Rozdział 11


Niewiarygodnie udana wycieczka do niewielkiego miasteczka przy granicy ze Szwajcarią, spowodowała, iż Vivienne widywała Davide każdego dnia. Z racji przerwy, jaka trwała w sezonie piłkarskim, przyjeżdżał przeważnie około południa. Concetta będąca jej tymczasowym opiekunem, nie wyrażała najmniejszego sprzeciwu, na zawężający się kontakt z Dade.
Propozycje spotkań zawsze rzucone były mimochodem:
– Powinnaś zobaczyć Castello Sforzesco – oznajmił w poniedziałek, siedząc ramię w ramię z blondynką na schodach przy Via Sesto Calende. Promienie słoneczne przyjemnie pieściły skórę, a ciepły wiatr otaczał swoistym podmuchem. – To budowla z piętnastego wieku. Z pewnością cię zainteresuje. Przejedźmy się tam.
W towarzystwie Dade dane było jej zwiedzić wspaniałe obiekty i galerie, takie jak na przykład: Duomo Square, centrum handlowe Galleria Vittorio Emanuele, Santa Maria delle Grazie oraz starożytne ruiny Colonne di San Lorenzo.
Davide z pewnością nie należał do najlepszych przewodników, ale nie tym zaprzątała sobie głowę. Dobrze i przede wszystkim bezpiecznie, czuła się w jego pobliżu. Lubiła z nim rozmawiać, śmiać się, spacerować a z każdym szczerym uśmiechem, znikała wytworzona w niej ostrożność oraz bariera. Po prostu, nie bała się go.
Marisa Passante, jak sobie przysięgła w pierwsze dni przyjazdu Amerykanki, zachowywała stoicki spokój, próbując ignorować impertynenckie zachowanie przyjaciela, uprzykrzającą życie Vivienne i Concettę, której zachowanie w ostatnich dniach było wręcz nie do zniesienia.
W piątkowe przedpołudnie słońce świeciło wysoko nad tysiącami budynków, delikatnie otulając ciepłymi promieniami najbliższy widnokrąg. Drzewa wzdłuż alej przyjemnie szeleściły, a śmiech i radosne okrzyki rozbawionych dzieci wypełniały przestrzeń. Chodniki blokowane były poprzez dążących do celu ludzi a szerokie ulice mknącymi w nieznanym kierunku samochodami, których spaliny mieszały się ze świeżym powietrzem.
Kanarkowego koloru Audi z przewlekłym oraz hałaśliwym piskiem weszło w zakręt, a następnie z impetem zatrzymało na pobliskim parkingu, przy mediolańskim parku Sempione – największym i prawdopodobnie najładniejszym ogrodzie w Mediolanie, położonym niecałe dziesięć minut jazdy od miejsca zamieszkania Marisy. Czarnowłosy wysiadając z pojazdu dostrzegł przeszywający i w pewnym stopniu karcący wzrok, przechadzających się starszych osób. Ujrzawszy dwie seniorki wymieniające między sobą ciche szepty, roześmiał się, obserwując wysiadającą po drugiej stronie Marisę. Z wesołym uśmiechem rozpromieniającym opaloną twarz posłała mu gromkie spojrzenie.
– Zastanowiłeś się kiedykolwiek, co będzie, jeżeli kiedyś ci to nie wyjdzie? – Zatrzasnęła mocno drzwi i obeszła pojazd nie spuszczając wzroku z rozbawionej twarzy Fabrizio. – Kostnica. Pamiętaj, na cmentarzu nie zamierzam cię odwiedzać – mruknęła smętnie.
– Spokojnie. Opanowałem to do perfekcji. – Zadowolony uniósł wysoko brew, blokując wóz.
Jedni interesowali się sportem, jak na przykład Santon, natomiast Fab od młodzieńczych lat interesował się samochodami oraz wszelkimi możliwymi sztuczkami, jakie tylko mogło się nimi wykonać.
– Chyba za dużo naoglądałeś się „Tokyo Drift” – rzekła zadziornie, stając naprzeciwko chłopaka i obserwując ruch czekoladowych oczu. – Pamiętaj: nie jesteśmy w amerykańskim filmie – dodała, z ironią podkreślając przedostatnie słowo.
– Złośnica z ciebie, wiesz? – Pokręcił z niedowierzaniem głową.
Objąwszy Risę ramieniem, ruszyli wąską ścieżką parku w doskonale znanym kierunku. Korony drzew, pokryte delikatnymi letnimi liśćmi, miejscami kładły zniekształcone cienie na chropowatych promenadach. Na starannie wypielęgnowanych trawnikach przesiadywały szczęśliwe małżeństwa w otoczeniu swawolnych dzieci, podczas gdy przenikliwy szum wody w fontannie, przyjemnie pobudzał.
– Jesteś pewna, że Dade ma przyjść? – spytał z powątpieniem Fab po kilku minutach, siadając na oparciu ulubionej ławki.
– Rozmawialiśmy wczoraj przez telefon i obiecał, że przyjdzie. – Skinęła głową, z uwagą rozglądając się po parku.

Dwie nastolatki siedziały w niewielkiej knajpce, którą Gaia dostrzegła podczas spaceru po dzielnicy handlowej. Vivie szczerze przyznała, że miejsce to posiadało urok, choć wyglądał jak tradycyjny bar. Podłoga w czarno-białe płytki i obite popękanym winylem boksy pod ścianami sprawiały, iż poczuła się jak w starym, amerykańskim lokalu. Za barem widniało menu, wypisane białą kredą na tablicy a przy ladzie stał na oko dwudziestoletni chłopak.
Jego kruczoczarne włosy opadały na czoło, zaś delikatny, kilkudniowy zarost nadawał lekko szatańskiego wyglądu. Ramiona mężczyzny poruszały się przy każdym najmniejszym ruchu. Gdy blondynka spostrzegła przeszywające spojrzenie brązowych, jak gorzka czekolada, oczu i śnieżnobiały uśmiech, przeniosła pośpiesznie wzrok na siedząco naprzeciw Lazzarini. Lekko speszona podparła podbródek na otwartej dłoni.
Gaia Lazzarini miała siedemnaście lat, długie, ciemnobrązowe włosy i tęczówki wpadające w identyczny odcień. Przez miniony tydzień relacje dziewcząt zdecydowanie się zawęzi i chociaż dla Vivie było to nie lada wyzwanie – odnalazły wspólny język oraz pogląd na wiele istotnych spraw. Vivie zdołała zauważyć, iż była to ambitna nastolatka z pasją, chcąca wpoić wszystkim ludziom wokół umiejętność samodzielnego myślenia i krytycznego spojrzenia na rzeczywistość, a także wiarę, że mimo wszystko warto mieć marzenia.
– Przychodzę tu od dziecka. – Uśmiechnęła się Lazzi, trzymając między palcami srebrny widelec, który wbiła w spieczoną frytkę. – Tata przyprowadzał mnie, co niedziela po kościele na przepyszny sorbet – wyjaśniła. – Lody sprowadzają z jakieś dziury, ale są niesamo­wite.
– Z pewnością kiedyś spróbuję. – Zerknęła na nią znad talerza pełnego makaronu zapiekanego w sosie pomidorowym. – Mogę zadać ci pytanie? – Pociągnęła łyk ze szklanki wypełnionej sokiem kaktusowym.
– Raczej cię nie powstrzymam – odparła z uśmiechem.
– Marisę znasz wystarczająco długo – zaczęła ostrożnie. – Ostatnio cała ta rodzina dziwnie się zachowuje. Terrenzio wyjechał pięć dni temu, a ja mam wrażenie, że oni odetchnęli z ulgą. Zamiast odczuwać jego brak, cieszą się. – Zmrużyła oczy, zaczesując pasmo włosów za ucho i przykładając wolną dłoń do karku. – Risa momentami mnie wręcz przeraża. Nie mam pojęcia, czego mogę się po niej spodziewać. Zachowuje się tak, jakbym wyrządziła jej wielką krzywdę.
– Bo tak jest… – oznajmiła spokojnym tonem Lazzi. – To znaczy z jej punktu widzenia. Postaw się na jej miejscu, Vivienne. Niespodziewanie przyjeżdża jakaś obca dziewczyna, która skupia wokół siebie całą uwagę. – Słowa wypowiadała wolno i wyraźnie. – W dodatku zainteresowanie Davide twoją osobą, mogło na niej wywrzeć negatywne emocje.
– Ale… – zaczęła, lecz nie dane było jej skończyć.
– Wspomniałaś o dziwnym zachowaniu Passante. – Odchyliła się wspierając plecy na wysokim podparciu fotelu. – Osiem miesięcy temu, przed świętami, jej ojciec pojechał na wystawę europejskich architektów do Nowego Jorku. Spotkał tam przypadkowo twoją mamę, prawda? – Blondynka skinęła głową, intensywnie skupiając się na słowach Gai. – Chyba nie powinnam ci tego mówić, ale Risa powiedziała, że po jego powrocie rozpętało się prawdziwe piekło. Najgorsze w tym wszystkim to to, iż żadne z nich nie miało zamiaru wyjawić powodu ciągłych kłótni. – Chwyciła solniczkę posypując frytki na talerzu. – Nic więcej na ten temat nie wiem.
Wainwright spuściła wzrok na rozciągłe, cienkie nitki makaronu poskręcane na półmisku. Odłożyła sztuciec, a ze ściągniętymi brwiami i zaciśniętymi ustami powróciła myślami do Miami. Matthew bardzo długo sprzeciwiał się jej wyjazdowi do Mediolanu. Wówczas wcale nie rozumiała gniewu, a zapewnienia Victorii, że to zwykły przypływ nerwów i strachu, nie wystarczały.
– Hm, a co sądzisz o Davide? – Po niezręcznej ciszy uniosła wzrok na lekko zdziwioną twarz siedemnastolatki. Postanowiła nie drążyć poprzedniego tematu, bowiem nie znając żadnych szczegółów, nie była w stanie wyciągnąć odpowiednich wniosków.
Lazzarini uśmiechnęła się nieznacznie pod nosem.
– Davide nigdy za mną nie przepadał – wyjaśniła, lecz na twarzy szatynki zagościł niewielki uśmiech. – To znaczy, gdy dorastałam. Nie mogę powiedzieć, żebym ja go darzyła szczególną sympatią. Zawsze był podły. Jednak jakieś półtora roku temu to się zmieniło. W znacznej mierze przez mój związek z Giovannim. – Wzruszyła ramionami.
– Podły? – Powtórzyła cicho zaskoczona słowami szatynki. Miała przez moment ochotę usłyszeć, że jej włoski, jak zwykle zresztą, szwankował.
Równocześnie białe drzwi do baru otworzyły się, a zerknąwszy przez ramię, Vivienne zobaczyła włoskiego piłkarza idącego w ich stronę. Ubrany w krótkie, dżinsowe spodnie i popielatego koloru bluzkę z nadrukiem, zsunął z oczu ciemne okulary.
Przelotnie popatrzyła na wiszący zegar, wskazujący za dwadzieścia szesnasta, co oznaczało dziesięciominutowe spóźnienie. Piłkarz chwycił krzesło stojące przy sąsiednim stoliku i obrócił je, zanim usiadł.
– O czym rozmawiałyście? Zza okna wyglądało, że o czymś poważnym. – Spojrzał podejrzliwie na obie dziewczyny, wymieniające między sobą spojrzenie.
– Rozmawiałyśmy… – zaczęła pewnym tonem Gaia – …o tym nowym i cholernie przystojnym kelnerze. – Zerknęła przez ramię na młodego mężczyznę, którego spojrzenie, jak na zawołanie, padło na ich stolik.
Vivienne parsknęła niepohamowanym śmiechem.
– Zabawne. – Ściągnął brwi, rzucając spojrzeniem w stronę lady.  Powstrzymując się od głupiego komentarzu, wykradł z talerza Lazzarini pojedynczą frytkę. – Czy mogę porwać ci koleżankę? – spytał, zerkając na szatynkę. – Na spacer – dodał, dostrzegając pytający wzrok blondynki.
– Romantyczny spacer czy po prostu spacer? – zagaiła szatynka z szerokim uśmiechem na ustach. Blondynka zmrużyła oczy, posyłając jej gniewne spojrzenie.
– Powiedziałbym… Po prostu spacer. – Uniósł zawadiacko brwi.
– Nie ma sprawy. Idźcie. – Uśmiechnęła się, zerkając na zegar. – Gianni powinien przyjść za około piętnaście minut.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz