spacer i straciłem rachubę – kontynuował, czując jak wyrywa się z uścisku. – Przepraszam.
– Tak, bardzo sprytnie! Brawo! Zapewne nie nudziliście się w swoim towarzystwie – rzuciła wzrokiem na Fabrizio, tłumaczącego coś Amerykance. Na sam widok, poczuła zbierający na sile gniew. – W każdym razie moi kumple wyraźnie zidiocieli! Pojawia się ładna mordka i staję się niewidzialna. – Pokręciła głową, zaciskając dłonie w pięści. – Pewnie jest z siebie dumna, co? Nie wiem, jak, ale nawet Falcone’a zdołała omamić. – Odwracając się na pięcie, znów ruszyła w kierunku drzwi.
Santon odruchowo zerknął przez ramię na wspomnianą dwójkę. Bezzwłocznie spostrzegł, że czarnowłosy okazawszy się zdecydowanie szybszym, przytrzymywał blondynkę w łokciu, delikatnie przyciągając drobna sylwetkę w swoją stronę.
Westchnąwszy, nabrał powietrza do ust, po czym ruszył za Risą.
   – Poczekaj! – Podniósł głos, doganiając brunetkę, zanim zdołała złapać klamkę. Nie interesował się nawet czy ktoś ich usłyszy, gdyż za cel postawił sobie, wyjaśnienie zaistniałego sporu z przyjaciółką. – Jeszcze raz, przepraszam. Głupio wyszło, ale nie miałem tego na celu, rozumiesz? – Podszedł bliżej, opierając dłoń na oliwkowego koloru ścianie, tuż przy głowie Marisy.
– Obudź się, kolego. Ona niedługo wyjedzie, kumasz? – Pod presją, przycisnęła plecy do ściany, ostentacyjnie pstrykając palcami tuż przed twarzą Włocha. – I co wtedy? Będę pod ręką, a dla was to praktyczne – kontynuowała ochryple, unosząc wysoko brwi. – Po tym jak wyjedzie, odzyskam siły, tak? – prychnęła.
– Marisa! – Westchnął urażony, układając dłonie na ramionach dziewczyny i delikatnie zaciskając. Jedyne, czego zapragnął to tego, aby w końcu ochłonęła, przestając wygadywać wyssane z palca rzeczy. – To nie tak jak myślisz. Fabrizio i ja…
– Ouch… – Weszła mu w słowo, kręcąc delikatnie głową. – Nie pieprz teraz wstawkami o dobrym wychowaniu. – Chwyciła mocno przedramiona piłkarza, tym samym zsuwając napierające dłonie ze swoich barków. – Kultura to akurat ostatnia rzecz, o której mogłabym z tobą rozmawiać! Dobrze wiem, że twój typ to dziewczyna, która bez oporów mówi: „jasne Davide, prześpię się z tobą”. – Zmiękczyła głos urozmaicając go nutką kpiny i sarkazmu. Korzystając z okazji wykonała kilka kroków w bok, łapiąc za srebrną klamkę.
– No dobra, trochę w tym prawdy. – Przyznał niechętnie, krzyżując ręce na torsie i łypiąc chmurnie na zdenerwowaną przyjaciółkę. – Ale co to ma do rzeczy?
– Ta „trochę”. – Wywróciła teatralnie oczyma. – Wiesz, co? Jestem wręcz pewna, że Vivienne nie należy do grona cnotek pragnących zachować dziewictwo do ślubu. Tak, więc do dzieła, Casanovo – dodała ironicznie, klepiąc Włocha poufale po ramieniu.
– Nie przesadzasz czasem? – spytał, z szeroko otwartymi oczyma.
– Nie – odparła, rzucając krótkie spojrzenie przyjacielowi. – Do zobaczenia – mruknęła od niechcenia.
Brunetka odczuwając natarczywie przeszywające dreszcze i napady złość, weszła do domu, głośno zatrzaskując drzwi. Opierając ciało o wysokiej jakości drewno, zacisnęła pięści boleśnie wbijając paznokcie w warstwę skóry. Myśląc o Dade i Viv, ogarnął ją wewnętrzny gniew i nienawiść, a w pewnym stopniu strach oraz obawa przed straceniem przyjaciela.
Do nozdrzy dziewczyny dotarł przyjemny zapach świeżo upieczonych babeczek, a uszy wypełnił piszczący, acz potulny śmiech młodszej siostry. Wykonując kilka wdechów i wydechów zrzuciła ze stóp sportowe obuwie, próbując ukryć zawiść, smutek pod powłoką uśmiechu oraz spokoju. Optymizmem nie napawała wizja przewlekle, poważnej rozmowy z Concettą, gdyż od pewnego czasu nie potrafiła nawet dogadać się z rodzicami.
– Wróciłam – rzuciła, próbując opanować drżenie głosu. Wślizgnęła się do kuchni, wcześniej nawet nie ugaszczając spojrzeniem, osób siedzących w salonie.
– Czy słyszałem krzyki? – Doskonale znany baryton wypełnił przestrzeń. – Głosy łudząco przypominały twój i Davide.
Przechwytując leżącą w wiklinowym koszyku nektarynę, pomaszerowała do salonu, gdzie zaskoczone spojrzenie utkwiła w Terrenzio wygodnie rozpartym na sofie. Na jego udach siedziała Clarissa, czule obejmująca ojca za szyję a na fotelu, przy niskiej ławie, Concetta, z filiżanką kawy. Przybrała na twarzy serdeczny, lecz wymuszony uśmiech.
– Ekhm – chrząknęła, przecierając bluzką owoc. – To nic takiego.
Czterdziestojednoletni mężczyzna sprawnym ruchem podniósł Clarissę i posadził obok. Sam natomiast wstał z kanapy, a ruszywszy w kierunku starszej córki objął ją czule ramionami. Mrużąc oczy ułożyła delikatnie jedną dłoń na plecach ojca, a wzrokiem powędrowała na tęgą minę matki. Jedyne, o czym w tym momencie zdołała pomyśleć, to to, czy zdążyli się już pokłócić, od powrotu ojca do Lombardii.
– Gdzie jest Vivienne? Myślałem, że wyszła z tobą. – Zerknął na jej markotną minę. – Mama mówiła… Pokłóciłyście się? – Spojrzał wyczekująco w ciemne tęczówki córki, oczekując szczerej odpowiedzi.
Niestety zawsze potrafił poznać, gdy coś ją męczyło.
– Tato, uważam, że to nie był dobry pomysł z jej przyjazdem – powiedziała w końcu patrząc w oczy ojca. – Może powinniśmy…
Nagle drzwi do korytarza otworzyły się z cichym łoskotem. Marisa ze złością usiadła na sofie obok Clarissy, chwyciła ciemny pilot, przełączyła komedię romantyczną na kanał rozrywkowy i wgryzła się w słodką nektarynkę.
– Dobry wieczór, Vivienne. – Usłyszała serdeczny ton Terrenzio, gdy blondynka stanęła w progu salonu. – Witaj. – Kątem oka zauważyła, iż architekt delikatnie objął smukłą sylwetkę Amerykanki, a następnie ucałował na powitanie.
Czy wszyscy nagle zmówili się przeciwko niej?
Najpierw przyjaciele a teraz własny ojciec?
Tego było z pewnością za wiele.

Tymczasem Davide i Fabizio ciągle tkwili przy Via Sesto Calende. Odprowadziwszy wzrokiem sylwetkę Wainwright do wnętrza budynku, wymienili między sobą krótkie spojrzenia. Wyprowadzony z równowagi piłkarz, usiadł na masce Audi, obserwując postać przyjaciela, zawzięcie kopiącego kamyki.
– Możesz mi wyjaśnić, o co dokładnie chodzi, Marisie? – spytał Davide, układając obie dłonie na masce. – Zaczynam pomału nie ogarniać jej toku myślenia.
– Sądzę, że przechodzi gorsze dni. – Fabrizio, stanął w lekkim rozkroku, wsuwając dłonie do jasnych spodni. – Przemawia przez nią zazdrość – wyjaśnił, widząc ponaglający wzrok przyjaciela. – Kobiety to skomplikowane stworzenia. – Wzruszył ramionami.
– Chcesz powiedzieć, że niby z powodu Vivienne? – zapytał.
– Ano tak – odpowiedział, choć był nieomalże pewien, iż Santon zdał sobie z tego sprawę już jakiś czas temu. – Przypuszczam, że powinieneś się wycofać, zanim będzie za późno. –Ściągnął brwi czekając na reakcję przyjaciela.
– Tak owszem, chciałem – rzekł przekonującym głosem, zerkając przelotnie w okna rozświetlonego domu rodziny Passante. – Ale to było przed tym jak ją pocałowałem.
– Ouch, stary. – Twarz Fabrizio rozpromieniała w szerokim uśmiechu. – Gdzie? – Przymknął w połowie powieki, spoglądając wyczekująco na Dade.
– Jak to gdzie? – spytał, ześlizgując się z maski. – Na spacerze.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz