Niewiarygodnie
udana wycieczka do niewielkiego miasteczka przy granicy ze Szwajcarią,
spowodowała, iż Vivienne widywała Davide każdego dnia. Z racji przerwy, jaka
trwała w sezonie piłkarskim, przyjeżdżał przeważnie około południa. Concetta
będąca jej tymczasowym opiekunem, nie wyrażała najmniejszego sprzeciwu,
na zawężający się kontakt z Dade.
Propozycje
spotkań zawsze rzucone były mimochodem:
– Powinnaś
zobaczyć Castello Sforzesco – oznajmił w poniedziałek, siedząc ramię w ramię z
blondynką na schodach przy Via Sesto Calende. Promienie słoneczne przyjemnie
pieściły skórę, a ciepły wiatr otaczał swoistym podmuchem. – To budowla z
piętnastego wieku. Z pewnością cię zainteresuje. Przejedźmy się tam.
W towarzystwie Dade dane było jej zwiedzić wspaniałe obiekty i galerie, takie jak na
przykład: Duomo Square, centrum handlowe Galleria Vittorio Emanuele, Santa
Maria delle Grazie oraz starożytne ruiny Colonne di San Lorenzo.
Davide z
pewnością nie należał do najlepszych przewodników, ale nie tym zaprzątała sobie
głowę. Dobrze i przede wszystkim bezpiecznie, czuła się w jego pobliżu. Lubiła
z nim rozmawiać, śmiać się, spacerować a z każdym szczerym uśmiechem, znikała
wytworzona w niej ostrożność oraz bariera. Po prostu, nie bała się go.
Marisa
Passante, jak sobie przysięgła w pierwsze dni przyjazdu Amerykanki, zachowywała
stoicki spokój, próbując ignorować impertynenckie zachowanie przyjaciela,
uprzykrzającą życie Vivienne i Concettę, której zachowanie w ostatnich dniach
było wręcz nie do zniesienia.
W piątkowe
przedpołudnie słońce świeciło wysoko nad tysiącami budynków, delikatnie
otulając ciepłymi promieniami najbliższy widnokrąg. Drzewa wzdłuż alej
przyjemnie szeleściły, a śmiech i radosne okrzyki rozbawionych dzieci wypełniały
przestrzeń. Chodniki blokowane były poprzez dążących do celu ludzi a szerokie
ulice mknącymi w nieznanym kierunku samochodami, których spaliny mieszały się
ze świeżym powietrzem.
Kanarkowego
koloru Audi z przewlekłym oraz hałaśliwym piskiem weszło w zakręt, a następnie
z impetem zatrzymało na pobliskim parkingu, przy mediolańskim parku Sempione –
największym i prawdopodobnie najładniejszym ogrodzie w Mediolanie, położonym
niecałe dziesięć minut jazdy od miejsca zamieszkania Marisy. Czarnowłosy
wysiadając z pojazdu dostrzegł przeszywający i w pewnym stopniu karcący wzrok,
przechadzających się starszych osób. Ujrzawszy dwie seniorki wymieniające
między sobą ciche szepty, roześmiał się, obserwując wysiadającą po drugiej
stronie Marisę. Z wesołym uśmiechem rozpromieniającym opaloną twarz posłała mu
gromkie spojrzenie.
– Zastanowiłeś
się kiedykolwiek, co będzie, jeżeli kiedyś ci to nie wyjdzie? – Zatrzasnęła mocno
drzwi i obeszła pojazd nie spuszczając wzroku z rozbawionej twarzy Fabrizio. –
Kostnica. Pamiętaj, na cmentarzu nie zamierzam cię odwiedzać – mruknęła
smętnie.
– Spokojnie. Opanowałem
to do perfekcji. – Zadowolony uniósł wysoko brew, blokując wóz.
Jedni
interesowali się sportem, jak na przykład Santon, natomiast Fab od młodzieńczych
lat interesował się samochodami oraz wszelkimi możliwymi sztuczkami, jakie
tylko mogło się nimi wykonać.
– Chyba za
dużo naoglądałeś się „Tokyo Drift” –
rzekła zadziornie, stając naprzeciwko chłopaka i obserwując ruch czekoladowych oczu.
– Pamiętaj: nie jesteśmy w amerykańskim filmie – dodała, z ironią podkreślając
przedostatnie słowo.
– Złośnica z
ciebie, wiesz? – Pokręcił z niedowierzaniem głową.
Objąwszy Risę
ramieniem, ruszyli wąską ścieżką parku w doskonale znanym kierunku. Korony
drzew, pokryte delikatnymi letnimi liśćmi, miejscami kładły zniekształcone cienie
na chropowatych promenadach. Na starannie wypielęgnowanych trawnikach
przesiadywały szczęśliwe małżeństwa w otoczeniu swawolnych dzieci, podczas gdy
przenikliwy szum wody w fontannie, przyjemnie pobudzał.
– Jesteś
pewna, że Dade ma przyjść? – spytał z powątpieniem Fab po kilku minutach,
siadając na oparciu ulubionej ławki.
– Rozmawialiśmy
wczoraj przez telefon i obiecał, że przyjdzie. – Skinęła głową, z uwagą
rozglądając się po parku.
Dwie
nastolatki siedziały w niewielkiej knajpce, którą Gaia dostrzegła podczas
spaceru po dzielnicy handlowej. Vivie szczerze przyznała, że miejsce to
posiadało urok, choć wyglądał jak tradycyjny bar. Podłoga w czarno-białe płytki
i obite popękanym winylem boksy pod ścianami sprawiały, iż poczuła się jak w
starym, amerykańskim lokalu. Za barem widniało menu, wypisane białą kredą na
tablicy a przy ladzie stał na oko dwudziestoletni chłopak.
Jego
kruczoczarne włosy opadały na czoło, zaś delikatny, kilkudniowy zarost nadawał
lekko szatańskiego wyglądu. Ramiona mężczyzny poruszały się przy każdym
najmniejszym ruchu. Gdy blondynka spostrzegła przeszywające spojrzenie brązowych,
jak gorzka czekolada, oczu i śnieżnobiały uśmiech, przeniosła pośpiesznie wzrok
na siedząco naprzeciw Lazzarini. Lekko speszona podparła podbródek na otwartej
dłoni.
Gaia Lazzarini
miała siedemnaście lat, długie, ciemnobrązowe włosy i tęczówki wpadające w
identyczny odcień. Przez miniony tydzień relacje dziewcząt zdecydowanie się
zawęzi i chociaż dla Vivie było to nie lada wyzwanie – odnalazły wspólny język oraz
pogląd na wiele istotnych spraw. Vivie zdołała zauważyć, iż była to ambitna nastolatka
z pasją, chcąca wpoić wszystkim ludziom wokół umiejętność samodzielnego
myślenia i krytycznego spojrzenia na rzeczywistość, a także wiarę, że mimo
wszystko warto mieć marzenia.
– Przychodzę
tu od dziecka. – Uśmiechnęła się Lazzi, trzymając między palcami srebrny
widelec, który wbiła w spieczoną frytkę. – Tata przyprowadzał mnie, co
niedziela po kościele na przepyszny sorbet – wyjaśniła. – Lody sprowadzają z
jakieś dziury, ale są niesamowite.
– Z pewnością
kiedyś spróbuję. – Zerknęła na nią znad talerza pełnego makaronu zapiekanego w
sosie pomidorowym. – Mogę zadać ci pytanie? – Pociągnęła łyk ze szklanki
wypełnionej sokiem kaktusowym.
– Raczej cię
nie powstrzymam – odparła z uśmiechem.
– Marisę znasz
wystarczająco długo – zaczęła ostrożnie. – Ostatnio cała ta rodzina dziwnie się
zachowuje. Terrenzio wyjechał pięć dni temu, a ja mam wrażenie, że oni
odetchnęli z ulgą. Zamiast odczuwać jego brak, cieszą się. – Zmrużyła oczy, zaczesując
pasmo włosów za ucho i przykładając wolną dłoń do karku. – Risa momentami mnie
wręcz przeraża. Nie mam pojęcia, czego mogę się po niej spodziewać. Zachowuje
się tak, jakbym wyrządziła jej wielką krzywdę.
– Bo tak jest…
– oznajmiła spokojnym tonem Lazzi. – To znaczy z jej punktu widzenia. Postaw
się na jej miejscu, Vivienne. Niespodziewanie przyjeżdża jakaś obca dziewczyna,
która skupia wokół siebie całą uwagę. – Słowa wypowiadała wolno i wyraźnie. – W
dodatku zainteresowanie Davide twoją osobą, mogło na niej wywrzeć negatywne
emocje.
– Ale… –
zaczęła, lecz nie dane było jej skończyć.
– Wspomniałaś
o dziwnym zachowaniu Passante. – Odchyliła się wspierając plecy na wysokim
podparciu fotelu. – Osiem miesięcy temu, przed świętami, jej ojciec pojechał na
wystawę europejskich architektów do Nowego Jorku. Spotkał tam przypadkowo twoją
mamę, prawda? – Blondynka skinęła głową, intensywnie skupiając się na słowach
Gai. – Chyba nie powinnam ci tego mówić, ale Risa powiedziała, że po jego
powrocie rozpętało się prawdziwe piekło. Najgorsze w tym wszystkim to to, iż żadne
z nich nie miało zamiaru wyjawić powodu ciągłych kłótni. – Chwyciła solniczkę
posypując frytki na talerzu. – Nic więcej na ten temat nie wiem.
Wainwright spuściła
wzrok na rozciągłe, cienkie nitki makaronu poskręcane na półmisku. Odłożyła
sztuciec, a ze ściągniętymi brwiami i zaciśniętymi ustami powróciła myślami do
Miami. Matthew bardzo długo sprzeciwiał się jej wyjazdowi do Mediolanu. Wówczas
wcale nie rozumiała gniewu, a zapewnienia Victorii, że to zwykły przypływ
nerwów i strachu, nie wystarczały.
– Hm, a co
sądzisz o Davide? – Po niezręcznej ciszy uniosła wzrok na lekko zdziwioną twarz
siedemnastolatki. Postanowiła nie drążyć poprzedniego tematu, bowiem nie znając
żadnych szczegółów, nie była w stanie wyciągnąć odpowiednich wniosków.
Lazzarini
uśmiechnęła się nieznacznie pod nosem.
– Davide nigdy
za mną nie przepadał – wyjaśniła, lecz na twarzy szatynki zagościł niewielki
uśmiech. – To znaczy, gdy dorastałam. Nie mogę powiedzieć, żebym ja go darzyła
szczególną sympatią. Zawsze był podły. Jednak jakieś półtora roku temu to się zmieniło.
W znacznej mierze przez mój związek z Giovannim. – Wzruszyła ramionami.
– Podły? – Powtórzyła
cicho zaskoczona słowami szatynki. Miała przez moment ochotę usłyszeć, że jej
włoski, jak zwykle zresztą, szwankował.
Równocześnie
białe drzwi do baru otworzyły się, a zerknąwszy przez ramię, Vivienne zobaczyła
włoskiego piłkarza idącego w ich stronę. Ubrany w krótkie, dżinsowe spodnie i
popielatego koloru bluzkę z nadrukiem, zsunął z oczu ciemne okulary.
Przelotnie
popatrzyła na wiszący zegar, wskazujący za dwadzieścia szesnasta, co oznaczało
dziesięciominutowe spóźnienie. Piłkarz chwycił krzesło stojące przy sąsiednim
stoliku i obrócił je, zanim usiadł.
– O czym
rozmawiałyście? Zza okna wyglądało, że o czymś poważnym. – Spojrzał
podejrzliwie na obie dziewczyny, wymieniające między sobą spojrzenie.
– Rozmawiałyśmy…
– zaczęła pewnym tonem Gaia – …o tym nowym i cholernie przystojnym kelnerze. – Zerknęła
przez ramię na młodego mężczyznę, którego spojrzenie, jak na zawołanie, padło
na ich stolik.
Vivienne parsknęła
niepohamowanym śmiechem.
– Zabawne. – Ściągnął
brwi, rzucając spojrzeniem w stronę lady. Powstrzymując się od głupiego
komentarzu, wykradł z talerza Lazzarini pojedynczą frytkę. – Czy mogę porwać ci
koleżankę? – spytał, zerkając na szatynkę. – Na spacer – dodał, dostrzegając
pytający wzrok blondynki.
– Romantyczny
spacer czy po prostu spacer? – zagaiła szatynka z szerokim uśmiechem na ustach.
Blondynka zmrużyła oczy, posyłając jej gniewne spojrzenie.
–
Powiedziałbym… Po prostu spacer. – Uniósł zawadiacko brwi.
– Nie ma
sprawy. Idźcie. – Uśmiechnęła się, zerkając na zegar. – Gianni powinien przyjść
za około piętnaście minut.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz