Na
niebie miejscami można było dostrzec puszyste obłoki, słońce świeciło wysoko, a
delikatny powiew wiatru dawał przyjemne wrażenie orzeźwienia. Vivienne Wainwright
nerwowo poprawiając białą bokserkę z ozdobnymi angielskimi flagami, przysiadła
na drewnianej ławeczce tuż przy jednym z bloków mieszkalnych. Pogoda była wręcz
wymarzona na spacer i gdyby nie jej stan zapewne udałaby się na długą
przechadzkę wzdłuż najsłynniejszych ulic Mediolanu. Niestety była nieomalże
pewna, iż wszystkie negatywne emocje nie zejdą z niej ot tak, a wręcz
przeciwnie – całą jej rodzinę czekała długoterminowa walka z przeszłością.
Nagle ktoś
odciął promienie słoneczne, pogrążając jej twarz w słodkim cieniu. Uniosła
wątpliwie wzrok na sylwetkę młodego chłopaka, którego zaskoczony wyraz twarzy
nie umknął jej uwadze. Uśmiechnęła się lekko, po czym sama przed sobą szczerze
przyznała, iż nie potrafiła rzucić się mu w ramiona tak jak uprzednio. Stało
między nimi zbyt wiele pytań bez odpowiedzi, niejasności i wątpliwości, że
zaczęła się zastanawiać, w jaki sposób sobie to wszystko wcześniej wyobrażała.
– Cześć –
powiedział na wstępie. – Co ty tu robisz? – dodał zdziwiony.
– Ja też się
cieszę, że cię widzę, Davide – rzuciła lekko sarkastycznie.
– Uhm. Długo
czekasz? – spytał wymijająco, zajmując miejsce obok niej. – Wszystko w
porządku, Vivienne? – zapytał po chwili ciszy, a kiedy skinęła głową, dodał: –
Nie odbierałaś w ogóle moich telefonów i nie oddzwaniałaś.
– Wiem, ale
miałam na głowie inne problemy – rzuciła bez ogórek, zerkając niepewnie na
piłkarza. – Zresztą sam już pewnie wiesz.
– Tak. – Potrząsnął
lekko głową, ponieważ Fabrizio zdążył zapoznać go z wszystkim, co wydarzyło się
ostatnio pomiędzy Vivienne, a całą rodziną Passante. Wiedział także o
przyjeździe ojca blondynki do Mediolanu, tak więc przeczuwał, dlaczego zastał ją
pod swoim domem. – Viv… Posłuchaj, miałem na myśli… Och, przecież wiesz, że ja
też się martwię.
– Wiem o tym
doskonale, Davide. – Westchnęła ciężko. – Ale dopóki nie dowiemy się, czy to
jest na pewno…
– Prawdziwe? –
Wtrącił, odchylając się i podpierając łokciem o oparcie.
– Och… Nie o
to mi chodzi – mruknęła, odwracając wzrok.
– W takim
razie, czego ty ode mnie chcesz, Vivienne? – spytał próbując zachować spokojny
ton. – Powiedz mi, co mam zrobić. Zrezygnować z piłki nożnej? W tym rzecz? –
kontynuował, ponieważ nie wiedział co myśleć o zaistniałej sytuacji. – Sam nie
wiem jak to wszystko się stało – dodał, nieco wyprowadzony z równowagi, gdyż
nie miał pojęcia, co zrobić, jeżeli ich najgorsze przepuszczenia okazałyby się
trafne. – W każdym razie mogę podjąć dodatkową pracę, prawda?
– Prawda? – Powtórzyła
kąśliwie, patrząc odważnie w jego ciemne oczy.
– Tak. Mogę
iść do normalnej pracy. – Potwierdził, choć wbrew swoim słowom nie chciał
rezygnować z gry. Od dziecka o tym marzył, lecz z drugiej strony chciał być odpowiedzialny
za swe czyny i przyjąć konsekwencje. – Możesz zamieszkać w Mediolanie. Są tu
dobre uczelnie. Mam mieszkanie. Mamy opcje!
– Nie, Dade.
Czy chociaż przez moment pomyślałeś, co z moimi opcjami? – spytała posępnie. –
A co jeśli chcę to cofnąć… – Urwała, dostrzegając zaskoczenie w jego
spojrzeniu. Usiłując powstrzymać drżenie głosu, wyjaśniła: – Tą całą noc i to
wszystko? Gdzie jest miejsce na moje wyjście?
– Nie rozumiem
– stwierdził po chwili. – O czym ty mówisz?
– Słuchaj, to
między nami jest miłe i czuję się z tym bardzo dobrze, ale jestem chyba trochę
zbyt dziwna i zajęta, a to nienajlepsza kombinacja. – Uniosła brwi
zastanawiając się, jak wybrnąć z tej niezręcznej sytuacji. – Ktoś mi kiedyś
powiedział, że do miłości nie ma instrukcji obsługi. Jest cudowna sama w sobie,
ale nie zawsze pokazuje nam najlepszą drogę, jaką powinniśmy obrać –
powiedziała, przywołując w myślach obraz Matta, który parę godzin temu otwarł
się przed nią. – Potrzebuję czasu, by sobie to poukładać. Zresztą oboje z tatą
potrzebujemy czasu, aby się odnaleźć, a mi z mamą i bratem u boku będzie
łatwiej. Potrzebuję mojej rodziny, Davide. – Wyjaśniła, nie potrafiąc znieść
wyrazu cierpienia, jaki malował się w jego oczach. – Gdybym tutaj została
kusiłoby mnie, aby na tobie polegać, wykorzystać cię jako osłonę, a nie chcę,
aby to wszystko wyglądało w ten sposób. To nie byłoby normalne. Rozumiesz, co
chcę powiedzieć? – Uniosła brwi, wyczekująco na niego zerkając. – To już nie ma
sensu. To się nie uda. – Pokręciła głową. – Jutro wracam do Miami.
– I dlatego
teraz postanowiłaś to zakończyć? – spytał. – A co jeśli…?
– Nie potrafię
ci odpowiedzieć – stwierdziła cicho, czując gulę w gardle.
– Więc może
zadzwonisz jak już będziesz potrafiła? – Furknął.
„Nie
ma, co się dręczyć. Trzeba zamknąć ten rozdział, zapomnieć, wymazać, wykasować,
odkochać się, pozbyć się tego pliku z własnej pamięci. Trudno. Było, minęło” –
Ewa Nowak.
Następnego
dnia, ognista kula zagościła na nieboskłonie, okrywając swym ciepłem całe
miasto. Letni wiatr powiewał, cicho szumiąc w gałęziach drzew.
Marisa u boku
swego ojca i Clarissy przemierzała halę odlotów, próbując odnaleźć wzrokiem Wainwright’ów.
Kiedy w oddali blond włosy Vivie rzuciły refleksy, szturchnęła Terrenzio
wskazując palcem w ów miejsce.
Gdy tylko
znalazła się twarzą w twarz z blondynką, przez chwilę stała w milczeniu,
myśląc, co sensownego powiedzieć na pożegnanie. Zapewne żadna z nich nie
chciała rozstawać się z utkwionymi w zakamarkach pamięci złością oraz
niechęcią, które towarzyszył im obu przez minione dwa tygodnie. Były siostrami,
nic nie mogło już tego zmienić i choć mieszkały w różnych częściach świata,
doskonale zdawały sobie sprawę, iż w przyszłości Terrenzio Passante będzie
łącznikiem między nimi.
– Głupio
wyszło. – Bąknęła, czując na sobie jej przeszywający wzrok.
– Już nie myśl
o tym. Ja już zapomniałam. – Vivie uniosła kąciki ust.
Brunetka
uśmiechnęła się delikatnie, zerkając ukradkiem na każdego po kolei: na spiętego
Terrenzio, który właśnie wymieniał z Mattem poglądy na temat Miami Heat; na
rozluźnioną Clarissę, która zabawiała Christophera a na końcu na Viv, która w
ciszy zasiadła na jednym z foteli, obserwując potężne maszyny stojące za szybą
gmachu. Marisa westchnęła, stwierdzając, iż wszyscy tworzyli w pewien sposób
krąg rodzinny. Ponadto to lato dowiodło, że zdarzają się czasem nieoczekiwane
rzeczy i, że owy krąg może się bardzo szybko rozpaść, albo wzbogacić, a
wszystko zależy od tego jak się podejdzie do problemu.
– Vivienne,
już pora na nas. – Głos Matta rozległ się niczym echo, kiedy kobiecy głos,
poinformował o odprawie pasażerów lotu do Miami.
– Chwila. – Posłała
mężczyźnie uśmiech, a powstając zerknęła na Risę. – Do zobaczenia. – Uśmiechnęła
się i bez jakichkolwiek uprzedzeń przytuliła zaskoczoną dziewczynę. – Miło było
was poznać – dodała, wtulając się w Clarissę, która śledziła każdy jej ruch. –
Mam nadzieję, że jeszcze kiedyś się spotkamy. – Mrugnęła znacząco do swej
rówieśniczki, po czym przechwytując bagaż spojrzała na Terrenzio. – Do widzenia
– rzuciła cicho, jednakże niczym więcej niźli ciepłym uśmiechem go nie
uraczyła.
Siedząc w
fotelu pasażera w czarnym Chryslerze ojca, obserwowała znane tereny obrzeży
Mediolanu. Vivienne ze swoją rodziną już od dawna znajdowali się na pokładzie
samolotu, który wystartował zaledwie parę minut temu. Nie wiedząc, czemu, ale
wraz z wyjazdem blondynki, zamiast poczuć wielką ulgę i radość, odczuwała zupełnie
coś przeciwnego.
Wyciągnęła z
kieszeni szortów telefon, który od dwóch dni milczał jak zaklęty. Nie miała
pojęcia, co działo się z jej przyjaciółmi, bowiem Davide, ani Fabrizio nie
dawali oznak życia. Cicho westchnęła, zerkając na wyświetlacz, gdzie gościło
zdjęcie z początku wakacji przedstawiające ją i Fabrizio na przydrożnym boisku
koszykarskim. Autorem fotografii był Santon, który to wówczas z Fabrizio
rozgrywał mały meczyk – jeden na jednego. Czy takie chwile powrócą? Nie była
tego wcale taka pewna, ale wiedziała też, że odkładanie wszystkiego, co
nieuniknione na później, nie miało sensu. Czuła, iż musi jak najszybciej
porozmawiać z Fabsem, gdyż całokształt już dawno wymknął się spod kontroli.
– Tato,
zatrzymaj samochód, proszę. – Zerwała się nagle zorientowawszy się, że znajdują
się niedaleko posiadłości Falcone’a. – Nie czekaj za mną.
Terry nie
kryjąc zaskoczenia wykonał prośbę córki, a następnie wzdrygnął się, gdy z
impetem trzasnęła drzwiami. Z uchylonymi ze zdziwienia ustami, odprowadził ją
wzrokiem, dopóki nie znikła w jednej z bocznych uliczek. Natomiast ona
odczuwając dziwny skurcz w okolicach żołądka dzielnie maszerowała przed siebie,
planując w myślach wszystko, co zamierzała przekazać Fabrizio. Nie potrafiła żyć
w ciągłej niepewności i wolała zakończyć wszystko na tym etapie, niżeli łudzić
się na niemożliwe.
Znajdując się
pod sporej wielkości domem przy Via Ernesto Basile, załomotała pięścią w
mahoniowe drzwi, po czym mocno wcisnęła przycisk dzwonka. Minęło kilka sekund,
kiedy w progu stanęła czarnowłosa, ładna i opalona kobieta, zapraszając ją z
uśmiechem do środka. Marisa jednakże grzecznie odmówiła oraz poprosiła Evę, aby
zawołała najstarszego syna, ponieważ chce zamienić z nim kilka słów. Zaskoczona
kobieta skinęła głową, a gdy po chwili brunetka zasiadła na najniższym stopniu
schodów z wnętrza domu wyszedł, odziany w szare dresowe spodnie i biały
podkoszulek, dziewiętnastolatek.
– Marisa? –
spytał zdziwiony, przecierając zaspane oczy. – Coś się stało? – dodał, siadając
tuż obok niej.
– Musimy
porozmawiać, Fabrizio – rzuciła bezpośrednio.
– O czym? – Przeczesał
dłonią włosy, próbując doprowadzić je do ładu.
– O tym, co
się stało – wyjaśniła, czując się, co najmniej dziwnie.
– Uhm, nic się
nie wydarzyło – rzucił, a zdumiona Marisa zgryzła dolną wargę. – Mówię poważnie
– dodał Fabrizio, z nadzieją, iż ów zapewnienie wystarczy, bowiem przez jedną,
krótką chwilę słabości nie chciał zniszczyć wieloletniej przyjaźni. – Jesteśmy przecież
przyjaciółmi. Jak zawsze – podkreślił
stanowczo.
– Nie,
Fabrizio – odezwała się w końcu. – Nie możemy być przyjaciółmi.
Zmarszczył
brwi. Ostatnimi czasy kłócili się zdecydowanie częściej niż zazwyczaj, lecz
nawet nie przepuszczałby, iż Marisa niespodziewanie zechce zakończyć tę przyjaźń.
Dla niego samego ten pomysł był równie dziwaczny, jakby ktoś zakazał mu
oddychać. Od dawna uważał, że byli stworzeni dla siebie, a Passante postanowiła
ot tak ich rozdzielić.
– Huh, a to
niby, dlaczego? – zapytał Fabrizio, wyraźnie zszokowany.
– Dobrze
wiesz, że między nami nie jest już jak dawniej – wyjaśniła, nie chcąc pokazywać
mu, jaka była słaba wobec całej tej sytuacji.
– Ależ Marisa,
to nie ma sensu… – zaczął spokojnym tonem.
– Dla mnie ma.
– Weszła mu w zdanie zaczesując włosy za ucho.
– Potrzebuję
cię jako przyjaciółki – zaczął, układając dłoń na jej ręce. – Nie odbieraj mi
mojej najlepszej przyjaciółki, dobrze? Nic się nie wydarzyło.
– Przykro mi
Fab. – Wysunęła dłoń spod jego dotyku. – Zawiodłam jako przyjaciółka. I proszę,
nie mów nic więcej. Po prostu daj mi spokój.
– Co? – Podniósł
głos, ignorując fakt, że okna domu były otwarte, a Eva krzątała się po kuchni.
– Słuchaj, przepraszam za ten pocałunek, poniosło mnie! Byliśmy podenerwowani, szukaliśmy
pociechy! – kontynuował zastanawiając się, czy próbuje przekonać Marisę czy
raczej samego siebie. – Oczekujesz ode mnie czegoś więcej, ale ja nie
zapomniałem jeszcze o Natalii – wyjaśnił, licząc, iż dziewczyna choć odrobinę
zrozumie jego uczucia. – To znaczy nie jestem pewien czy tak jest, ale jeśli
zaczniemy, mogłoby się wszystko popsuć, a nie chcę tego stracić. Więc jeśli nam
nie wyjdzie tylko cię rozczaruję i zranię, a to ostatnia rzecz, jakiej pragnę –
zakończył.
– To duży
problem. – Bąknęła, a wzbierając w sobie odwagę uniosła wzrok, aby spojrzeć w
jego brązowe oczy. – Nie wiem czy wiesz Fabrizio, ale sam zacząłeś iść dalej, a
teraz zwyczajnie postanawiasz uciec, zanim w ogóle spróbujemy. I wiesz, co? Nie
martw się, że stracisz tą wspaniałą rzecz… Ponieważ już jej nie ma! –
dokończyła, a pośpiesznie wstając, ruszyła w kierunku skąd przyszła.
„Moje serce obawia się cierpień. Powiedz mu,
że strach przed cierpieniem jest straszniejszy niż samo cierpienie. I że żadne
serce nie cierpiało nigdy, gdy sięgało po swoje marzenia”.
Dni mijały wyjątkowo
szybko i zanim się zorientowała rozpoczął się wrzesień. Vivienne z lekkim
uśmiechem swobodnie leżała wśród białej pierzyny, a spod półprzymkniętych oczu
spoglądała w kierunku wysokich, dwuskrzydłowych oszklonych drzwi, za którymi
rozpościerał się widok na ocean. Odkąd tylko znalazła się z powrotem w Miami
odzyskała wewnętrzny spokój, który utraciła niemal przed miesiącem we Włoszech.
Nagle drzwi do
pokoju pomału uchyliły się, a z cichym okrzykiem do środka wparowała wysoka,
szczupła jasnowłosa dziewczyna przypominająca wyglądem jedną z ponętnych
modelek Vogue`a. Przywitała się z Vivie ciepłym uściskiem, a gdy odsunęła się,
obie zasiadły na olbrzymim, podwójnym łóżku w pozycji tureckiej. Małe, brązowe
oczy Penny połyskiwały ożywieniem, a podkreślone czarną kredką współgrały z
idealną, oliwkową cerą i gęstymi rzęsami. Penelope uniosła jedną brew,
przyglądając się przyjaciółce.
– Mam. – Wychrypiała,
wyciągając z torebki podłużne opakowanie. – Musisz wykonać test według
instrukcji i… – zaczęła, przeglądając dołączoną kartkę.
– Penny. – Przerwała
jej nagle, chwytając za dłonie i tym samym sprawiając, że opuściła kartkę ze wskazówki.
– Zgadnij, co się pojawiło tuż przed
twoim przyjazdem? – Entuzjazm Vivienne, spowodował, iż Penelope ponownie wesoło
pisnęła z radością rzucając się w objęcia przyjaciółki.
– Tak się
cieszę, Vivie – powiedziała, a spostrzegając laptopa ustawionego nieopodal na
stoliku, zmrużyła oczy niczym kotka. – Chwila, chwila. Czekaj… Nie powiesz mi
chyba, że napisałaś mu, że nie jesteś w ciąży e-mailem?
– Pomyślałam,
że tak będzie prościej. – Wzruszyła ramionami, a spoglądając w stronę pudełka,
na którym widniał wizerunek uśmiechniętego dziecka, stwierdziła, iż dla pewności
wykona również ów test ciążowy. – Gdybym miała zadzwonić, albo powiedzieć mu
osobiście… Mógłby sobie pomyśleć, coś, co pozwoliłoby mu wrócić do punktu
wyjścia, a tak się nie da. Prawda jest taka, że ja jestem tutaj, a on w
Europie. To po prostu jest bez sensu – stwierdziła, układając głowę na
poduszkach. – A zresztą jestem do dupy w związkach. Chyba powinnam być facetem.
– Nie prawda,
Vivie – odpowiedziała zdecydowanie Penny, układając swą głowę tuż obok. – A
wiesz, dlaczego? Bo faceci ani trochę nie dbają o to, czy są do dupy, gdy są z
kimś.
– Wiesz, w
czym tkwi problem? – spytała, odwracając głowę tak, aby móc spojrzeć w oczy
przyjaciółki. – Zawsze, gdy się do kogoś zbliżam czuję, jakby coś we mnie
mówiło: „Och, Vivienne próbuje być
szczęśliwa. Koniecznie odbierzmy jej to!” – dodała zmieniając głos na nieco
niższy i bardziej zachrypnięty.
– A może po
prostu zbyt bardzo panikujesz? – Penny uniosła brwi.
– Nie wiem. – Wzruszyła
ramionami, a po chwili, dodała: – Może.
W końcu, czym
jest życie jak nie jednym wielkim ryzykiem oraz grą z własnym losem? Z
pewnością są chwile, dla których warto żyć, choć przez jeden moment. Przecież
życie samo w sobie jest jedną wielką potyczką, którą trzeba podjąć; marzeniem,
które trzeba urzeczywistniać; przygodą, za którą trzeba iść; rozgrywką, w którą
warto zagrać; smutkiem, którego trzeba pokonać; szczęściem, któremu trzeba
pomóc oraz tajemnicą, jaką należy odkrywać. Nie zależnie od tego czy coś nie
wychodzi, bądź idzie nie po naszej myśli nie należy się przede wszystkim nigdy
poddawać, ani wpadać w panikę, nawet wtedy, gdy wszyscy dookoła widzą naszą
przegraną.
To nasze
starcie ze słabościami i tylko od nas zależy, czy ją wygramy.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz