Rozdział 23


Na niebie miejscami można było dostrzec puszyste obłoki, słońce świeciło wysoko, a delikatny powiew wiatru dawał przyjemne wrażenie orzeźwienia. Vivienne Wainwright nerwowo poprawiając białą bokserkę z ozdobnymi angielskimi flagami, przysiadła na drewnianej ławeczce tuż przy jednym z bloków mieszkalnych. Pogoda była wręcz wymarzona na spacer i gdyby nie jej stan zapewne udałaby się na długą przechadzkę wzdłuż najsłynniejszych ulic Mediolanu. Niestety była nieomalże pewna, iż wszystkie negatywne emocje nie zejdą z niej ot tak, a wręcz przeciwnie – całą jej rodzinę czekała długoterminowa walka z przeszłością.
Nagle ktoś odciął promienie słoneczne, pogrążając jej twarz w słodkim cieniu. Uniosła wątpliwie wzrok na sylwetkę młodego chłopaka, którego zaskoczony wyraz twarzy nie umknął jej uwadze. Uśmiechnęła się lekko, po czym sama przed sobą szczerze przyznała, iż nie potrafiła rzucić się mu w ramiona tak jak uprzednio. Stało między nimi zbyt wiele pytań bez odpowiedzi, niejasności i wątpliwości, że zaczęła się zastanawiać, w jaki sposób sobie to wszystko wcześniej wyobrażała.
– Cześć – powiedział na wstępie. – Co ty tu robisz? – dodał zdziwiony.
– Ja też się cieszę, że cię widzę, Davide – rzuciła lekko sarkastycznie.
– Uhm. Długo czekasz? – spytał wymijająco, zajmując miejsce obok niej. – Wszystko w porządku, Vivienne? – zapytał po chwili ciszy, a kiedy skinęła głową, dodał: – Nie odbierałaś w ogóle moich telefonów i nie oddzwaniałaś.
– Wiem, ale miałam na głowie inne problemy – rzuciła bez ogórek, zerkając niepewnie na piłkarza. – Zresztą sam już pewnie wiesz.
– Tak. – Potrząsnął lekko głową, ponieważ Fabrizio zdążył zapoznać go z wszystkim, co wydarzyło się ostatnio pomiędzy Vivienne, a całą rodziną Passante. Wiedział także o przyjeździe ojca blondynki do Mediolanu, tak więc przeczuwał, dlaczego zastał ją pod swoim domem. – Viv… Posłuchaj, miałem na myśli… Och, przecież wiesz, że ja też się martwię.
– Wiem o tym doskonale, Davide. – Westchnęła ciężko. – Ale dopóki nie dowiemy się, czy to jest na pewno…
– Prawdziwe? – Wtrącił, odchylając się i podpierając łokciem o oparcie.
– Och… Nie o to mi chodzi – mruknęła, odwracając wzrok.
– W takim razie, czego ty ode mnie chcesz, Vivienne? – spytał próbując zachować spokojny ton. – Powiedz mi, co mam zrobić. Zrezygnować z piłki nożnej? W tym rzecz? – kontynuował, ponieważ nie wiedział co myśleć o zaistniałej sytuacji. – Sam nie wiem jak to wszystko się stało – dodał, nieco wyprowadzony z równowagi, gdyż nie miał pojęcia, co zrobić, jeżeli ich najgorsze przepuszczenia okazałyby się trafne. – W każdym razie mogę podjąć dodatkową pracę, prawda?
– Prawda? – Powtórzyła kąśliwie, patrząc odważnie w jego ciemne oczy.
– Tak. Mogę iść do normalnej pracy. – Potwierdził, choć wbrew swoim słowom nie chciał rezygnować z gry. Od dziecka o tym marzył, lecz z drugiej strony chciał być odpowiedzialny za swe czyny i przyjąć konsekwencje. – Możesz zamieszkać w Mediolanie. Są tu dobre uczelnie. Mam mieszkanie. Mamy opcje!
– Nie, Dade. Czy chociaż przez moment pomyślałeś, co z moimi opcjami? – spytała posępnie. – A co jeśli chcę to cofnąć… – Urwała, dostrzegając zaskoczenie w jego spojrzeniu. Usiłując powstrzymać drżenie głosu, wyjaśniła: – Tą całą noc i to wszystko? Gdzie jest miejsce na moje wyjście?
– Nie rozumiem – stwierdził po chwili. – O czym ty mówisz?
– Słuchaj, to między nami jest miłe i czuję się z tym bardzo dobrze, ale jestem chyba trochę zbyt dziwna i zajęta, a to nienajlepsza kombinacja. – Uniosła brwi zastanawiając się, jak wybrnąć z tej niezręcznej sytuacji. – Ktoś mi kiedyś powiedział, że do miłości nie ma instrukcji obsługi. Jest cudowna sama w sobie, ale nie zawsze pokazuje nam najlepszą drogę, jaką powinniśmy obrać – powiedziała, przywołując w myślach obraz Matta, który parę godzin temu otwarł się przed nią. – Potrzebuję czasu, by sobie to poukładać. Zresztą oboje z tatą potrzebujemy czasu, aby się odnaleźć, a mi z mamą i bratem u boku będzie łatwiej. Potrzebuję mojej rodziny, Davide. – Wyjaśniła, nie potrafiąc znieść wyrazu cierpienia, jaki malował się w jego oczach. – Gdybym tutaj została kusiłoby mnie, aby na tobie polegać, wykorzystać cię jako osłonę, a nie chcę, aby to wszystko wyglądało w ten sposób. To nie byłoby normalne. Rozumiesz, co chcę powiedzieć? – Uniosła brwi, wyczekująco na niego zerkając. – To już nie ma sensu. To się nie uda. – Pokręciła głową. – Jutro wracam do Miami.
– I dlatego teraz postanowiłaś to zakończyć? – spytał. – A co jeśli…?
– Nie potrafię ci odpowiedzieć – stwierdziła cicho, czując gulę w gardle.
– Więc może zadzwonisz jak już będziesz potrafiła? – Furknął.

 „Nie ma, co się dręczyć. Trzeba zamknąć ten rozdział, zapomnieć, wymazać, wykasować, odkochać się, pozbyć się tego pliku z własnej pamięci. Trudno. Było, minęło” – Ewa Nowak.

Następnego dnia, ognista kula zagościła na nieboskłonie, okrywając swym ciepłem całe miasto. Letni wiatr powiewał, cicho szumiąc w gałęziach drzew.
Marisa u boku swego ojca i Clarissy przemierzała halę odlotów, próbując odnaleźć wzrokiem Wainwright’ów. Kiedy w oddali blond włosy Vivie rzuciły refleksy, szturchnęła Terrenzio wskazując palcem w ów miejsce.
Gdy tylko znalazła się twarzą w twarz z blondynką, przez chwilę stała w milczeniu, myśląc, co sensownego powiedzieć na pożegnanie. Zapewne żadna z nich nie chciała rozstawać się z utkwionymi w zakamarkach pamięci złością oraz niechęcią, które towarzyszył im obu przez minione dwa tygodnie. Były siostrami, nic nie mogło już tego zmienić i choć mieszkały w różnych częściach świata, doskonale zdawały sobie sprawę, iż w przyszłości Terrenzio Passante będzie łącznikiem między nimi.
– Głupio wyszło. – Bąknęła, czując na sobie jej przeszywający wzrok.
– Już nie myśl o tym. Ja już zapomniałam. – Vivie uniosła kąciki ust.
Brunetka uśmiechnęła się delikatnie, zerkając ukradkiem na każdego po kolei: na spiętego Terrenzio, który właśnie wymieniał z Mattem poglądy na temat Miami Heat; na rozluźnioną Clarissę, która zabawiała Christophera a na końcu na Viv, która w ciszy zasiadła na jednym z foteli, obserwując potężne maszyny stojące za szybą gmachu. Marisa westchnęła, stwierdzając, iż wszyscy tworzyli w pewien sposób krąg rodzinny. Ponadto to lato dowiodło, że zdarzają się czasem nieoczekiwane rzeczy i, że owy krąg może się bardzo szybko rozpaść, albo wzbogacić, a wszystko zależy od tego jak się podejdzie do problemu.
– Vivienne, już pora na nas. – Głos Matta rozległ się niczym echo, kiedy kobiecy głos, poinformował o odprawie pasażerów lotu do Miami.
– Chwila. – Posłała mężczyźnie uśmiech, a powstając zerknęła na Risę. – Do zobaczenia. – Uśmiechnęła się i bez jakichkolwiek uprzedzeń przytuliła zaskoczoną dziewczynę. – Miło było was poznać – dodała, wtulając się w Clarissę, która śledziła każdy jej ruch. – Mam nadzieję, że jeszcze kiedyś się spotkamy. – Mrugnęła znacząco do swej rówieśniczki, po czym przechwytując bagaż spojrzała na Terrenzio. – Do widzenia – rzuciła cicho, jednakże niczym więcej niźli ciepłym uśmiechem go nie uraczyła.

Siedząc w fotelu pasażera w czarnym Chryslerze ojca, obserwowała znane tereny obrzeży Mediolanu. Vivienne ze swoją rodziną już od dawna znajdowali się na pokładzie samolotu, który wystartował zaledwie parę minut temu. Nie wiedząc, czemu, ale wraz z wyjazdem blondynki, zamiast poczuć wielką ulgę i radość, odczuwała zupełnie coś przeciwnego.
Wyciągnęła z kieszeni szortów telefon, który od dwóch dni milczał jak zaklęty. Nie miała pojęcia, co działo się z jej przyjaciółmi, bowiem Davide, ani Fabrizio nie dawali oznak życia. Cicho westchnęła, zerkając na wyświetlacz, gdzie gościło zdjęcie z początku wakacji przedstawiające ją i Fabrizio na przydrożnym boisku koszykarskim. Autorem fotografii był Santon, który to wówczas z Fabrizio rozgrywał mały meczyk – jeden na jednego. Czy takie chwile powrócą? Nie była tego wcale taka pewna, ale wiedziała też, że odkładanie wszystkiego, co nieuniknione na później, nie miało sensu. Czuła, iż musi jak najszybciej porozmawiać z Fabsem, gdyż całokształt już dawno wymknął się spod kontroli.
– Tato, zatrzymaj samochód, proszę. – Zerwała się nagle zorientowawszy się, że znajdują się niedaleko posiadłości Falcone’a. – Nie czekaj za mną.
Terry nie kryjąc zaskoczenia wykonał prośbę córki, a następnie wzdrygnął się, gdy z impetem trzasnęła drzwiami. Z uchylonymi ze zdziwienia ustami, odprowadził ją wzrokiem, dopóki nie znikła w jednej z bocznych uliczek. Natomiast ona odczuwając dziwny skurcz w okolicach żołądka dzielnie maszerowała przed siebie, planując w myślach wszystko, co zamierzała przekazać Fabrizio. Nie potrafiła żyć w ciągłej niepewności i wolała zakończyć wszystko na tym etapie, niżeli łudzić się na niemożliwe.
Znajdując się pod sporej wielkości domem przy Via Ernesto Basile, załomotała pięścią w mahoniowe drzwi, po czym mocno wcisnęła przycisk dzwonka. Minęło kilka sekund, kiedy w progu stanęła czarnowłosa, ładna i opalona kobieta, zapraszając ją z uśmiechem do środka. Marisa jednakże grzecznie odmówiła oraz poprosiła Evę, aby zawołała najstarszego syna, ponieważ chce zamienić z nim kilka słów. Zaskoczona kobieta skinęła głową, a gdy po chwili brunetka zasiadła na najniższym stopniu schodów z wnętrza domu wyszedł, odziany w szare dresowe spodnie i biały podkoszulek, dziewiętnastolatek.
– Marisa? – spytał zdziwiony, przecierając zaspane oczy. – Coś się stało? – dodał, siadając tuż obok niej.
– Musimy porozmawiać, Fabrizio – rzuciła bezpośrednio.
– O czym? – Przeczesał dłonią włosy, próbując doprowadzić je do ładu.
– O tym, co się stało – wyjaśniła, czując się, co najmniej dziwnie.
– Uhm, nic się nie wydarzyło – rzucił, a zdumiona Marisa zgryzła dolną wargę. – Mówię poważnie – dodał Fabrizio, z nadzieją, iż ów zapewnienie wystarczy, bowiem przez jedną, krótką chwilę słabości nie chciał zniszczyć wieloletniej przyjaźni. – Jesteśmy przecież przyjaciółmi. Jak zawsze – podkreślił stanowczo.
– Nie, Fabrizio – odezwała się w końcu. – Nie możemy być przyjaciółmi.
Zmarszczył brwi. Ostatnimi czasy kłócili się zdecydowanie częściej niż zazwyczaj, lecz nawet nie przepuszczałby, iż Marisa niespodziewanie zechce zakończyć tę przyjaźń. Dla niego samego ten pomysł był równie dziwaczny, jakby ktoś zakazał mu oddychać. Od dawna uważał, że byli stworzeni dla siebie, a Passante postanowiła ot tak ich rozdzielić.
– Huh, a to niby, dlaczego? – zapytał Fabrizio, wyraźnie zszokowany.
– Dobrze wiesz, że między nami nie jest już jak dawniej – wyjaśniła, nie chcąc pokazywać mu, jaka była słaba wobec całej tej sytuacji.
– Ależ Marisa, to nie ma sensu… – zaczął spokojnym tonem.
– Dla mnie ma. – Weszła mu w zdanie zaczesując włosy za ucho.
– Potrzebuję cię jako przyjaciółki – zaczął, układając dłoń na jej ręce. – Nie odbieraj mi mojej najlepszej przyjaciółki, dobrze? Nic się nie wydarzyło.
– Przykro mi Fab. – Wysunęła dłoń spod jego dotyku. – Zawiodłam jako przyjaciółka. I proszę, nie mów nic więcej. Po prostu daj mi spokój.
– Co? – Podniósł głos, ignorując fakt, że okna domu były otwarte, a Eva krzątała się po kuchni. – Słuchaj, przepraszam za ten pocałunek, poniosło mnie! Byliśmy podenerwowani, szukaliśmy pociechy! – kontynuował zastanawiając się, czy próbuje przekonać Marisę czy raczej samego siebie. – Oczekujesz ode mnie czegoś więcej, ale ja nie zapomniałem jeszcze o Natalii – wyjaśnił, licząc, iż dziewczyna choć odrobinę zrozumie jego uczucia. – To znaczy nie jestem pewien czy tak jest, ale jeśli zaczniemy, mogłoby się wszystko popsuć, a nie chcę tego stracić. Więc jeśli nam nie wyjdzie tylko cię rozczaruję i zranię, a to ostatnia rzecz, jakiej pragnę – zakończył.
– To duży problem. – Bąknęła, a wzbierając w sobie odwagę uniosła wzrok, aby spojrzeć w jego brązowe oczy. – Nie wiem czy wiesz Fabrizio, ale sam zacząłeś iść dalej, a teraz zwyczajnie postanawiasz uciec, zanim w ogóle spróbujemy. I wiesz, co? Nie martw się, że stracisz tą wspaniałą rzecz… Ponieważ już jej nie ma! – dokończyła, a pośpiesznie wstając, ruszyła w kierunku skąd przyszła.

„Moje serce obawia się cierpień. Powiedz mu, że strach przed cierpieniem jest straszniejszy niż samo cierpienie. I że żadne serce nie cierpiało nigdy, gdy sięgało po swoje marzenia”.

Dni mijały wyjątkowo szybko i zanim się zorientowała rozpoczął się wrzesień. Vivienne z lekkim uśmiechem swobodnie leżała wśród białej pierzyny, a spod półprzymkniętych oczu spoglądała w kierunku wysokich, dwuskrzydłowych oszklonych drzwi, za którymi rozpościerał się widok na ocean. Odkąd tylko znalazła się z powrotem w Miami odzyskała wewnętrzny spokój, który utraciła niemal przed miesiącem we Włoszech.
Nagle drzwi do pokoju pomału uchyliły się, a z cichym okrzykiem do środka wparowała wysoka, szczupła jasnowłosa dziewczyna przypominająca wyglądem jedną z ponętnych modelek Vogue`a. Przywitała się z Vivie ciepłym uściskiem, a gdy odsunęła się, obie zasiadły na olbrzymim, podwójnym łóżku w pozycji tureckiej. Małe, brązowe oczy Penny połyskiwały ożywieniem, a podkreślone czarną kredką współgrały z idealną, oliwkową cerą i gęstymi rzęsami. Penelope uniosła jedną brew, przyglądając się przyjaciółce.
– Mam. – Wychrypiała, wyciągając z torebki podłużne opakowanie. – Musisz wykonać test według instrukcji i… – zaczęła, przeglądając dołączoną kartkę.
– Penny. – Przerwała jej nagle, chwytając za dłonie i tym samym sprawiając, że opuściła kartkę ze wskazówki. – Zgadnij, co się pojawiło tuż przed twoim przyjazdem? – Entuzjazm Vivienne, spowodował, iż Penelope ponownie wesoło pisnęła z radością rzucając się w objęcia przyjaciółki.
– Tak się cieszę, Vivie – powiedziała, a spostrzegając laptopa ustawionego nieopodal na stoliku, zmrużyła oczy niczym kotka. – Chwila, chwila. Czekaj… Nie powiesz mi chyba, że napisałaś mu, że nie jesteś w ciąży e-mailem?
– Pomyślałam, że tak będzie prościej. – Wzruszyła ramionami, a spoglądając w stronę pudełka, na którym widniał wizerunek uśmiechniętego dziecka, stwierdziła, iż dla pewności wykona również ów test ciążowy. – Gdybym miała zadzwonić, albo powiedzieć mu osobiście… Mógłby sobie pomyśleć, coś, co pozwoliłoby mu wrócić do punktu wyjścia, a tak się nie da. Prawda jest taka, że ja jestem tutaj, a on w Europie. To po prostu jest bez sensu – stwierdziła, układając głowę na poduszkach. – A zresztą jestem do dupy w związkach. Chyba powinnam być facetem.
– Nie prawda, Vivie – odpowiedziała zdecydowanie Penny, układając swą głowę tuż obok. – A wiesz, dlaczego? Bo faceci ani trochę nie dbają o to, czy są do dupy, gdy są z kimś.
– Wiesz, w czym tkwi problem? – spytała, odwracając głowę tak, aby móc spojrzeć w oczy przyjaciółki. – Zawsze, gdy się do kogoś zbliżam czuję, jakby coś we mnie mówiło: „Och, Vivienne próbuje być szczęśliwa. Koniecznie odbierzmy jej to!” – dodała zmieniając głos na nieco niższy i bardziej zachrypnięty.
– A może po prostu zbyt bardzo panikujesz? – Penny uniosła brwi.
– Nie wiem. – Wzruszyła ramionami, a po chwili, dodała: – Może.
W końcu, czym jest życie jak nie jednym wielkim ryzykiem oraz grą z własnym losem? Z pewnością są chwile, dla których warto żyć, choć przez jeden moment. Przecież życie samo w sobie jest jedną wielką potyczką, którą trzeba podjąć; marzeniem, które trzeba urzeczywistniać; przygodą, za którą trzeba iść; rozgrywką, w którą warto zagrać; smutkiem, którego trzeba pokonać; szczęściem, któremu trzeba pomóc oraz tajemnicą, jaką należy odkrywać. Nie zależnie od tego czy coś nie wychodzi, bądź idzie nie po naszej myśli nie należy się przede wszystkim nigdy poddawać, ani wpadać w panikę, nawet wtedy, gdy wszyscy dookoła widzą naszą przegraną.
To nasze starcie ze słabościami i tylko od nas zależy, czy ją wygramy.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz